Wszystkie wpisy, których autorem jest henryk_piecuch

BĄDŹ ABLEM! ZABIJ KAINA!

[z mojego pamietnika]

Śniłem. Pisałem książkę. Jawiły mi się zombie. Obudziłem się. Było OK. Moje m.p. Moje biurko. Nawet flaszka whisky. Z mocno nadwyrężoną zawartością (może zombie skorzystały z mojej drzemki). Mój komputer i drukarka. Telefon i dwa zdjęcia. Bliźniacy. Na nich głosowałem. Sterta notatek. Kilkanaście książek. Także moich. Lampa. Stos dokumentów nie oddanych do IPN. Jest też na swoim miejscu ułatwiający czytanie Flexible Magnifier. Page size.

        Krzesło – dupa – sufit. Wszystku było na swoim miejscu. Chciałem tę chwilę uchwycić za grzywkę. Przez oka mgnienie bujałem w obłokach. Za nic w świecie nie chciałbym wskoczyć w kalosze Henninga Mankellta. Przed oczami jawiły mi się różne mamidła, fantazmaty, fantomy, miraże. Te obrazy żeglowały po niebie jak drony w okolicach lotniska im. Lecha Wałęsy w Gdańsku.

                                                            ***

Brałem na rozum frazę z wiersza Adama Zagajewskiego: „Czy umiałem przeżyć, zrozumieć i zapamiętać rzeczy które mnie spotkały”. Nie opisywałem zycia rodzinnego. Uważam, że nie jest ważne czy mamusia miała orgazm, a tatuś był pedofilem. Ważne byłoby opisanie i zmodyfikowanie tego „czegoś”, co mialo miejsce, a co, być może, uda mi się przełożyć na język książki.

        Znam z widzenia kilka zwrotów obcojęzycznych. Jednak najbardziej obcy język, którym posługuję się jako ojczystym, to polski. Marzyło mi się opisanie gier i kombinacji wywiadowczych z pierwszej dekady Peerelu i innych manipulacji tajnych, które nie są nowe. Nie starzeją się. Trwają i trwają. Dałem im tytuł Nóż.

        Służby przekonują między wierszami: Pamiętajcie! Ciąglę istniejemy! Siejemy przerażenie. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy fachowcami. Facetami uzbrojonymi we wszystko to, co ludność wymyśliła na nasze potrzeby. Działamy tajnie. A serca mamy z kamienia.

        Przy takich slowach trzeba mieć ogień w sercu i lód w tyłku.

                                                   ***

Służby znałem z dokumentów, książek, filmów oraz opowieści bitych i bijących, zwycięzców i przegrywających. Także zwyklaków, mających gry służb w głębokim poważaniu. Uważających, że ich to nie obchodzi.

        Fakt. Nie obchodzi do czasu, aż nie staną się potrzebni do jakiejś kombinacji operacyjnej.  

        Brałem pod uwagę, że człowiek, który opowiada jakąś historię, nie jest już tym samym człowiekiem, który przeżywał opisane wydarzenie. Nie wiem też czy uda mi się przedstawić klimat tamtych czasów. Daleko mi bowiem do owej cyrkowej Gombrowiczowskiej grandilokwencj, wigimnastykowanego komputerea Olgi Tokarczuk i pióra Wiesława Myśliwskiego przy pomocy którego pisarz wyczynia z życiem istne slto mortale.

        Będąc zdania, że wszystko, co się wydarzyło, wpływa na wszystko, co może się wydarzyć, a historia to najbardziej fałszywa nauka rozważałem, ile elementów z gier pierwszej dekady Peerelu przeniesiono do rozgrywki z „Solidarnością”? Ile jest jeszcze w użyciu? Przeszłości, nazywanej dla niepoznaki przeznaczeniem, nie da się wymazać z czasu ani z procesu. Więc czytałem…

                                                             ***

Mój przyjaciel i kosztowny informator z MSW płk dr Emil Podpora robił w peereli w kontrwywiadzie i alkoholu. Nie było napitku, który by był dla niego za mocny. Poza tym był Podpora wybitnym funcjonariuszem. A wybitni fukncjonariusze mają zimne serca, mocne uderzenie i głębokie gardła. Mimo to Emil dał się lubić.

        Kobiety chciały go przytulić. Mężczyźni zaprosić do stolika w restauracji, aby Emilek przyjął trochę boskiej obrazy. Wiedząc, że okowita jest muzą pułkownika futrowałem go żytnią. Liczyłem, że zmięknie mu serce i kolejny plik dokumentów utonie w moim sakwojażu.

                                                            ***

        Czas leci i czlowiek zaczyna się starzeć. Na początku zimy skończę dubeltowy wiek chrystusowy, a wtedy ma się już najlepszy okres za sobą. Siedzę w pomieszczeniu Komisji Historycznej w towarzystwie resortowej inteligencji. Na biurku świeżo wygladające butelki „żyta”. Przez pierwsze pół litra powstrzymujemy się przed upodleniem. Rozmawiamy o pracy operacyjnej. O „fałszowaniu „kwitów”. Fałszowanie historii nie jest niczym nowym. Już Ramzes II nakazał zbijać heroglify sławiące poprzednika, a na tym miejscu wykuwać nowe. Przepisuję z dokumentów zdania informacyjne i przerabiam je tak, aby oprócz informacji niosły z sobą prowokowanie do myślenia o historii.

        O wódce i kacu także polotkujemy. Poszukujemy metody zbawienia Świata. Polski. Resortu. Rodziny. Mamy takie. Przekrzykujemy się wzajemnie. Krzyk ma uzasadnienie. Nie można szeptem zbawiać świata. Wystarczy obejrzeć pierwszą lepszą demonstrację.

                                                            ***

Pułkownik Emil mógł pić całą dobę lub przez tydzień. Mógłby Charlesa Bukowskiego w alkoholu utopić. Wzmacniał potęgę państwa. Co 30 złotówka włożona do budżetu pochodzi z alkoholu. Kac się pułkownika nie imał. Odwrodnie jego dwaj współpracownicy. Stanowili duet. Też pułkownicy: Kazimierz Bratkowski i Zbigniew Cieślikowski. Oni, po wypiciu kilku szklanek, gdy ich sen zmorzył, przytulali się do kaloryferów obok zasuszonych much i odpoczywali.

        Duet po każdym moim pobycie w Komisji chodził jak struty. Tęsknił za łykiem piwa.

        Nie żalowałem Bratkowskiego. Wiedziałem co robił w pierwszych latach Peerelu. Jako śledczy był zwolennikiem przesłuchiwania metodą oralną. Kazał przesłuchiwanemu figutarntowi spuszczaś spodnie i gatki i uruchamiał nahajkę. Za karę kac powinien go trzymać do śmierci. Mówiłem mu, że w tamtym okresie był prawdziwen chujem na kaczych nogach, a teraz jest tylko fałszerzem historii Firmy. On się nie obrażał. Wiedział, że muwię prawdę.

        Żal mi było Cieślikowskiego. To niewyżyty pisarz (napisał kilka książek). Jego protokoły z przesłuchań były zbyt literackie. Powiedziałem mu to kiedyś. On na to: może i zbyt literackie, ale prawdziwe. Bo w czasie przesłuchań „padało każde pytanie” i „kłamała każda odpowiedź”.

        Funkcjonariusze resortu mieli różne hobby. Cieślikowski, facet o porażającym śmiechy, był, podobnie jak Cz. Kiszczak, zapalonym filatelistą. Jako członek zarządu Polskiego Związku Filatelistów pułkownik był anielsko pomocny ministrowi w zdobywaniu unikalnych rarytasów filatelistycznych. Bratkowski, który w tym czasie sprawiał wrażenie szurniętego trenera nunczako, miał inne ambicje, zbierał nahajki. Podpora butelki. Pełne. Osuszał je namiętnie. Tylko ręce drzały mu zoraz bardziej. Jak szlanki w kredensie w czasie trzęsienia zimi. Rzadko udawało mu się pierwszą szlankę pokarmu przenieść w całości do ust. Wylewał przynajmniej polowę. Ale nie był alkoholikiem. Był jedynie na dobrej drodze, by się nim stać.

        Zbyszek był partyzantem AK i żołnierzem II Armii WP. Był też wykładowcą w szkole oficerskiej, strażakiem, aparatczykiem PZPR i bezpieczniakiem całą gębą. Był mi niezbędny. Jako przewodnik po archiwach MSW i MON. Abym mu nie mędził, napisał nawet broszurę Źródła do historii organółw bezpieczeństwa i porządku publicznego w Centralnym Archiwum Wojskowym, którą mi zadedykował.

                                                   ***

Płynu we flaszkach błyskawicznie ubywa. Słowa coraz trudniej się z nas wypływają. Zgarniam z biurka plik dokumentów…

        Zachwiewając się idę na nocną zmianę do redakcji „Granicy”. Z nieba kapała wilkoć, gwiazdy całowały się na przywitanie, i było jak w powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego: „…zza czarnych chmur pokazał się rąbek księżyca, czerwony, krwawy, straszny jak wyłupione oko, z którego sączy się posoka”. Księżyc oświetlał stan wojenny.

        Po głowie chodzi mi cytat z Larry’ego Lindberga, że „gazeta jest jak kurwa udająca dziewicę”. Oba cytaty zostały przypomiane niedawno przez Antoniego Pawlaka w jego pasjonującej książce Zapiski na paczce papierosów. Pawlak to były działacz „Solidarności. Koneser życia i poeta. Poeci piszą dobre książki prozatorskie. Zapiski… są jak dobrze wychowany pies aportujący kości z otaczającej rzeczywistości.

        Ci, którzy mają inne zdanie na temat stanu wojennego od przestawionego w monim Nożu oraz Menażerii… powinni czytać książkę Pawlaka za karę.

                                                 ***

Dr Podpora w kontrwywiadzie kreował wrogów socjalistycznej ojczyzny. Wyczuwał przez skórę, że bez urojonych lub rzeczywistych wrogów żaden funkcjorusz resortu nie byłby tym, kim być powinien.

        Pułkownik pracował też nad dokumentami w Komisji Historycznej Departamentu II MSW. Aby złagodzić dzikość resortu wzbogacał „kwity” dobrym słowem.

  1. Podpora był podporą Komisji. Miał władztwo nad archiwaliami resortu. Mógł ściągać dokumenty z archiwów całego kraju. Niekiedy także od zaprzyjaźnionych służb zagranicznych.

        Działalność alkoholiczna doktora polegała na niszczeniu produktów Polmosu. Pułkownik,  będąc zdania, że w czystej wyborowej jest moc, w winie mądrość, a w wodzie bakterie ograniczał konsumcję płynów do dwu pierwszych produktów. W defroracji flaszek pomagalem mu w miarę możliwości. Jednym słowem miło było. Drugim słowem ciekawie było. Czasami, dla przyjemności opluwaliśmy portret gen. Kiszczaka.

                                                             ***

W 1989 r., po odzyskaniu suwerenności, ktorej część odsprzedaliśmy za bezcen Brukseli E. Podpora znowu okazał się bezcenny dla restrukturyzowanej Firmy.

        W Firmie zmieniano szyldy i część personelu. Metody pozostały peerelowskie. Emil wszedł w nowo-stary resort jak nóż w benekol.

        Dzięki komisji weryfikacyjnej, w której dominujacą pozycję miał eks-szef gabinetu ministra Czesława Kiszczaka płk. Czesława Żmuda płk dr E. Podpora został kustoszem sali tradycji kontrwywiadu MSW. Nadal dysponował materiałami Firmy od 1945 r. Nie wiem, kto korzystał z jego usług. Ja korzystałem.

                                                            ***

Z tej trójki najlepiej znałem Cz. Żmudę. Byliśmy spoufaleni. Pukownik był ciekawym typasem lubiącym jeże. Z lubością niszczył upatrzonych oficerów. Sadzał ich gołą dupą na te miłe zwierzaka. Obserwując Żmudowe ofiary bawiłem się świetnie. Typowaem jak przy grze w okręty: „Trafiony, zatopiony!”.

        Pułkownik karierę ekscytującego komunisty wypracował w Wojskach Ochrony Pogranicza. Doszedł w tej formacji do stopnia pułkownika i funcji sekretarza Komitetu Partyjnego WOP. Mimo to, w WOP sprawiał ludzkie wrażenie.

        Płk Żmuda, w miarę jak awansował w MSW rozum tracił. Ścigał mnie umiarkowanie. Na początek słusznie odkrył, że jako wopista byłem niezdyscyplinowanym, nieskutecznym i niezbyt entuzjastycznym biurakratą. Wojował ze mną trzydzieści lat próbując mnie odczłowieczyć, ale nie odgłowić. Nie zauważyłem, aby dążył do anichilacji.

        Kilka razy przeprowadzał ze mną rozmowy wychowawcze. Czepiał się treści moich książek. Zapominał, że maszynopis każdej książczyny był cenzurowany w Dowództwie WOP, w Sztabie Gereralnym WP, w MSW i w instytucji przy ulicy Mysiej czyli w Głównym Urzędzie Kontoli Prasy, Publikacji i Widowisk. Były to książki komunistyczne w formie i socjalistyczne w treści.

        Nie przeszkadzało to Żmudzie. Tołkował przez godzinę. Tłumaczył, że socjalizm wymaga do żołnierza WOP większego zaangażowania. Wskazywał, że „Solidarność” zagraża Narodowi. Nawrzeszczał na mnie, że ośmielam się używać pojęcia „Pierwsza” lub, co – zdaniem Żmudy – jest jeszcze paskudniejsze – „Wielka Solidarność”  na określenie związku od jego powstania do delegalizacji (8 października 1982 r. Sejm przyjął ustawę o związkach zawodowych, która praktycznie oznaczała delegalizację „S”). Pułkownik ostrzegł też, że Prawdziwi Patrioci mnie znienawidza. Sprawdzilo się. Tyle, że byli to Patrioci spod znaku ZPP.

        Nawet nie marzyłem o tym. Byłem zdania, że nienawiść Prawdziwych Patriotów oznacza dobrze wykonaną robotę. Z powodu pułkownika nie miałem złych snów. Nie cierpialem na nerwicę, Nie miałem złych myśli, od których chciałbym uciec. Dla Freuda nie byłoby to zbyt pożyteczne.

        Powiedziałem Żmudzie, że są ludzie nie dość inteligentni, aby mieć zdanie na każdy temat związany z socjalizmem. Ja do nich należę. Nie piszę, aby ratować Naród Socjalistyczny. Sklecam słowa, aby ratować swoją parszywą dupę.

        W odpowiedzi pułkownik wszczął procedurę dyscyplinarną zmierzającą do usunięcie mnie z zawodowej służby wojskowej. Uratowali mnie generałowie: Władysław Pożoga i Stanisław Brodziński, który będąc zastępcą dowódcy WOP nadzorował zespół „Granicy”.

        Ja, wramach wdzięczności za obronę, nakablowałem generałom na Wałęsę. Zdradziłem im, że książę poetów – Zbigniew Heber radził przewodniczącemu „Solidarności” aby zamiast strajków okupacyjnych, rozpędzanych przez milicję i ZOMO organizował „strajki grzybowe”. Strajkujący powinni strajkować w lasach, pozorując zbieranie grzybów.

                                                            ***

O ile przyjaźń ze Żmudą nie przysparzala mi pieszczot, to amikoszoneria z pułkownikiem Podporą była korzystna. Wiele materiałów będących w dyspozycji kustosza skapywało na moje biurko. Nie były to takie ilości jak w Peerelii, kiedy przywożono do redakcji „Granicy” „kwity” bezpieki. Całymi workami przywożono. Ale zawsze.

        Tu teczuszka, tam teczuszka…

        Dr Emil był przekonany, że trzy gry z przełomu lat czterdziestych na pięćdziesiąte były kontynuowane w ostatniej dekadzie peeerlii. Zaowocowało to grą z „Solidarnością”. Emil udawadniał to tajnymi dokumentami. Ale nie antycypował przyszlość. Radził tylko przeczytać Montaż Władimira Wołkowa.  

                                                            ***

Wiem, że gra z „Solidarnością” była ostatnią wielką akcją tajnych służb Kraju Pieroga i Zalewajki. Ale czy już się skończyła?

        Przypominając prześladujące mnie sny, obserwując skrzeczącą pospolitość III RP, w której afera goni aferę, mam wątpliwości. Na bluszczowatości, nieoznaczoności, niezdecydowania nie ma lekarstwa. Przedostatnia afera (ostatniej jeszcze nie znamy) dotycząca „Skoków”, KNF i „Srebrnej” do złudzenia przypomina ostatni okres gry z „Solidarnością” z udziałem nomenklatury partyjnej, opozycji koncesjonowanej i służb specjanych. Okres transformacji był rajem dla osób szpakami karmionych. Teraz tych ludzi jest mniej. Ale ukraść można więcej.

        Więc i walka jest bardziej subtelna, ale równie bezwzględna.                                                                                                   ***

Grę bezpieki w „Solidarność” znam z widzenia. Byłem przy tym. Słuchałem relacji rozgrywających i rozgrywanych. Chciałem wiedzieć jak było? Po latach, obserwując pospolitość z mordami politycznymi i dojeniem państwa, ciągle do tego wracam. Bo trzeba być idiotą albo niefrasobliwie szczęśliwym człowiekiem, żeby nie zadawać sobie pytania: po co to wszystko było?             Pomny nauk Balise Paskala, że, z ekonomicznego punktu widzenia lepiej opłaca się wierzyć niż nie wierzyć, nie chciałem zdawać się na ślepy los. Ale los wrzucił mnie sobie na plecy i kazał mi ciągnąć za języki generałów i homogenicznej maści funkcjonariuszy, od pułkowników, a na szeregowcach kończąc.              Tak się do ciągnięcia przyzwyczaiłem, że w „Solidarności” także ciągnąłem. Celowałem w środowiska heterogeniczne. Pasjonowałem się nie tylko aktywistami i działaczami, ale i zwykłymi solidaruchami – bubkami stanowiącymi socjomasę związkową.              Byli to zadziorni faceci i facetki, całkowicie nieświadomi tego, że gra nie idzie o sprawy związku zawodowego, ale o władzę i pieniądze.                                                                  *** Nie wiedząc, która strona wygra przycumowałem do jednych i drugich. Zapłaciłem za to umiarkowaną cenę. Kilkoma zamachami. I pomimo, że świat jest nadal po Hrabalowsku piękny, nie żeby taki był, ale ja go takim widziałem, wyraziłem dla niego desinteressment. Świat coraz mniej mnie obchodzi. Wkrótce zniknie mi z oczu. A ja jemu.              Nie, nie boję się śmierci. Ja już tam byłem. Przeżyłem trzy śmierci kliniczne. Wierzcie mi. Tam jest pięknie. Jasno. Cisza. Spokój. Prawie szczęście. A na koniec cytat z Arystofanesa: „A rozsądek? Jest, lecz wyszedł z domu i nie wraca”.

ŚWIATŁO, JÓZEF ŚWIATŁO, PPŁK JÓZEF ŚWIATŁO I WSZYSTKO JASNE

Zanim sięgnę do Tajnych sejfów B. Bieruta i J. Bermana oraz do Herosa mórz i oceanów, czyli Nie-boskiej komedii towarzysza Leonida Teligi pozwólcie mi jeszcze poszturchać trochę J. Światłę i służby specjale, który 4 grudnia 1953 r. wyciął malowniczą siurpryzę Bolesławowi Bierutowi z towarzyszami.

                                                   ***

Tak zwana prawda historyczna nie zawsze jest prawdą. Mimo, że po zwycięskiej wojnie, w której walczyliśmy z Trzecią Rzeszą i Sowietami (1.09.1939 r. – 8.05.1945 r.) to Niemcy wygrały pokój, a Polacy tylko wojnę. Przyjaciele (USA i Wielka Brytania) oddali nas w pacht Stalinowi. Był proces w Norymberdze. W tym spektaklu jeden ludojad oskarżał drugiego o kanibalizm. Od tego czasu świat stał się dwubiegunowy. Ludojady były geniuszami. Geniuszami zbrodni. A geniusz robi to, co chce, talent – to, co może, przecietniak – to, co trzeba.

W Kraju Pieroga i Zalewajki geniuszy nie było. Talentów takoż. Po wojnie przeciętniacy, przedzierzgnięci w stalinistów przystąpili do dzieła nicowania, przestrajania, przerabiania, przestebnowania, modulowania Polaków. Pod dyktandem generalissimusa i kierownictwem sowieckiego agenta prezydenta Bolesława Bieruta (książka o tajnych sejfach Bieruta ukaże się w połowie przyszło roku) wolnościowe pragnienia społeczeństwa ugięły się jak dach pod ciężarem śniegu. Po śmierci Stalina i ucieczce Światły, gdy niektórzy suzereni na usługach Wielkiego Brata, w trosce o swoje żelazne dupy chcieli troszkę zliberalizować zbójecki system B. Bierut – jak twierdzi Andrzej Werblan hamował procesy naprawcze. Na szczęście 3 lata po śmierci „Ospowatego Józka” stalinizm polski skończył się spopieleniem Bieruta w Chruszczowowskim ogniu, „krwawym czwartkiem” w Poznaniu, Polskim Październikiem 1956 r. i roszadami na szczeblu władzy. Zbudowaliśmy najweselszy barak w tzw. obozie socjalistycznym.

Po latach próbujemy prostować fałszywą historię. Fałszujemy nasze dzieje na nową modłę. W awangardzie fałszywców są politycy, służby specjalne i media. W tym procederze wykorzystywane są metody wygenerowane w pierwszej stalinowskiej dekadzie Peerelu.

                                                ***

 Przez bez mała pół wieku główne wydarzenia rozgrywały się w Sowietach i Stanach Zjednoczonych. Niewielkim przyczynkiem do nich była „wycieczka” (4 grudnia 1953) do USA prominentnego funkcjonariusza MBP ppłk. Józefa Światły, zastępcy dyrektora Departamentu X MBP płk Anatola Fejgina. Wyprawa była mocno nielegalna. Albo inspirowana. Zapewne nieunikniona. Gdyby nie było Światły, jego robotę musiałby wykonać ktoś inny. Manewr taki powtórzono w 1981 r. z udziałem płk. MON Ryszarda Kuklińskiego (chodziło o USA) i częściowo gen. Władysława Pożogi (szło o Kubę). Od tamtych czasów ciekawe są doniesienia medialne dotyczące polityków i służb specjalnych. Dlaczego? Bo z tymi facetami jest jak z kryminałami. Czekamy, kto pierwszy zginie.

Wierząc Emilowi Cioranowi, że życie jest plagiatem, a pisanie występkiem usiłuję opisać swoją egzystencję. Co pamiętam z pierwszej dekady Peerelu?

 W latach pięćdziesiątych chodziłem do Liceum Pedagogicznego. Na lekcjach języka polskiego zmuszano nas do głośnego czytania pracy generalissimusa o językoznawstwie. Czytaliśmy piąte przez dziesiąte, aby zrozumieć dziesiąte przez dwudzieste. Było to równie pasjonujące jak liczenie nóg stonodze. Ale co Stalin wymyślił, to Polak musiał polubić. Skłania mnie to do przypomnienia anegdotki: Filoksenes szydził kiedyś z wierszy Dionizosa. Rozgniewany władca zesłał go za karę do kamieniołomów. Po jakimś czasie wezwał go z powrotem i znowu zaczął mu odczytywać swoje poematy. Posłuchawszy przez chwilę, Filoksenes wstał i zwrócił się do wyjścia. Kiedy Dionizos go zapytał, dokąd idzie, odpowiedział: „Z powrotem do kamieniołomów”.

Nie poszedłem do kamieniołomów. Wybrałem gorzej. Recypowałem wprawdzie, że „kto się w Polsce rodzi, sam sobie szkodzi”, ale jeszcze się z tym nie otrzaskałem. Ze względu na pewne zaszłości rodzinne, jako syn zaplutego karła reakcji nie mogłem studiować na wyższych uczelniach. Byłem mierzwą, odpadem historii. Mój mózg miał potencjalne skłonności do zbrodniczych myśli. Takie mózgi podlegały obróbce ideologicznej lub anihilacji.

Ale przecież – tłumaczyłem sobie – sam, chłopie, sobie jesteś winien. Mogłeś się urodzić w rodzinie robotniczej lub małorolnego chłopa. W tej sytuacji, miałem prawo czuć się samotnie, jak różaniec be paciorków. Szukałem „trzeciej drogi”. Postawiłem na sport. Gdy poprawiałem jakieś rekordy, zdobywałem mistrzostwa, nikomu nie przychodziło do głowy pytać mnie, co robili moi rodzice. Wpadłem w oko „łowcom” kandydatów do szkół wojskowych. Tak zostałem podchorążym Oficerskiej Szkoły Wojsk Ochrony Pogranicza w Kętrzynie. Ale i tego było mało. Nagle przepaliły się korki w moim mózgu. A że mózgu nie można zresetować więc poświęciłem jeszcze pięć lat na edukację w Wojskowej Akademii Politycznej i sześć lat na dwa trzyletnie „dokształty” na Wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu – Leninizmu. Wkrótce byłem naszpikowany marksizmem, leninizmem i stalinizmem jak bandzioch świętego Sebastiana strzałami. A mimo to komunizm ciążył w moim żołądku niczym kamień, którego organizm nie mógł strawić.

Dziś wiem, że tak długa edukacja w uczelniach peerelowskich nie była najlepszym pomysłem. Uzależniała podobnie jak alkohol lub narkotyki. Stając się człowiekiem wykształconym wbrew swej woli, miałem prawo uważać się za eksperta w dziedzinie łgarstwa marksistowskiego. Uspokajając wyrzuty sumienia, tłumaczyłem sobie, że przecież realizuję wytyczne moralistów, żeby człowieka traktować jako cel sam w sobie. A dotychczas jedynie wojskowi stosują się do tych zaleceń dosłownie.

Decyzję o związaniu się z armią skomentował Tadeusz Steć, o którym wspominam prawie w każdej swojej książce. Było to człek zachwycający. Diabelsko brzydki i piękny. Dziko chciwy i absolutnie bezinteresowny. Bardzo sprytny i, jeżeli chodzi o tajne służby, okropnie głupi. Pytany czy pisze pamiętniki odpowiadał, że nie, bo dobrze – nie wypada, a źle – się boi. Na 1. numerze „Rocznika Jeleniogórskiego” napisał mi tak: „Wiesz, Henryk, koledzy mówią, że twoja decyzja o przywdzianiu munduru żołnierza jest łajdacka i kretyńska. Ale ja cię zawsze bronię. Mówię im, że jesteś tylko chory psychicznie i cierpisz na depresję”. Steć pisał mało, ale pisał smacznie. Chciałoby się, aby jeszcze coś napisał. Nie napisze. Został brutalnie zamordowany.

Wykształcenie niewiele mi przeszkadzało robić to, co robiłem i czego nie robiłem Niestety nie byłem tak zdolny jak lizuski komunizmu. Dlatego nie zrobiłem kariery. Wydawało się, że na co dzień byłem mniej więcej normalny. Ale nie mogłem być normalny, jeżeli mój najwyższy przełożony był anormalnym fanatykiem komunizmu przebąkującym o „konstruktywnym niezadowoleniu z zastanej rzeczywistości”. Więc „leciałem” partyjną nowomową i na zajęciach z kadrą oficerską wspominałem o „destruktywnym zadowoleniu płynącym ze zbudowania promiennej przyszłości”.

Zainteresowanie Światłą odłożyłem ad Kalendas Graekas. Bawiłem się językiem. Pamiętając mądrość arabską, że język jest jak lew, kiedy go wypuścisz, będzie gryzł. Z ciekawością śledziłem mit kombatanctwa oparty o antysemityzm. Propagował go gen. Moczar. Wtórował mu szef Sztabu Generalnego WP gen. Jaruzelski. Jak podaje Piotr Gajdziński („Odra” nr 3/2018) to Jaruzelskiemu 1356 oficerów i chorążych żydowskiego pochodzenia zawdzięcza wyrzucenie z wojska (w tym 54 pułkowników, 79 podpułkowników i 132 majorów). To była nostalgia za niegodziwością. Zachwycali się tym cygaństwem nawet byli członkowie Armii Krajowej. Odrazę budziło nie zachowanie szumowin głoszącej hasło: „Precz z Żydami. Żydówki z nami”. Zniesmaczało kabotyństwo niektórych żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego.

Nie mogę też wykluczyć, że mnie jakaś niegrzeczność opętała, np. ziewnięcie w czasie zbiorowego wysłuchiwania przemówienia I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki dającego odprawę syjonistom. W marcu 1968 r. na rubieże Rzeczypospolitej przyszedł z Warszawy szyfrogram nakazujący zbiorowe wysłuchanie spiczu „Wiesława”. Janusz Szpotański nazwał Gomułkę Gnomem, czym zarobił na więzienie. Oprócz represji administracyjnych, utalentowany szachista i poeta, dostał trzy niedziele, palmowe plus, kicia. Dowódca Górskiego Batalionu WOP płk Zdzisław Drobniak zebrał kadrę w klubie i kazał mi pilnować, aby oficerowie wysłuchali przemówienia szefa partii z należytą powagą. Z Katowic dolatywał głos Edwarda Gierka odgrażającego się syjonistom, że: „Śląska woda pogruchocze im kości”.

Gomułka mówił i mówił. Była to istnej biegunki schizofrenicznych skojarzeń. Nie można było nie ziewać. Na domiar złego, coś mnie podkusiło i nakazałem dyżurnemu otworzyć okna, aby przewietrzyć sale. Na sali było sporo kapusi WSW. Straciłem czujność i jakoś ten fakt przeoczyłem. A delatorzy byli wytresowani przez oficerów obiektowych. Byli przekonani, że można przez denuncjowanie i konfidencję zbratać się z bliźnimi. Jeszcze tego samego dnia poszły meldunki. Do Łużyckiej Brygady i do dowództwa WOP, a stąd do GZP WP.

Mimo, że sprawiałem wrażenie oczytanego w naukach marksistowsko-leninowskich, a teorie Carla von Clausewitza i Sun Tzu o wojnie oraz doktrynę Leonida Breżniewa o ograniczonej suwerenności miałem w małym paluszku, skończyło się na tym, że gen. Jaruzelski wyrzucił mnie ze „złotego funduszu”. Moja kariera wojskowa rozpadła się jak domek z kart. Zostały tylko karty. Wpadłem w depresję. Była dotkliwa i ciężka. Uwierała i skrzypiała. Szorowała. Kłuła. Miała kamienie w butach. Trwała pięć minut. No, może kwadrans. Całą nadzieję na przyszłość pokładałem w Toto-Lotku.

W następnym blogu spróbuję przedstawić subiektywny ogląd oryginalnego typa, Homo tweetusa – człowieka ćwierkającego. On to, nagłaśniając przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa (RP RWE) zbrodnie komunizmu, być może, położył dla świata zasługi kasujące jego własne zbrodnicze dokonania. On pierwszy tak jasno przedstawił kawałek peerelowskiej pospolitości. Unaocznił, że towarzysz towarzyszowi towarzyszem i zdrajcą. Ukazał bezmiar dziwności stalinizmu polskiego. Wyglądało to tak, jakby komunistyczny smok pluł gorącą, ognistą śliną na rzeczywistość, którą współtworzył. Istnieją tysiące powodów, by się zająć właśnie tym oficerem. A każdy z nich wystarczyłby osobno. Prof. Andrzej Paczkowski określił go łagodnie jako „wredną twarz sowieckiej kanalii”, a ja… no właśnie…

                                                ***

Józef Światło to oficer, który po zamianie NKWD & MBP na CIA zaczął przejawiać smocze cechy – pożerał dawnych mecenasów, egzegetów i kolegów, którzy niegdyś dobrze mu życzyli. W jego wypadku było to pożarcie dokumentne. On relacjonując przemyślenia oparte na własnych doświadczeniach, ciągle pamiętał o przestrodze Andre Maurois, aby nie mówić o sobie źle, bo ludzie mogą uwierzyć. Przez prawie dwa lata bił się ochoczo w piersi. Cudze. Potem zamilkł. Bo albo mu nowi mocodawcy z CIA kazali, albo przestraszył się czegoś. Czego? Mniemam, że zarówno niegdysiejsi przełożeni jak i dzisiejsi uczeni historycy nie rozgryźli jego enigmy.

Tym razem epilog z Portretu z kanalią

…pisarz najbardziej potrzebuje wewnętrznego, wstrząsoodpornego wykrywacza gówna. To jest pisarski radar…

                                                             Ernest Hemingway

          Historia uczy, że niczego nie uczy, a w Kraju Pieroga i Zalewajki najtrudniej przewidzieć przeszłość. Dlatego, śledząc powojenne losy Polski należy dzieje weryfikować rozumem. Najprościej zrobić to analizując poszczególne ekipy rządzące. Pierwszy władca, Bolesław Bierut, przekonywał, że w powojennej Polsce społeczeństwo zasługuje na szczęście, prawo i sprawiedliwość. „Tomasz”, jako agent NKWD, wzorując się na metodach sowieckich, przy pomocy terroru, zbudował polski stalinizm.

          Część niezadowolonych posłał do piachu, część do więzienia. Reszta była zastrachana, przerażona, bojaźliwa i siedziała cicho.  Ale byli i tacy, jakieś 20 procent, którym się to podobało. Po śmierci Stalina tyłek Bieruta zaczął skwierczeć. Na koniec władca Polski spłonął od Chruszczowowskiego ognia.

          W narodzie obudził się duch Harnasia. Był wprawdzie „czarny czwartek” w Poznaniu (zabito 57 osób?), ale już w październiku Polski stalinizm runął jak domek z kart. Pozostał socjalizm w wersji hard. Po Bierucie nastał Władysław Gomułka. Świeży władca Kraju Pieroga i Zalewajki złagodził represje. Wypędzając w 1968 r. Żydów „Wiesław” wygenerował wersję Prawdziwych Polaków wedle wskazówek Mieczysława Moczara, Franciszka Szlachcica i Wojciecha Jaruzelskiego.

          Przyłączając się do napaści na Czechosłowację, przygotowywał Naród do akceptacji internacjonalizmu i wyrzeczeń w imię budowy socjalizmu. Niemrawe złagodzenie terroru bierutowskiego ośmieliło część społeczeństwa do wyrażania niezadowolenia. Pierwsi zaczęli wierzgać mieszkańcy Wybrzeża. „Wiesław” zezwolił na użycie broni. Generałowie Jaruzelski (w stosunku do MON) i Moczar (do MSW) wydali odpowiednie rozkazy.

          Na Wybrzeżu polała się krew. Socjalizm w wersji hard szlag trafił. „Banda czworga” wykorzystała okazję osadzając na tronie I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka.

          Era „Sztygara z Katowic” zaczęła się od kłamstwa i obietnic. Kłamstwem było wybielanie Jaruzelskiego, jakoby generał był w czasie rewolty na Wybrzeżu w areszcie domowym. Obietnice dotyczyły powszechnej szczęśliwości i budowy rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego. Metody upatrywano w pożyczkach zagranicznych.

          Gdy przyszło do spłacania długów, sprawa się rypła. Zaczęła się era powszechnych niedoborów. Wprowadzono kartki na niektóre towary. Na domiar złego dla Gierka, do kraju przyjechał świeży papież, Jan Paweł II, który raczył przywoływać Ducha Świętego, aby przybył do Polski i zrobił porządek. Duch nie przybył, ale ośmieleni ludzie powołali „Solidarność”.

  1. Jaruzelski nie czekał. Wspólnie z komilitonami najpierw odstrzelił od „Sztygara z Katowic” premiera gen. Jaroszewicza, a następnie obalił nieudolnego władcę. Epoka Jaruzelskiego to w zamierzeniu była generała kreacja socraju. To przywoływanie coraz to wredniejszych metod z epoki bierutowskiej. To permanentna wojna ze społeczeństwem. To dalsze dorujnowywanie gospodarki. To wreszcie wygenerowanie opozycji koncesjonowanej i wobec całkowitego rozpieprzenia socraju oddanie władzy, a raczej podzielenie się nią z opozycją.

                                                   ***

          Po 45 latach chudych przyszło ćwierćwiecze lat tłustych. Rządziło wiele ekip. Nic, no prawie nic, nie rozpieprzało się. Aż przyszedł 2015 rok. Wybory. Wyborcy postawili na JE Prezesa, który obiecywał Polakom szczęście, prawo i sprawiedliwość. Wódz Pisiaków postawił na „dobrą zmianę”. Sam, na wszelki wypadek, nie zaangażował się oficjalnie. Autorska ekipa JE Prezesa zaczęła z przytupem.

          Ludzie zwykli zastanawiają się, czy to się aby nie rozpieprzy? Ludzie myślący nie deliberują „czy”, lecz „kiedy” to się stanie. Tak, tak, tak. Historię warto niekiedy weryfikować rozumem. Po raz milionowy powtarzam, żeby skończyć z dominacją służb specjalnych komplikujących nasze życie. Trzeba je zreformować porządnie.

                                                   ***

To koniec opowieści. Pamiętacie? Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać, więc i ja będę musiał zamilknąć. Czym zakończę? Apelem do PT Czytelników: Kto po przeczytaniu Kanalii… zażąda dodatkowych wyjaśnień, zrobi mi zaszczyt, kto zaś nie powie nic – przyjemność.

          No to koniec. No to kropka. No to, bez wielokropka. Siadam, aby przygotować dwie następne pozycje:

Tajne sejfy B. Bieruta i J. Bermana oraz Heros mórz i oceanów. Nie-boska komedia towarzysza Leonida Teligi

 

WRACAM

Wracam do pisania blogu. Pretekstem jest nowa książka „Portret z kanalią”. W kilku odcinkach postaram się przedstawić życie i działalność podpułkownika Józefa Światły. Być może w tej książce znajdziecie także odniesienia do tego, czym żyje Polska i Polacy.

Gdzie umieścić Światłę w systemie wartości Kraju Pieroga i Zalewajki?

Jaki jest mój sąd na temat życia i działalności Światły? W którym miejscu można go umieścić w systemie wartości stalinowskich? Cóż, nie potrafię wyraźnie oddzielić życia Światły od czczonej przez niego religii bolszewickiej, której, to prawda, wyrzekł się dobiegając czterdziestki.

Wcześniej jednak, mając zaledwie kilkanaście lat, aby wejść w rzekę komunizmu, wyrzekł się swej żydowskości. Podobno kilka lat przed śmiercią powrócił do żydowskich korzeni. Pod tym względem przypominał mi ludożercę, który nawróciwszy się na judaizm biadał, że po śmierci będzie pokarmem dla robaków zamiast dla swych dzieci.

                                                ***

Ciągle męczyło mnie pytanie: dlaczego nie mogę pisać prosto, jasno, zwięźle, zrozumiale? Nieraz wyrzucałem sobie, że wprowadzam elementy metafizyczne, kręcę, meandruję, mnożę dygresje, piszę i piszę. Ale nie, nie mogłem przestać. Przez pół wieku wmawiano nam, że jesteśmy wykształconym społeczeństwem. Po 1990 r. nasze wykształcenie jeszcze wzrosło. I co z tego? Ludzie w Polsce mają wyjątkowy wstręt nie tylko do książek i czytania. Ale i ci, którzy przeczytają jakieś dzieło, nie zawsze zrozumieją, o co chodzi. A nawet jak zrozumieją, to są za leniwi, aby coś zapamiętać, nie mówiąc już o wyciąganiu jakichkolwiek wniosków. Gust i rozum nadal są w Kraju Pieroga i Zalewajki dobrami bardziej deficytowymi niż uczciwość wśród polityków.

Czy w kraju, w którym politycy kłamią – by zacytować klasyka – jak bura suka – mając pełne dzioby frazesów w rodzaju: Bóg! Honor! Ojczyzna! udają Wallenrodów, niektórzy słudzy Boga gustują w pedofilii, a studenci uniwersytetu mylą Karla Poppera z Harrym Potterem, gdy więcej niż połowa ludzi nie jest w stanie przeczytać w ciągu roku ani jednej książki, można coś zrobić?

Przecież Bóg, który jest bardzo pracowity, chętnie pozwala, aby mu pomagano. Niestety, w Kraju Pieroga i Zalewajki chętnych brakuje. A biskupi…? Ech, szkoda gadać! Jedno jest pewne – gdyby Chrystus mieszkał na ziemi, ludzie wybijaliby mu szyby.

Są w naszym języku słowa

Słowa takie jak cnota, honor, ojczyzna, patriotyzm, etyka, estetyka, które umarły, mimo, że je jeszcze ich używamy. Nie umarły, by zastąpić je innymi, a dlatego że umiera to, co one oznaczają.

Czy w Portrecie z kanalią chodziło o pokazanie duszy Światły i jemu podobnych? Nie tylko, ale imponowały mi jego „łupy”. Ten prosty ubek w stopniu podpułkownika miał na „rozkładzie” największe postaci peerelii z Wladysławem Gomułką, Wicentym Witosem, marsz. Rolą Żymierskim,  mnóstwem generałów i szesnastką przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Ale nie. Nie o opisywanie duszy Światły mi szło. Nie jestem księdzem. Kimże jestem, abym oceniał taką unikalną postać jak Światło?

Byłem żołnierzem WOP i strażnikiem granicznym w nikczemnie małym stopniu pułkownika, abym mógł predestynować do wyjątkowej wiedzy. Byłem raczej kuglarzem niż wielepem (wiedzący lepiej).  Ale naprawdę nie jest moją winą, że życie, często przez przypadek, pozwoliło mi poznać wielu aktywistów z najwyższej politycznej półki. Byli to między innymi Jakub Berman,  Piotr Jaroszewicz, Aleksander Kopeć, Edward Gierek, Jerzy Ziętek, Mieczysłw Moczar, Franciszek Szlachcic, Mirosław Milewski, Konrad Świetlik, Jan Ptasiński, Stanisław Kociołek, Stanislaw Kania, Wojciech Jaruzelski, Władysław Pożoga, Florian Siwicki, Michał Janiszewski, Mieczysław Rakowski, Jan Nowak-Jeziorański. Z niektórymi, głównie z Pożogą i Jaruzelskim rozmawiałem przez wiele lat. Dzięki ich życzliwości mogłem rozmawiać z setkami osób budujących ustrój „powszechnej szczęśliwości”.

                                                ***

Uważam, że do opisów skrzeczącej pospolitości, czyli działań polityków, elit i służb specjalnych, najlepsze są kuglarskie sztuczki. Wracając do Światły to powiem, że ten oficer sam dla siebie był ojczyzną. Jego flagą była chustka do nosa. Wszystko inne obchodziło go tyle, co zeszłoroczny śnieg. On marnował nawet miłość. Być może najważniejszą sprawę dla człowieka. Miał dziesiątki znakomicie się zapowiadających romansów. Dzięki zauroczeniu ideologią komunistyczną, a potem jedynie chcąc dochować wierności służbom specjalnym, zmarnował wszystko. Pogrzebał szansę na miłość – jedyną rzecz, która mogła go uczłowieczyć.

Być może uważał, że z miłością jest jak z inkasentem za prąd, który przychodzi i odchodzi. Zostają rachunki. Trzeba płacić.

W takim razie, jak to było możliwe, że nikt go wcześniej nie rozgryzł? Myślę, że rozgryzł go Sierow. Dlatego się nim posłużył. A w Polsce? W peerelii działania uprawiane przez Światłę były jak najbardziej możliwe. A kto rozgryzie dzisiejsze elity trzymające władze?

W Peerelu przy takim skundleniu mediów, w których ponad 50 procent żurnalistów miało bezpośrednie lub pośrednie (kapturowe) powiązania z bezpieką (część ze służbami sowieckimi i wojskowymi), przy tak zakłamanej pospolitości, przy takich politykach, prawda nie miała żadnych szans dotarcia do społeczeństwa.

Kilka prawd, co nie nowe

Warto pamiętać, że historycy fałszują przeszłość, ideolodzy – przyszłość, służby specjalne – wszystko. W Polsce tak było, tak jest i chyba jeszcze jakiś czas tak będzie. Kto powinien pilnować tajnych służb? Media? Media są wprawdzie wolne, ale wredne. Wolne od logiki i zależą jedynie od kapitału. A politycy?

Tajnych służb, rozbudowanych do gigantycznych rozmiarów, nikt nie jest w stanie opanować. Służby specjalne są w stanie wmówić każdemu, że mają gigantyczne sukcesy, tylko nie mogą się tym pochwalić, bo wszystko jest tajne. I wmawiają gawiedzi, że kiedy powinie im się noga, to wrzask się okrutny podnosi, bo niepowodzenia są jawne. To stara jak świat śpiewka służb. Nie ma w tym logiki. Bo skoro sukcesy są tajne, to i niepowodzenia takowe powinny być. Wniosek jest prosty, sukcesów brak, a niepowodzeń jest od metra.

                                                ***

Zabawną pomyłką jest twierdzenie, że w demokracji można głosić, co się chce i że służby specjalne podlegają ścisłej kontroli. Obserwujcie polityków, którzy powinni nadzorować służby specjalne, aby nie poszły w szkodę a przekonuję się, że Arystoteles popełnił błąd twierdząc, że w każdym człowieku tkwi porcja głupoty, która z wiekiem się zmniejsza. Nasi politycy są potwierdzeniem, że dzieje się coś przeciwnego.

Jednak dla demokracji nie ma rozsądnej alternatywy. Tak jak nie ma jej dla wschodu i zachodu słońca.

Jeżeli znudziła Was ta opowieść, bo macie polityków i tajne służy w głębokim poważaniu i szkoda Wam czasu na zainteresowanie się nimi, to możecie być pewni, że politycy i służby specjalne zainteresują się Wami. Już to robią, tylko Wy o tym nie wiecie. Dotyczy to ludzi wielkich, walczących o przywództwo nad światem, jak i całkiem malutkich ludzików.

                                                ***

Na zakończenie powiem, że w pełni zgadzam się z Jarosławem Kaczyńskim, że mój premier był, być może, Wallenrodem. Powiem nawet więcej: jestem przekonany, że Mateusz Morawiecki jest Wallenrodum! Podobnie jak jego ojciec – Kornel Morawiecki.

Czyim? Odpowiedzi ode mnie nie wymagajcie.

Cdn.

BYŁEM MAŁO INTELIGENTNY

Zaliczony do gorszego sortu przyznaję bez bicia:

… Początkowo, nie wiedząc co czynię, popierałem rządy niektórych mężów politycznych. W 1956 r. dałem się oszkapić Władysławowi Gomułce przekonanemu o własnym mesjanizmie, wplatającym między wiersze przemówień do narodu, może nie dosłownie, ale treściowo podobne, takie passusy: „Co ta durna hałastra sobie myśli? Że ja ją prowadzę. Tymczasem to ona mnie prowadzi”.

15 lat później uwierzyłem tyleż sprytnemu, co leniwemu i niezbyt rozgarniętemu Edwardowi Gierkowi. Zaś generałowi Jaruzelskiemu? Nie. Generałowi już nie uwierzyłem. Podziwiałem jego płomień wewnętrzny, ale widziałem, co zrobił w 1970 r. wydając rozkaz strzelania do ludzi. Przyszły premier i I sekretarz KC PZPR był wówczas jak Moby Dick. Całe dorosłe życie szukał swego kapitana Ahaba, ale gdy wybuchła „Solidarność”, rozbolał go brzuch. Myślał, że ma do czynienie z jakimś piekielnym mamidłem. Aby egzorcyzmować ruch społeczny udający związek zawodowy generał czym prędzej przyjął oferowane stanowisko premiera.

Widziałem sporo. Byłem jednak mało inteligentny. Gdzieś do 1970 r. nie potrafiłem faktów zanalizować. Dopiero po tej cezurze, po strzelaniu do ludzi na Wybrzeżu, dotarło do mnie, że polityka to zlepek kłamstw. To zazdrość. To nienawiść. To zajadłość. To zażartość i schizofrenia. To zło. To po prostu g…

Zauważyłem również, że osoby ogarnięte tymi cechami są bardziej dynamiczne niż przeciętni zjadacze chleba. Kierując się ogniem wewnętrznym politycy ci mogą porwać masy za sobą (W. Gomułka w 1956 r., E. Gierek w 1971 r.). Mogą też niechcąco zrobić coś pożytecznego. Na przykład doprowadzić do „Okrągłego Stołu”.

Mimo to uwielbiałem spotkania z gen. Jaruzelskim. Gdy generał zażądał mojego życiorysu – o szczegóły, których nie pamiętałem, bo ich nie było, zwracałem się do oficera obiektowego WSW. Wiedziałem, że szef Wojskowej Rady Ocalenie Narodowego (WRON) zna zbierane na mnie „kwity”. To było regułą postępowania Jaruzelskiego. Generał robił tak zawsze. Obojętnie, czy chodziło o członków Biura Politycznego KC PZPR czy o tak mało znaczącego pułkownika jak ja.

Gdy znalazłem się sam na sam z byłym prezydentem, zawsze czekałem momentu, gdy on, w zapale gadulstwa usiłował sugerować, że od jego rozkazów zależały losy Polski i Polaków, nawet kosmosu. A i wszechświat, być może, trzyma się w całości dzięki jego pomysłom. W takim wypadku w uszach brzęczały mi słowa akolitów głowy państwa: – Panuj, generale! Panuj ku chwale socjalistycznej ojczyzny!

Wsłuchując się w przyjemny tembr głosu generała, który żonglując frazesami niczym jakowyś syn ciemności wyłuszczał kredo życiowe, byłem zdania, że na takie dictum poweselałby nawet największy mizantrop, zaś płaczący filozof Heraklit umarłby ze śmiechu. Ale wówczas lubiłem generała najbardziej. Było to tak absurdalne, że aż piękne. Zamiast pytać, milczałem.

Zdawałem sobie sprawę, że milczenie jest cechą śledczych, szpiegów i czasami dziennikarzy. Różnica między żurnalistami a wymienionymi wyżej profesjami była taka, że wywiady dziennikarskie były nagrywane podwójnie. Jawnie i skrycie. Jawnie nagrywał żurnalista, a skrycie służby specjalne. W. Jaruzelski był nagrywany skrycie zarówno w Peerelu, jak i w III RP. Więc patrzyłem przymilnie w ślepka szefa WRON, a że najdłuższa rozmowa z generałem trwała dziewięć godzin, zastanawiałem się, jak sobie z tym poradzą podsłuchiwacze.

                                                        ***

W niedzielę 13 grudnia 1981 r o godzinie 5.30 do mojego mieszkania na Ursynowie przybiegł zdyszany łącznik z informacją, że dowódca WOP gen. Czesław Stopiński ogłosił alarm i rozkazał, aby wszyscy podwładni natychmiast zameldowali się na swoich stanowiskach. Spojrzałem na termometr wiszący za oknem. Wskazywał minus dwadzieścia stopni. Idąc do autobusu aby pojechać do redakcji pomyślałem, że w taki mróz trudniej być Polakiem, a Rosjanom łatwiej, bo mają Syberię i cieszyłem się, że to my a nie Sowieci. Czyżbym był zrzędą?

Powołana przez gen. Jaruzelskiego Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego nie była jakąś efemeryczną grupą wojskowych prominentów. Były to kukły amoralnych generałów i starszych oficerów, którzy kiedyś byli ludźmi. Powłócząc nogami jakby podeszwy mieli obciążone ołowiem, zbliżali się do biurka szefa i składając podpisy pod przygotowanymi dokumentami, których nie znali, zaklepywali decyzje generała. Ich mózgi, skażone współpracą z Informacją WP a później WSW, nie funkcjonowały. Były zmrożone. A ja pomyślałem sobie, że w tym momencie „Solidarność” jest już trupem. I w duchu się ze sobą zgadzałem.

Powołując WRON generał wyglądał jak księgowy w przedsiębiorstwie pogrzebowym. Rada miała pogrzebać „Solidarność”. To była konfraternia miłośników komunizmu, ale to, co robiła, w gruncie rzeczy było kwestia smaku. Jakie słowa do tej konfraterni pasują: Ogniem żądz, uczuć górnością zdeptali blade, robacze żądze i karle tłumów uczucia.

Powołanie WRON, poza konstytucyjnego ciała o charakterze junty wojskowej i ogłoszenie stanu wojennego nie było jedynym sukcesem generała w tym dniu. Jaruzelski zmusił członków Rady Państwa, aby 13 grudnia 1981 r. o godzinie pierwszej w nocy zebrali się i przyjęli antydatowaną na 12 grudnia ustawę wprowadzającą stan wojenny na terenie całego kraju oraz cztery dekrety. Członkom RP zabrało to półtorej godziny. To posiedzenie Rady Państwa przypominało noc żywych trupów. Może jeszcze nie całkiem głuchych na moralność (Ryszard Reiff jako jedyny z 14 członków RP sprzeciwił się podejmowaniu uchwały), ale na pewno mocno w konaniu zaawansowanych.

                                                        ***

Udawałem, że spijam słowa z ust generalskich. Bliscy współpracownicy generała mówili, że Jaruzelski lubi, gdy jego rozmówcy rzadko się odzywają, często milczą i patrzą mu prosto oczy, bo – zdaniem generała – wówczas interlokutor jest szczery i nie ma złych zamiarów.

Przekonałem się, że to prawda. Tak, generał lubił kontakt wzrokowy, tylko, że ustawiał interlokutorów na straconej pozycji. Po prostu zasłaniał oczy okularami przeciwsłonecznymi i niekiedy tłumaczył, że musi to robić ze względów zdrowotnych, gdyż jest to wynik kontuzji odniesionej na Wale Pomorskim.   

Cały czas, za wyjątkiem sportu, nie angażowałem się zbytnio w życie kraju. Słuchałem. Obserwowałem. Kombinowałem. Starałem się zrozumieć, na czym szwindel rządzenia socjalistycznego polegał. Wniosek stale był ten sam: głupota, kiedyś i teraz nie stanowi przeszkody w zajmowaniu najwyższych stanowisk i funkcji.

Filozofowie tłumaczą to w sposób okropnie zawiły. A nie można przecież rzeczy łatwiejszej tłumaczyć za pomocą argumentów trudniejszych. Mądrych nie trzeba o tym przekonywać. Od dawna wszystko wiedzą. Głupców przekonywać nie warto. Niczego nie zrozumieją. Najwyżej głowy będą ich bolały. Jednak czasem próbowałem.

Egzegeza głupoty rządzących rajcowała. Jednak nie umiem powiedzieć dlaczego. Bo, że cieszyłem się, to fakt. Cieszyłem się może dlatego, iż zrozumiałem, że Dobry Bóg stwarzając świat ustanowił różne granice. Również mądrości. Nie zakreślił natomiast granicy głupoty. Ale, Duchu Święty!, czy to aby uczciwe?

Zrozumiawszy tę prawdę miałem prawo przypuszczać, że dopadł mnie promyk latarni Diogenesa. Ale aby być skutecznym należałoby mieć także jego kij. A tego mi brakowało. Masom także. Pasywność ludzi zawsze służy utrzymaniu status quo. Zawsze leży w interesie rządzących. W Kraju Pieroga i Zalewajki kartka wyborcza nic nie znaczyła. Nadal nie znaczy. Nie była i nie jest żadnym kijem na szeroko rozumiane władze.

 Od 1979 r., po przeniesieniu do Warszawy, od czasu do czasu, obszczekując księżyc i mając w głębokim poważaniu przykazanie mojego generała, sporządzałem raporty dla Jana Pawła II. Donosiłem w nich i to, i to, i jeszcze owo…

                                                        ***

Dwadzieścia lat temu pragmatyka uwolniła mnie od obowiązku maltretowania żołnierzy i odnoszenia ran w imię patriotycznego obowiązku strzeżenia rubieży Rzeczypospolitej. W LWP i Straży Granicznej coraz bardziej unosiła się woń nie za mądrego biskupa polowego WP Sławoja Głódzia. Homilie tego kapłana budziły nieraz fałszywą, jednostronną, dyfamacyjną ocenę patriotyczno-religijnych środowisk, które patriotyzm i religię nosiły w sercu, a nie wypisane na sztandarach. Zawsze wierzyłem, że religia jest testem kultury, a kultura jest próbą interpretacji ludzkiego świata. Tymczasem Głódź był tego zaprzeczeniem.

Od tego czasu, czując się jak plaster wędliny w sanwiczu nie mogę się nachwalić Boga, że dając mi emeryturę ze starego portfela równocześnie zabrał mi apetyt.

                                                        ***

Lubię łagodność zmierzchu i błyskawiczność nocy. Gdy nad głową buzuje zawierucha gwiazd, a w mózgu tańczy żyto, zwykle przed oczyma jawią mi się ludzie, których znałem lub wydawało mi się, że ich znam.

Młodość upłynęła mi w pierwszej dekadzie Kraju Pieroga i Zalewajki zwanej okresem stalinizmu polskiego. Była to totalitarna machina działająca bez ustanku. Była to maszynka do mielenia mięsa. Przerabiała ludzi na nawóz historii.

Dekada ta była miejscem brudnych i podejrzanych konszachtów komunistycznych biznesów, nędzy i wyzysku społeczeństwa oraz upodlenia narodu. Od stu lat staram się ukazać niezgłębialną dziwność codzienności peerelowskiej widzianą przez pryzmat oficerów tajnych służb. Nie sposób o tym wszystkim pisać, unikać archaizmów, neologizmów czy ubeckiego żargonu. Wybaczcie. 

Tym razem, starając się przeorać ugór w mojej głowie spróbuję przedstawić subiektywny ogląd wyjątkowo oryginalnego typa, Homo tweetusa – człowieka ćwierkającego. On to, nagłaśniając przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa (RP RWE) zbrodnie komunizmu, być może, położył dla świata zasługi kasujące jego własne zbrodnicze dokonania. To przecież on pierwszy tak jasno przedstawił kawałek peerelowskiej pospolitości. Unaocznił, że towarzysz towarzyszowi towarzyszem. Ukazał bezmiar dziwności stalinizmu polskiego. Zionął tak potwornym miłosierdziem do dawnych towarzyszy, że ludzie gęby otwierali ze zdumienia i dziwowali się, że ktoś tak inteligentny mógł tyle lat funkcjonować w Kraju Pieroga i Zalewajki i nikt go nie zadenuncjował.

On nie tylko opowiedział, jak było, ale usiłował wytłumaczyć dlaczego tak mogło być. Wyglądało to tak, jakby komunistyczny smok pluł gorącą, ognistą śliną na rzeczywistość, którą współtworzył i miał we współtworzeniu niepodważalne zasługi.

Istnieją tysiące powodów by się zająć właśnie tym oficerem. A każdy z nich wystarczyłby osobno. Prof. Andrzej Paczkowski określił go łagodnie jako „wredną twarz sowieckiej kanalii”, a ja… no właśnie…

Chodzi o podpułkownika Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) Józefa Światłę. Oficera, który po zamianie NKWD & MBP na CIA zaczął przejawiać smocze cechy – pożerał dawnych mecenasów, egzegetów i kolegów, którzy niegdyś dobrze mu życzyli. W wypadku Światły było to pożarcie dokumentne. Było to pożarcie z kopytami.

Tak, chodzi o prominentnego ubeka. Chodzi o zdobywcę damskich serc. Chodzi o zabójcę i agenta, zdolnego wznieść się ku gwiazdom na własnym krawacie. On to, relacjonując przemyślenia oparte na własnych doświadczeniach ciągle pamiętał o przestrodze Andre Maurois, aby nie mówić o sobie źle, bo ludzie mogą uwierzyć. Przez prawie dwa lata bił się ochoczo w piersi. Cudze. Potem zamilkł. Bo albo mu nowi mocodawcy z CIA kazali. A może przestraszył się czegoś? Czego?

                                                        ***

Przez lata przepatrywałem życie tego podpułkownika. Starałem się go rozszyfrować. Jeszcze teraz, patrząc na jego fotografię z gębą rozwartą niczym pisklę w gnieździe, jakby to był diabeł jakowyś, proszę Stwórcę: „Skoro już go stworzyłeś na swoje podobieństwo, proszę Cię, Panie Boże, ocal go w mojej pamięci, aż go nie opiszę. Chcę go przedstawić tym rodakom, którzy go dziwnie nie znają”.

Prawdą jest, że Światło, ten Witkacowski „gość z dna”, po raz pierwszy w takim wymiarze, pokazał Polakom lustrzane odbicie B. Bieruta i jego towarzyszy. A że czasem i diabeł się rozanieli, być może dlatego Światło zademonstrował na własnym przykładzie, czarno na białym, że tzw. władza ludowa w interesie Moskwy pokazuje narodowi nie świetlaną przyszłość, ale sowiecki zadek.

Chcę przedstawić Światłę na szerszym tle. Bo ten wstrząsająco żywotny funkcjonariusz UB być może był kanalią i zbrodniarzem, głupcem a nawet kretynem, ale jego zmysłowi do urządzania się w każdej sytuacji nie można nic zarzucić. To zaś nieuniknienie prowadzi do konieczności przestawienia słodkich sekretów oficerów operacyjnych tajnych służb, którzy są, najogólniej mówiąc, poszukiwaczami swojej prawdy o innych ludziach.

Darujcie mi brutalną szczerość niektórych opisów związanych z seksem i zbrodniami. Bronię prawa do grubiańskości. Chyba lepiej jest być szczerym grubianinem niż ugrzecznionym hipokrytą.

                                                        ***

Czar tajnych służb. Służby, czasem zwane, na wzór amerykański Firmą, aby werbować agentów, muszą łgać i stosować niestereotypowe metody. Z reguły są to metody pozaprawne i bezprawne. Tłumaczenie, że służby specjalne większość materiałów otrzymują z tzw. białego wywiadu to pic na wodę i fotomontaż. Każda licząca się Firma musi być oparta na kłamstwie i agentach.

Obowiązującą zasadą jest: kłam, fałszuj, zmyślaj, koloryzuj, blaguj, fantazjuj, lipuj. Kłam szczerze. Rób to długo. Rób to tak długo, aż ci uwierzą! I jeszcze jedno, każda Firma ma specyficzną umiejętność zamykania niewygodnych, ale otwartych głów, wiekiem. Wiekiem trumny.

Mimo że prawda o łgarstwach służb rzadko wychodzi na jaw, bo nikt jej nie szuka, to kłamstwa nie starzeją się. Z czasem wychodzi na jaw jak szydło z worka. Zmienia się tylko skala zjawiska, bo prawda jest niczym kamień – nierozpuszczalna w wodzie. Funkcjonariuszom służb specjalnych prawda jest potrzebna jak atomowemu okrętowi podwodnemu wiosła. Oni mają swoją prawdę. Chronią ją mącąc wodę, m.in. fałszując dokumenty.

                                                        ***

Lubiąc interesować się słabostkami wielkich ludzi, bo któż nie lubi podglądać historii przez dziurkę od klucza, myszkowałem za dokumentami tajnych służb. Studiowałem dostępne opracowaniach na ich temat, pochłaniałem książki dotyczące tej tematyki itp.

Do końca lat pięćdziesiątych były to przeważnie szpargały propagandowe dotyczące zachodnich służb specjalnych. Po wstąpieniu do Oficerskiej Szkoły WOP uzyskałem szerszy dostęp do materiałów dotyczących również tzw. demoludów, czyli krajów podległych Związkowi Sowieckiemu.

Czytałem zachłannie wszystko to, co mi wpadło w ręce. Był to błąd. Był to zły nawyk. Należało mniej czytać. Gdybym więcej się zastanawiał, zamiast wciąż sięgać po książki, gazety i dokumenty, to przypuszczalnie byłbym bardziej rozgarnięty. Dużo wody musiało upłynąć w Wiśle, nim zrozumiałem, że nie warto wierzyć bezkrytycznie dokumentom, artykułom i literaturze, jeżeli się nie zna okoliczności, w jakich „słowo pisane” powstawało. Dlatego w późniejszym czasie dokładałem starań by rozmawiać z funkcjonariuszami tajnych służb i politykami. Byli to ludzie nie tylko dobrzy, ale i chytrzy. Jedyną trudnością w tych rozmowach było oddzielenie prawdy o fałszu. Zderzałem się ze swoistym paradoksem kłamców. Mając wątpliwość, czy rozmówca mówi prawdę, czy łże, musiałem rozstrzygać: czy adwersarz kłamie, kiedy mówi, że kłamie, czy mówi prawdę?

I mimo ze z ust rozmówców wypadały niekiedy słowa tak głupie albo tak wredne, że szkoda gadać, to nie przepuszczałem żadnej okazji, aby je usłyszeć i jak się da, to je zweryfikować.

Możecie mi zarzucać, że to niemoralne… A fuj! Rozmawiać niekiedy z ewidentnymi bandytami… Może i niemoralne, ale za to jakże ciekawe? 

Możecie mnie posądzić o fałszywą skromność. Jednak taka supozycja byłaby niesłuszna, bo fałszywa skromność jest najprzyzwoitsza ze wszystkich kłamstw. Dlaczego o tym wspominam? Bo uważam, że należy odpowiadać na drażliwe pytania, zanim zostaną zadane.

PS 1.

Jest to fragment przygotowanej do druku książki „Portret z kanalią”.

PS 2.

Jeżeli jesteście zbulwersowani, że po raz kolejny ogawędzam nieciekawą przeszłość, to rozejrzyjcie się po skrzeczącej pospolitości i znajdźcie chociaż jedną różnicę między tym, co napisałem, a dniem dzisiejszym.

PS 3.

Polecam: rzecz O ISTOCIE PASJI.

Książka Stanisława Jerzego Szałapaka pt. „Jedzie, jedzie straż… – gorąca pasja dh. Jerzego Matrzaka” jest niekonwencjonalnym reportażem połączonym z esejem. To bardzo ciekawy sposób pisania reportażu historycznego, fabularnego; nasiąkniętego faktami wziętymi z codziennego życia ludzi. Ludzi, którzy umiłowali jakąś pasję. W tym wypadku strażacką pasję – pasję druha: strażaka ochotnika. Napisane to jest znakomicie, swobodnym, potocznym stylem. Chwilami przesadzone. Chwilami bardzo prawdziwe. Tak to się odbiera, bo przecież nie byłem strażakiem. Bardzo, bardzo ciekawa lektura. Szałapak da się lubić. Nie sprzedaje kitu. Warto poczekać na jego następną książkę, już ją pisze. Tym razem będzie o poetach czasu wojny.

PS 4.

Uprzejmie proszę kierować uwagi pod adresem: hp.piecuch@gmail.com

L. Wałęsa!? Raz jeszcze. Jak było?

30.01.2017

[Ten zapis powstał zanim zapoznałem się z ekspertami grafologów badających „pudła Kiszczaka”]. Włączam radio – Wisłocka i, zupełnie nie socjalistyczne namawianie na rżnięcie . Odpalam telewizor – Wisłocka i, to samo. Otwieram gazetę – Wisłocka i, znowu seks, taki jakiś zupełnie nie z socraju, a jeszcze nie demokratyczny, genderowaty. Boję się uchylić drzwiczki lodówki. Zupełnie niesłusznie, bo tam jeno notatki do książek o Wałęsie.

Oj Piecuch, Piecuch! Co ma Wisłocka do Wałęsy?

I tu, i tam chodzi o rżnięcie.

Odpuszczam sobie Wisłocką, bom absolutny ignorant w sprawach seksu, ale nie przeczę, sprawa jest interesująca na tyle, że uprawiają go prawie wszyscy. A Wałęsę rżną też wszyscy. A przynajmniej większość Polek i Polaków. A i za granicą, tu i ówdzie jakieś dziwadło się znajdzie, które głos w sprawie sławnego naszego rodaka zabierze. Nie chciałem być gorszy. Od kilkudziesięciu lat różnie o byłym prezydencie pisałem. Nie. Nie, żeby rozstrzygać cokolwiek o czymkolwiek, ale aby podzielić się z czytelnikami tym, czego byłem świadkiem naocznym, co powiedzieli mi opozycjoniści, ale i oficerowie tajnych służb, i co wyczytałem w tajnych dokumentach, na długo przed tym, nim je „sprywatyzował” gen Kiszczak, a jego małżonka chciała „opchnąć” IPN. A swoją drogą dziwny to był człowiek, ten generał Kiszczak. Zamiast kraść szmal (miał ogromne możliwości) ukradł jedynie kilka pudeł dokumentów. Po co?

W tym miejscu tylko kilka przypomnień. W Książce „Wałęsa i… Kryptonim <Bolek>. Operacja tajnych służb MON i MSW” (wydanie 2012 r.) w „przedsłowiu” napisałem: „Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienia z upoważnienia, choć raz chciały coś zrobić bez pozwolenia.”

Kto Lechowi Wałęsie dał upoważnienie do rzucania kamieniami w przedstawicieli władz? Głównie w grudniu 1970 r.? Gdy to pisałem – wiedziałem. Teraz mam wątpliwości. Niemiej, resztę książki, około 400 stron znormalizowanego maszynopisu, poświęciłem na omówienie tego, w jaki sposób rządzący, przy pomocy tajnych służb, usiłowali spacyfikować niepokornego rebelianta w latach 80. Wniosek był oczywisty: władza, w starciu Wałęsą, mimo stosowania brutalnych chwytów, poniosła porażkę. Jest w tym zasługa samego Wałęsy, ale jeszcze większa jest zasługa Wolnych Związków Zawodowych, które Lechowi Wałęsie, tak jak i innym opozycjonistom, wskazały drogę postępowania i uzbroiły w argumenty, w jaki sposób wciągnąć masy do walki z reżimem.

W drugiej książce „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej” (wydanie 2016 r.) starałem się uzupełnić niektóre wątki, również dotyczące L. Wałęsy. Pisałem: Był grudzień 1970 r., zbliżały się święta i rządzący zrobili narodowi paskudną niespodziankę. 12 grudnia ogłoszono podwyżkę cen detalicznych przetworów mięsnych oraz innych artykułów spożywczych. Decyzję w tej sprawie podjęto 30 listopada 1970 na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR.  Od 8 grudnia w ministerstwie obrony narodowej i ministerstwie spraw wewnętrznych rozpoczęto przygotowania w ramach „ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego”. 11 grudnia jednostki MSW  zostały postawione w stan pełnej gotowości. Płk Stanisław Mańka powiedział mi, że jego żona, która pracowała w jednym ze szpitali na Wybrzeżu, mówiła, że  od początku grudnia w jej szpitalu wypisywano do domów nawet ciężko chorych pacjentów. Personel przypuszczał,  że szykuje się jakaś większa akcja. Być może ze strzelaniem. Tak jak w 1956 r. w Poznaniu. Trzeba było zrobić miejsce dla ewentualnych rannych. 12 grudnia wieczorem, za pośrednictwem radia poinformowano społeczeństwo o podwyżkach cen żywności, głównych artykułów, średnio o 23% (mąka o 17%, ryby o 16%, dżemy i powidła o 36%). 13 grudnia komunikat o podwyżkach cen podała prasa. Tak zaczęła się rewolta. Jej efektem była tragedia społeczeństwa i mianowanie na I sekretarza KCPZPR Edwarda Gierka.

Warto pomyśleć, czy jest związek między rewoltą ’70 a Sierpniem ’80. Jeżeli tak, to jaki? Czy Grudzień 1970 r. był wynikiem inspiracji specsłużb, zmierzających do obalenie Gomułki na rzecz Gierka, ukrytego za parawanem kwartetu (Babiuch, Jaruzelski, Kania, Szlachcic), który wykonał brudną robotę na Wybrzeżu? W którym momencie gra wymknęła się spod kontroli? Czy podobnego manewru nie powtórzono w 1980 r.? Może z innymi personami, ale podobnymi metodami i z podobną agenturą, częściowo odziedziczoną po Grudniu ’70? Ile było autentycznego, spontanicznego wybuchu niezadowolenia społecznego, a ile cynicznej, zimnej gry polityków, którzy posłużyli się służbami specjalnymi?  Jaką rolę w tych rozgrywkach odegrała ówczesna agentura KW MO w Gdańsku, kierowana przez Pożogę? Wszak Pożoga awansował niespodziewanie z dyrektora departamentu kontrwywiadu na wiceministra, szefa najważniejszej służby i pierwszego zastępcę ministra.  Czy fala strajków  na południu Polski w 1980 r. była inspirowana przez kontrwywiad? Jeżeli tak, to dlaczego przeniosła się na Wybrzeże? Jaka była działalność “kwartetu” (już mocno skłóconego) w przededniu powstania “Solidarności”? Czy podwładni  Pożogi, po przejściu tego funkcjonariusza do Warszawy i objęciu przez niego stanowiska dyrektora Departamentu II, a następnie szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, nadal “pilotowali”  agenturę w Trójmieście? Jeżeli tak, to po co? Komu służyła ta agentura? Stanisławowi Kowalczykowi ? Mirosławowi Milewskiemu? Edwardowi Gierkowi? Lub Stanisławowi Kani i gen. Jaruzelskiemu? Kiedy Pożoga zmienił pryncypała na Jaruzelskiego i Kanię? Jaka rola przypadła  w grze z „Solidarnością” wcześniej złowionym agentom m.in. o pseudonimach „Franciszek” i „Bolek”, wyrejestrowanym z kartotek na długo przed sierpniem ‘80?  W jaki sposób i dzięki komu Służba Wywiadu i Kontrwywiadu objęła kontrolą najważniejsze krajowe i zagraniczne kanały łączności “S”?

          Kanały te były w drugiej połowie lat osiemdziesiątych kontrolowane w około 80. procentach przez MSW. Jaka była rola agentów wywiadu, uplasowanych w kierowniczych gremiach “S”, a zajmujących się łącznością krajową i zagraniczną?       

Zaraz na początku rewolty na Wybrzeżu do akcji wkracza Lech Wałęsa. Były prezydent dziś mówi, że już w 1970 r. był szefem strajku i radowała mu się dusza, gdy widział milicjantów bodzonych przez tłum. Tymczasem nie jest to takie pewne. W tamtym okresie nie było tak wyraźnego przywództwa. Naprawiono to w sierpniu 1980 r. powierzając Wałęsie kierownictwo „Solidarności”, pomimo że było wiadomo…

No, było wiadomo, że w czasie spotkania z podopiecznymi płk. Pożogi nie spisał się najlepiej. Wybaczono mu. I powierzono  niekwestionowane wodzostwo strajku.  I prawdą jest, że on był prawdziwym młotem na władzę. L. Wałęsa powoli stawał się żelazkiem do prasowania pospolitości strajkowej. Starał się wziąć na klatę problemy, troski, kwestie, zmartwienia, udręki, zgryzoty, strapienia, przykrości, bolączki, dokuczliwości, kłopotliwości, komplikacje, zagwozdki, łamigłówki i sęki. Bo kiedy Wałęsa  ma młotek w ręce, wszystkie problemy wyglądają jak gwóźdź.

  1. Wałęsa już w grudniu 1970 r. wykazał się zdolnością do koncyliacyjnego załatwiana spraw z władzą. Dowodem tego jest jego udział w niedopuszczeniu do groźnego starcia tłumu z siłami porządkowymi przed Komendą Miejską MO w Gdańsku. Wówczas to padły pierwsze strzały na Wybrzeżu. Wówczas nie zawsze milicjanci ścigali i pałowali tłum. Czasem było odwrotnie. To tłum ganiał milicjantów, zaganiając ich do komend niczym psy do budy. W czasie jednej z takich akcji w grudniu 1970 r. były przewodniczący wpadł na czele tłumu goniącego milicjantów do budynku komendy milicji, wdarł się na drugie piętro. I wtedy go dopiero bezpieka zauważyła. Ówczesny płk  Pożoga pozwolił mu wygłosić mowę. I Wałęsa  podszedł do okna, otworzy je i przemówił do tłumu, który na dźwięk jego słów uspokoił się. Aczkolwiek w jego stronę poleciało kilka inwektyw i kamieni.

Na tym spotkaniu z bezpieką L. Wałęsa wyszedł jak Indianie na spotkaniu z Europejczykami. Kto strzelał, nie bardzo wiadomo. Władze twierdzą, że strzały padły z tłumu. Strajkujący, że strzelali milicjanci. A może strzelali tajniacy? Dość powiedzieć, że na placu boju pozostał jeden funkcjonariusz z przestrzelonym tyłkiem.       Była to zaledwie druga osoba urzędowa w całej historii Peerelu tak zraniona, po generale Karolu Świerczewskim, Człowieku, który się kulom nie kłaniał, który w Bieszczadach otrzymał trzy postrzały od UPA. W tym jeden w dość  wstydliwe miejsce, a konkretnie prosto w dupsztal. W Bieszczadach generał był pijany, a w Gdańsku milicjant trzeźwy i darł się jak szekspirowski ranny łoś. Świerczewski podobno zachowywał się spokojnie. Może w pijanym widzie, a może już w malignie, usiłował jeszcze dowodzić żołnierzami spieszącymi mu z odsieczą.

  1. Wałęsa wie, że wiele spraw po Grudniu było niewyjaśnionych. Nieznany był los pomordowanych. Nie było wiadomo, kto kierował akcją pacyfikacji w Gdańsku oraz w Gdyni i w Szczecinie. Już wtedy, w 1970 r., gdy po zatrzymaniu podpisywał „jakieś tam” dokumenty, postanowił sobie, że te sprawy wyjaśni. Próbował to wyjaśniać nawet w czasie rozmów w Magdalence przed „Okrągłym Stołem”. Wówczas zdarzało mu się siedzieć tete a tete z Czesławem Kiszczakiem, a nawet z samym Jaruzelskim, nie licząc innych prominentów i Wałęsa, silny „Solidarnością”, mógł im pokazywać nie jeden, a dwa środkowe palce. I Kiszczak, który respektował poruczenie W. Jaruzelskiego mówiące, że życie wymaga od generałów ustępstw, a czasem nawet przyznania sobie prawa do błędu, świadom, ile od tych rozmów zależy, przepełniony był najszlachetniejszymi zamiarami, czystymi, nieszkodliwymi i tak koncyliacyjnymi, że miało się wrażenie, iż szef bezpieki w duchu jest kobietą, która dodaje sobie cech macho, żeby utrwalić swój wizerunek twardego faceta. Szefa “Solidarności” uderzyła gościnność ministra. Gdy się zebrali w reprezentacyjnej sali Magdalenki, to generał powiedział, że tu zwykle naradza się ze swoimi najważniejszymi oficerami i przyjaciółmi z demoludów i że jest pełna demokracja i każdy może mówić to, co jest ustalone, a pić ile dusza zapragnie. I „CzeKiszczak”  dodał, że pierwsze dziesięć kolejek każdy musi wypić obowiązkowo.

Gdy skończyli kolejny toast Kiszczak, z charakterystyczną dla niego klepaną dykcją i oblizywaniem warg, powiedział, że jak się tylko dogadają, to pierwszą rzeczą, jaką zrobi, będzie wpuszczenie do archiwum resortu wyznaczonej przez przewodniczącego “Solidarności” komisji. Ona wszystko wyjaśni. Przyszły prezydent Kraju Pieroga i Zalewajki miał prawo być zadowolony. Oferując tak mało, uzyskał tak wiele. W tym jednym wypadku „CzeKiszak” dotrzymał słowa. Wpuścił tzw. Komisję ds. zbiorów archiwalnych składającą się z Andrzeja Ajnenkiela, Jerzego Holzera, Adama Michnika i Bogusława Krolla, która w okresie  od 12 kwietnia do 27 czerwca 1990 r. miała dostęp do Centralnego Archiwum MSW. Komisja nie przepracowała się. Zostało po niej  dwie strony sprawozdania i wniosków (…).

  1. Wałęsa jest marką w polityce polskiej. Jak Kopernik w astronomii i Chopin w muzyce. Mimo całej bufonady i niechlubnych związków ze służbami w okresie młodości, buzuje w nim coś magicznego i profetycznego. W takich chwilach przed oczami często jawił mi się inny Wałęsa. Ten z dokumentów służb. Z opowieści oficerów bezpieki, a także z opowieści tych, którzy stali nad bezpieką. Ale i tych, również z WSW, którzy wykonywali różne polecenia mające na celu jedno: przeciągnąć na swoją stronę albo unieszkodliwienie byłego kaprala z Gdańska. Kaprala, który jak każdy podoficer był pokorny. Ale w pewnym momencie przestał być uległy. I pokąsał ludzi, którzy okazali mu tyle serca, w tym generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka, Pożogę i kilka tuzinów aparatczyków. L. Wałęsa po wkroczenia na drogę walki nigdy i nigdzie nie umizgiwał się do nikogo. Znam oficerów uważających Wałęsę za sympatycznego misia z Krupówek, przechwalających się, że miś jadł im z łapki. To nie jest prawda. Lech Wałęsa nie przyspieszał myśli, ale nie był misiem. To był święty awanturnik. To był buntowniczy wojownik. Wskazywał źródła niesprawiedliwości. Mówił ludziom, bo mu to ktoś podpowiedział, że najważniejsza jest wolność (w tym miejscu powinienem napisać książkę o roli doradców, bez których nie byłoby takiego Wałęsy jakim był, a odarty z tych rad pozostały „Bolkiem” z rewolty lat 70.). Powtarzał więc szef „Solidarności” za doradcami, że wolność to jest stan, kiedy żaden człowiek nie musi musieć, a drugim razem, że człowiek nie musi robić tego, czego nie chce. Lud mu uwierzył. Lud szedł za nim. Kiedyś lud poszedłby za nim do dziewiątego kręgu piekła Dantego. Były prezydent mówi, że do „Okrągłego Stołu” o czymkolwiek myślał, zawsze medytował, jak dokopać komunie. W czasie obrad „Okrągłego Stołu” L. Wałęsa był jak cumulus. Nigdy się nie powtarzał. Mimo braku wiedzy i doświadczenia, jakaś iskra boża (doradcy, wśród których pętali się również ludzie niekoniecznie związani z opozycją) pozwalała mu prześwietlić knowania generałów. Nie dał się przyszpilić Kiszczakowi. Geszeft nazwał sukcesem i “zwierciadłem transformacji polskiej”. Nie przeszkadzało mu to, aby po objęciu prezydentury, razem z Jarosławem Kaczyńskimi, rozbić to zwierciadło na kawałki i skłócić wszystkich z wszystkimi. Tak, L. Wałęsa doszedł na szczyt władzy, ale spadł po jednej kadencji.

Myślę, że Lecha Wałęsę stworzył Jan Paweł II. Stworzył go słowami wypowiedzianymi w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski. Słowa te padły w 1979 r. w czasie Mszy św. na ówczesnym Placu Zwycięstwa w Warszawie. Te słowa brzmiały: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi. Te dziesięć słów wypowiedziane przez Jana Pawła II stworzyły nie tylko Wałęsę, który pozbył się traumy z grudnia 1970 r. i przestał się bać. Te słowa natchnęły miliony Polsków, którzy także przestali się bać i ruszyli do walki. Minął rok i powstała „Solidarność”. Za Polakami ruszyła Europa. W odróżnieniu od dziesięciu słów papieża, trwało to dziesięć lat.

Nie dziwcie się zatem, że choć od tamtych wydarzeń minęło ponad trzydzieści sześć lat jedynymi Polakami znanymi na świecie są Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Zohydzanie Wałęsy, ściąganie go z piedestału nie ma sensu. Na tym postumencie nie da się go zastąpić kimś innym. Jeżeli Lechu spadnie, cokół pozostanie pusty. Wałęsa, przy całym skomplikowanym życiorysie, przy całej bufonadzie i nieobliczalności jest jak wzór metra w Sevres pod Paryżem. Po prostu los tak chciał.

Ale praca operacyjna tajnych służb nie poszła na marne. W miarę stabilizacji i zbliżania się do „Okrągłego Stołu” rosła liczba przeciwników Wałęsy. Wałęsa potrafił omijać pułapki. Wygrywał potyczkę za potyczką. Mówił, że woli, by mu zazdroszczono, niż żeby go żałowano. Potrafił przyciągać ludzi do swojej idei. Idei nigdy do końca niesprecyzowanych, entropicznych, mgławicowych. Ale równocześnie krwawiło mu serce, bowiem zrozumiał, że z wrogami, których nie mógł anihilować, będzie musiał żyć aż do grobowej deski.

Każdy, kto próbował przymierzyć się do życiorysu L. Wałęsy, musi przyznać, że to, co o nim wiemy i to, czego nie wiemy, jest zrośnięte jak syjamscy bracia. Ale trudno pojąć, dlaczego tak wiele osób wierzy resortowym halabardnikom. Tym facetom, od których nic nigdy nie zależało. Oni zawsze trzymali ruki pa szwam, nagle, po 1989 r., zaczęło się wydawać, że coś kiedyś znaczyli, coś zdziałali, coś od nich zależało, że byli ważni. Czasem muszą minąć wieki, nim niektóre tajemnice z przeszłości zyskają właściwe oświetlenie, nim naukowcy udowodnią kto, z kim i przeciw komu wojował. Oficerów obowiązywała zasada ograniczająca ich wiedzę do minimum. Wiedzieli tyle, ile było niezbędne do wykonania zadania. Każdy, kto zna życie resortu, wie, że w wypadku L. Wałęsy, który już w strajkach Grudnia 1970 r. odegrał poważną, ale nie najważniejszą rolę (…).

O czynnościach operacyjnych decydował naczelnik wydziału, który przedkładał pisemną prośbę zastępcy ds. SB KW MO. W wypadku L. Wałęsy był to W. Pożoga. Gdy Wałęsa obrósł w piórka, a to się wydarzyło po podpisania porozumień sierpniowych w 1980 r., w sprawę wmieszało się MSW. O losie figuranta początkowo decydował dyrektor Departamentu III, potem szef kontrwywiadu, a następnie szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu – gen. Pożoga. On najważniejsze decyzje konsultował z ministrem Kiszczakiem, a ten – z Jaruzelskim. Wolno tedy zapytać: gdzie są te pisma pisane ręką Wałęsy?

Nie ma ich!? Przeciwnicy Wałęsy mówią, że zostały zniszczone. A może ich nigdy nie było? Może to jest jedna wielka mistyfikacja oparta na tym, co kiedyś, w grudniu 1970 r., figurant podpisał? Ale wówczas różni ludzie, różne rzeczy podpisywali. Ofiary, wezwane na komendę milicji, szły z wizją ciał zamordowanych towarzyszy przed oczyma, mając świeżo w pamięci obraz masakry w Gdyni lub w Szczecinie. W takim stanie można podpisać wszystko. Opowiadał o tym gen. Pożoga, ale w czasie autoryzacji książki „Pożoga. W. Jaruzelski nigdy tego nie powie” wykreślił sporo fragmentów.

– Od grudnia 1970 r. te szpargały były w Gdańsku. Nie, nie było to nic ważnego. Ale dobrze nie pamiętam – wspominał, pod koniec 2014 r. były szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. – Po przyjściu do MSW gen. Kiszczaka on je ściągnął z Gdańska. Więcej ich nie wdziałem. Zastanawiałem się, dlaczego generał ich nie użył, aby złamać Wałęsę w czasie internowania. Ale nie rozmawiałem z ministrem na ten temat. To nie była moja sprawa. Krajowców rozgrywało Biuro Studiów i Służba Bezpieczeństwa. Mnie interesowała gra z zagranicznymi strukturami „Solidarności”. Mnie interesował bardziej „Franciszek”. Miałem wystarczająco wiele roboty.

  1. Wałęsa po cezurze 1970 r. stał się dojrzalszym człowiekiem. Wiedział ,gdzie kończą się jego możliwości. To nie były czasy normalnego funkcjonowania służb. Oficerowie szli na skróty. Werbowano masowo. Nikt niczego albo prawie niczego nie sprawdzał. Agentów i rzekomych agentów ewidencjonowano według widzimisię oficerów. Dobry śledczy musi potrafić zmienić człowieka w lalkę, z którą może zrobić co zechce. Między jednym uderzeniem figuranta a drugim musi umieć cisnąć finezyjnym aforyzmem niczym mistrz krótkiej formy literackiej. Po spektaklu przesłuchania nawet niewinna ofiara we własnych oczach powinna stać się osobą podejrzaną.

Ciągle nurtowały mnie wątpliwości, jak to jest z tą agenturą L. Wałęsy. Był agentem czy nie był? Tak długo męczyłem gen. Pożogę, aż usłyszałem: I tak, i nie. Zależy, co kto przez to rozumie. Podpisał „kwity”… A więc jednak… Nie. To nie takie proste. W grudniu 1970 większość zatrzymanych podpisywała. Nikt nie robi z tego problemu. Po prostu tak postępowaliśmy. Trzeba pamiętać, że werbowanie agentów odbywało się falami. Pierwsza większa fala, jaką zapamiętałem, była w roku 1968. Zwerbowano, to znaczy, zobowiązania podpisało blisko dziewięćdziesiąt procent wyjeżdżających Żydów. Skuteczność tych werbunków była rzędu połowy promila. Druga fala to właśnie grudzień 1970 r. Wówczas w nasze ręce wpadł Wałęsa. To były setki, o ile nie tysiące zewidencjonowanych figurantów. W miarę stabilizacji sytuacji, w miarę realizacji prośby nowego I sekretarza KC PZPR (E. Gierek prosił stoczniowców słowami: „No to jak? Pomożecie? – H.P.) taka masowa agentura już nie była przydatna. Wielu agentów wyrejestrowano. Chyba Wałęsę także. Nie pamiętam. Byłem już w Warszawie.

W porcie i w stoczniach na Wybrzeżu dobrą agenturą dysponowali zwiadowcy WOP. W ramach współdziałania z bezpieką można było zrezygnować przynajmniej z połowy współpracowników. Zostawiono tylko najlepszych. Najaktywniejszych. Mających z racji zajmowanych stanowisk największe możliwości bycia pożytecznym dla naszej służby. Wałęsa do tej grupy nie należał. Następna fala werbowania była po roku 1976?

– Nie pamiętam, jak było wówczas z Wałęsą – mówi gen. Pożoga. – Po powstaniu „Solidarności” w sierpniu 1980 r. osiemdziesiąt procent agentów pokazało nam gest Kozakiewicza. No, ale odbiliśmy to sobie po wprowadzeniu stanu wojennego. Zaroiło się wówczas od oferentów (figuranci z własnej, nieprzymuszonej woli oferowali usługi SB i Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu – H.P). Ale wtedy Wałęsa, mimo wielokrotnych podchodów, stosowania „kija i marchewki” już nie dał się złamać. Czy taka masowa agentura była nam potrzebna? – zastanawiał się szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. – Mojej służbie na pewno nie. Ale minister naciskał. Każdy oficer operacyjny musiał prowadzić przynajmniej 12 agentów. Spłycało to robotę. Ilość nie przechodziła w jakość. Wolałem mieć kilku agentów, ale sprawdzonych i dobrych w Lund, kilku w Londynie, pół tuzina w Paryżu itd. I wystarczyło. Po co miałem instalować agentów w pegeerach? Przecież to absurd. Ale minister naciskał. Postulowałem zmniejszenie Departamentu IV. Kiszczak go rozbudował. Skończyło się jak się skończyło. Śmiercią J. Popiełuszki i nie tylko.

No to jak jest z tymi „kwitami” L. Wałęsy? Czyżby ”kwity” zmartwychwstały w pudłach ujawnionych przez Marię Teresę Kiszczak? Rodzi się pytanie: co do prawdziwych oryginałów dodał „CzeKiszczak”? Wszak wiadomo, że specjaliści Firmy cały czas pracowali nad wzbogacaniem życiorysu przywódcy „Solidarności”. Majstrowali oryginały. Tyle że nieprawdziwe. Majstrowali perfekcyjnie. Oni zdolności do fałszerstw mieli we krwi. Dysponowali specjalistycznym sprzętem.

 Na początku lat 90. L. Wałęsa dostał milion dolarów za zgodę na zgodę na wykorzystanie jego wizerunku w filmie, jaki zamierzano nakręcić w USW.  I coś nie wyszło. W 2001 r. jeden z producentów w Hollywood Roman Harte, ten sam, który zaoferował Wałęsie milion USD, zgłosił się do mnie, abym napisał koncepcję  noweli filmowej. Konsultantem miał być prof. Paczkowski. Napisałem. Profesor wniósł uwagi. Uwzględniłem je. Harte osobiście przyjechał i odebrał poprawiony tekst. I zniknął. Widocznie coś znowu nie wyszło. Może Amerykanie stracili zainteresowanie Wałęsą, Polską, a nawet Europą. Może agenci CIA, których przedstawiłem w szkicu, byli nie tak wspaniali, a  SB i KGB nie tak krwawe, jak  wyobrażenia Amerykanów. Ani Paczkowski, ani ja nie dostaliśmy za pracę ani centa.

 W przypadku L. Wałęsy sprawa jest prosta. Homo sapiens to taki stwór, który po osiągnięciu sukcesu swoim działaniem sam prosi się o nieszczęście. I to jest  przypadek byłego prezydenta RP. Na pytanie: dlaczego Wałęsa? Bon mot mógłby brzmieć tak: Dlatego, że nie tylko Ameryka, ale i cały świat  niczego takiego przed nim nie widział. I już nie zobaczy. W filmie chciałem zdeszyfrować Wałęsę. Wedle mojej oceny, Wałęsa jest fenomenalnym trybunem ludowym i nawet banda diabłów nie dałaby mu rady. Dlatego powtarzam – tacy ludzie rodzą się raz na milion albo raz na sto milionów lat. Gdyby L. Wałęsy nie było, należałoby go wymyślić. To powinno wystarczyć za komentarz. Nawet jeżeli Wałęsa był draniem, bądź jego wybory życiowe i zawodowe obsadziły go w drańskiej roli, to bez niego nie byłoby III RP w takim kształcie, jak obecnie.

Przez pół wieku marzyłem o tym, co się stało 4 czerwca 1989 r. Dlatego nie dziwcie się, że wykorzystywałem każdą okazję, aby się czegoś o tym wydarzeniu dowiedzieć. Węszyłem za wiadomościami. Szukałem wiadomości o L. Wałęsie wszędzie. Nie tylko na diabelskim kołowrocie życia, ale nawet na szpitalnych korytarzach w czasie, gdy leżeli tam wielcy manipulatorzy Firmy. A wcześniej czy później każdy z nich tam trafiał. Zastanawialiście się kiedyś, ile czasu trwa wdzięczność, a ile mściwość i zazdrość? Życie dowodzi, że wdzięczność trwa krócej. No cóż, gust społeczeństwa nigdy nie wyprzedza geniuszy takich jak L. Wałęsa. Zawsze wlecze się za nim kulejąc. Dla miernot geniusz jest czymś niewybaczalnym.

 

WOJNA BEZPIEKI Z RED. GIEDROYCIEM

Polacy to dziwny naród! Nie ma chyba na świecie drugiego narodu, który by miał tylu bohaterów i jednocześnie tyle kanalii.

Marian Brandys

W „Gazecie Wyborczej” (7-8 stycznia 2017) ukazał się interesujący artykuł prof. dr. hab. Rafała Stobieckigo poświęcony wojnie bezpieki z red. Jerzym Giedroyciem. Chciałbym dorzucić do niego swoje trzy grosze. Czytałem bowiem „dzieła”, nad którymi zasadnie „znęca” się profesor. Podejrzewam, że niektóre z tych „dzieł” powstały z inspiracji nie tylko propagandystów, ale również pod wpływem działań operacyjnych oficerów Służby Wywiadu i Kontrwywiadu.

          Miałem kiedyś drobną przygodę z red. Jerzym Giedroyciem.  Postanowiłem opisać pewną, mało znaną kombinację operacyjną MSW  zmierzającą do spalenia siedziby „Kultury”. Główną rolę miał odegrać agent Departamentu I MSW, Piotr Paćkowski ps. „Widal”. Kombinację wymyślił i kierował przygotowaniami płk Henryk Wróblewicz.

          Akcja nie wyszła poza stadium opracowywania szczegółów, przygotowania odpowiednich materiałów i rozmów z agentem. Zgodę na operację wyraził minister S. Kowalczyk. Znałem zainteresowanych. Zdobyłem pewne szczątkowe materiały, które wysłałem J. Giedroyciowi z zapowiedzią pracy nad książką.  Otrzymałem list od Redaktora, że materiałów „Kultura” nie opublikuje. Redakcja poczeka na książkę, którą omówią i ogłoszą fragmenty. Niestety książki nie opublikowałem do dziś. Zniechęcili mnie do tego generałowie Kowalczyk i Pożoga. Pierwszy oświadczył, że nie pamięta, by wyraził zgodę na takie działanie, a drugi, że większość materiałów, po rezygnacji z operacji, została zniszczona. W zamian „popełniłem” dwie książki: „Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie” oraz „Byłem gorylem Jaruzelskiego”. Red. J. Giedroyć ogłosił w „Zeszytach Historycznych” spore fragmenty książki napisanej m.in. na podstawie rozmów z płk. A. Gotówką oraz generałami F. Siwickim i M. Janiszewskim, a „Gazeta Wyborcza” opublikowała szkic autorstwa Stanisława Barańczaka (z USA), w którym przeinaczenia walczą o lepsze z insynuacjami pod adresem moich rozmówców i moim. Cóż, zdarza się. Sam jestem sobie winien. Nie posłuchałem sugestii red. Adama Michnika i nie „odpieprzyłem się od gen. W. Jaruzelskiego”, a również nie podzieliłem rad redaktorskich, jakoby gen, Cz. Kiszczak był „człowiekiem honoru”.

                                                   ***

          5 maja 1976 r. Wydział VIII Departamentu I MSW zaczął intensyfikować rozpracowanie przerzutów wydawnictw nielegalnych. Założono rozpracowanie operacyjne obiektowe (ROb) o kryptonimie „Pajęczyna”. Początkowo ROb dotyczyło jedynie ośrodka „Kultury” paryskiej, ale w 1978 roku, wobec nasilających się „transportów” nielegalnych z Zachodu, przekwalifikowano ROb do kategorii samodzielnego rozpracowania.

          W oko oficerom Wydziału VIII, a następnie Wydziału XI Departamentu I MSW (kontrwywiadowczego) w padła w Paryżu Maria Łamazki-Mawro, sekretarka Instytutu Literackiego. Założono na nią rozpracowanie operacyjne kryptonim „Idak”. Po przekwalifikowaniu na agentkę zmieniono jej pseudonim na „Lutus”. W wyniku doniesień „Lutusa” specjaliści Firmy już w kwietniu 1980 r. zdołali opracować „Bilans finansowy Kultury”. Wynika z niego, że obroty ośrodka J. Giedroycia za rok 1978 wynosiły 1 224 829 franków, a na działalność grup w Polsce przeznaczono: na KSS-KOR – 30 537 franków; ROPCiO – 11 676 franków; Jan Józef Lipski – 850 franków itp.

          Tak szczegółowe doniesienia z Paryża skłoniły wiceministra spraw wewnętrznych gen. Mirosława Milewskiego, odpowiedzialnego w MSW za wywiad, do rozpoczęcia specjalnej kombinacji operacyjnej, w której wyniku chciano doprowadzić do pożaru w Instytucie Literackim w Paryżu. Milewski zlecił opracowanie kombinacji płk, Henrykowi Wróblewiczowi, zastępcy naczelnika Wydziału XI.

          Płk Wróblewicz wytypował do przeprowadzania zadania specjalnego Piotra Paćkowskiego, taternika z Wrocławia, który w czasie pobytu w Paryżu poznał się z J. Giedroyciem. W tym czasie Paćkowski był już TW Wydziału III KW MO we Wrocławiu o pseudonimie „Piotr Piotrowski”. W listopadzie 1979 r., po przeprowadzonej prze H. Wróblewicza rozmowie z agentem, przeszedł on pod „kuratelę” Wydziału XI jako kontakt operacyjny, otrzymał nowy pseudonim „Widal” (później zapisywany jako „Vidal”).

          Nadzór nad przebiegiem kombinacji dyrektor Departamentu I MSW płk Jan Słowikowski zlecił swemu zastępcy płk. Wojciechowi Młynarskiemu.

          Szczegółowy opis kombinacji przekracza ramy tego blogu. Dość powiedzieć, że w sprawę wmieszały się doniesienia nielegała Tomasza Turowskiego, a sam „Vidal” okazał się być agentem krnąbrnym i prowadzący podejrzewali, że bierze on żołd nie tylko z kasy MSW. Kombinacja spaliła na panewce. Instytut szczęśliwie uniknął pożaru, a sprawę „Vidala” w czerwcu 1984 r. odesłano do archiwum.                                           

          Nad fiaskiem operacji bardzo bolał szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu I zastępca ministra MSW gen. Władysław Pożoga. Jego agenci stale krążyli koło J. Giedroycia niczym psy wokół rożna z kiełbaskami. Ale już nikomu z nich nie udało się na stałe zadomowić w Maisons – Laffitte. Byli jednak liczni agenci dochodzący. Aby wzmocnić agenturę paryską, generał oddelegował z dobrego miejsca w Watykanie na bardziej newralgiczne w Paryżu, kto wie, czy nie najbardziej operatywnego nielegała Tomasza Turowskiego.

PS

Są to fragmenty książki „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej” wydanej prze Agencję CB. E-mail: cbwydawnictwo@home.pl

 

 

Kilka refleksji na 35 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego

Człowiek się nie zmienienia, przechodzi tylko różne stany i w każdym z tych stanów należałoby mu nadać inne imię, sygnalizując, iż nie mamy już do czynienia z tym samych człowiekiem, którego znaliśmy w jego poprzednim stanie.

Imre Kertesz

 

Zapamiętałem:

Rano 13 grudnia, usłyszawszy z telewizora komunikat o utworzeniu WRON, pojechałem do redakcji. Ulice były wymarłe. Nadniebne ptaki krążyły nad śmietnikami. Na dworze było minus dwadzieścia stopni. W autobusie o pięć mniej. Wśród pasażerów zaległa cisza. Cisza tak złowroga jakby ją przywieziono z Syberii. Na myśl o szefie WRON na usta cisnęły się słowa S. Witkiewicza: Jakże wstrętny kraj ta Polska, smutna ojczyzna gówniarzy.

W redakcji nie było nic do roboty. Ostatni numer „Granicy” nie wyszedł. Po pewnym czasie dowódca WOP pozwolił nam na kilka godzin odwiedzić rodziny. Był 1 stycznia 1982 r. i cały świat, z wyjątkiem Polaków, leczył kaca…

Gdy gen. Jaruzelski wprowadzał stan wojenny, na Zachodzie rządzili już politycy o jednoznacznie antysowieckich poglądach, a tzw. odprężenie leżące wyłącznie w interesie Kremla zostało odstawione do kąta. Od 1978 r. papieżem był Karol Wojtyła, czyli Jan Paweł II, ujmujący ludzi specyficznym humorem, inteligencją i erudycją. Uważałem, że świat współczesny potrzebuje wielkości. Ta wielkość tkwiła w kard. K. Wojtyle jak palec boży. Był też Jan Paweł II  największym konserwatywnym moralistą końca XX wieku, który, będąc Polakiem, doskonale rozumiał istotę systemu komunistycznego. Robił też ogromne wrażenie na gen Jaruzelskim. Wystarczy przypomnieć przemówienie wygłaszane w obecności Jana Pawła II przez generała. Powiedzieć, że Jaruzelski mówił drżącym głosem, to nic nie powiedzieć. Głos generała był jakiś taki cały skołczały.

Trzy lata po wyborze kard. Wojtyły władzę w imperium zaoceanicznym przejął zdecydowany antykomunista Ronald Reagan, mąż twardy jak kryształ kwarcu, szybki w podejmowaniu decyzji niczym rewolwerowiec i blefujący niczym zawodowy pokerzysta. Sojuszniczką Reagana w jego polityce odstraszania ZSRR i zniszczenia Imperium Zła, głównie poprzez łożenie wielkich środków na zbrojenia, w tym na program „gwiezdnych wojen”, była brytyjska premier Margaret Thatcher.

W 1985 r. sekretarzem generalnym KC KPZR został Michaił Gorbaczow, poglądami o lata świetlne odbiegający od swoich poprzedników. Gorbaczow, zlecając gen. Jaruzelskiemu przepoczwarczenie Peerelu w laboratorium dla pierestrojki, próbując oświecić komunistyczny feudalizm usiłował ratować Imperium. Ludzie byli przekonani, że nigdy w dziejach nie zdarzyło się, aby tak staroświeccy mężczyźni w tak pięknych opakowaniach, reprezentujący tak różne poglądy i cele, podążali ręka w rękę do jednego marzenia – zakończenia zimnej wojny.

Jan Paweł II, Reagan i Gorbaczow, zmieniając geopolitykę, obalili świat dwubiegunowy

Tępiałem coraz bardziej, widząc, jak nasi opozycjoniści z Wałęsą na czele, w myśl porzekadła, że gdy „konia kują, żaba nogę podstawia”, przekonują naród, iż transformacja ustrojowa jest ich zasługą…

Upadek komunizmu zależał w tym samym stopniu od „Solidarności”, co pogoda od meteorologów. Im bardziej to sobie uświadamiałem, tym bardziej mnie to bolało. Im bardziej się łajdaczyłem, tym bardziej stawałem się nihilistą i abnegatem ze skłonnością do anarchizmu. Rozczarowany ludźmi nie uczestniczyłem w dyskursach o sensie życia. Gardząc młodzieńczą energią, unikałem politykowania, a nawet balang. Zapomniałem zapachu bimbru i smaku kobiet. Od połowy lat dziewięćdziesiątych z dnia na dzień stawałem się beznadziejnym pierdzielem powoli staczającym się w starczą bezradność. Starałem się rozmawiać jedynie ze swoim psem i niekiedy z gen. Jaruzelskim.

Fascynowało mnie w jaki sposób generał w ciągu niecałych pięciu lat przerobił  złaknionego krwi psychopatę „CzeKiszczaka” (wystarczy spojrzeć, jakie zasługi miał ten przyjaciel Jaruzelskiego jako oficer informacji, szef  WSW czy minister spraw wewnętrznych ) w spolegliwego reformatora, potrafiącego przy „Okrągłym Stole” wyprowadzić w malinowy chruśniak  przeciwników politycznych, by polec w wyborach 4 czerwca 1989 r.  Chyba tę tajemnicę zabrał gen. Jaruzelski do grobu.  Obserwowałem „złą zmianę”.                                            ***

Trzecie tysiąclecie skradało się jak złodziej i wiele osób bało się, że nastąpi koniec świata. Ja, ani trochę nie wierząc w wieszczenia, spokojnie czekałem nadejścia Mesjasza. Nadal jednak starałem się notować słowa gen. Jaruzelskiego, który od ponad sześćdziesięciu lat ani razu nie pomyślał o Bogu. Nie miał do tego głowy. Ale niebawem, bo w 2014 r. Bóg do niego przyszedł i przekształcił go w istotę prehistoryczną. I być może dopiero teraz generał przypomniał sobie, że w Fenomenologii Georg W. F. Hegel zwraca uwagę, że poznać prawdę możemy dopiero na chwilę przed śmiercią. Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchem, a nie o świcie mówi filozof i konstatuje, że prawdziwa mądrość przychodzi dopiero z perspektywy końca. I być może generał uświadomił  sobie dopiero teraz, że dobry złodziej (socjalizm) to nie to samo, co zły dobrodziej (liberalna demokracja). I ja mam skrytą nadzieję, że prawdę Hegla uświadomi też sobie Jarosław Kaczyński ze swoją „Dobrą Zmianą”.

To, czego nie zanotowałem, umieszczałem w głowie

To nic, że mój mózg po operacji nie był już tak gęsty jak niegdyś. Z generałem rozmawialiśmy w domu przy ulicy Ikara 5 w Warszawie. W niedopitej kawie konały muchy, a Jaruzelski zionął miłosierdziem do bliźnich. Pozował na miłościwego Samarytanina. I teraz już chyba był nim. Po godzinie wszystko wyparowywało. Widząc to, generał podarował mi „Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa” z bukoliczną dedykacją: „Panu płk. Henrykowi Piecuchowi z żołnierskim pozdrowieniem”. Zrewanżowałem się swoją książką. Wpisałem: Panu Generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu na pamiątkę wspólnego pobytu na ziemi. Tej Ziemi.

I wówczas przed oczyma stawały mi pierwsze powojenne lata i współczułem ciotce, której bezdzietność załatwiła  banda bezpieki, bo funkcjonariusze działali kolektywnie, dlatego także gwałty uprawiali zbiorowo. Ale równocześnie cieszyłem się, że ubecy zabrali mi tylko fortepian, a przecież mogli odrąbać i palce…  I dlatego ich polubiłem – umieli uszanować człowieka. Nawet małego.

I cieszyłem się nawet wówczas, gdy jawił mi się widok  demonstrantów pobitych w 1970 r. i w latach późniejszych, po stanie wojennym, opuszczających areszty milicyjne. Pluli na hasła propagandowe. Ślina ściekająca po sloganie „Aby Polska  rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Ślina wyglądała jak krwawa łza…

I postawiłem generałowi pytanie, które musiało być postawione, a na które on nie miał dobrej odpowiedzi –  o „Solidarność”. Mój rozmówca  nie odpowiedział.

I mówiłem, i wydawało mi się, że wygłaszam pochwałę „Solidarności”: Do sierpnia 1980 r. świat stał przed wyborem, że można pozwolić komunistom  zawładnąć światem i będzie to złem. Można też obalić komunizm zbrojnie, co również będzie złem. I możnie tego świata uznali, że nie mają wyboru i w każdym wypadku ubrudzą sobie ręce. „Solidarność” znalazła jednak rozwiązanie kompromisowe.

Wojciech Jaruzelski milczał.

****

Do dziś pamiętam ostatnią rozmowę z generałem, który choć całe życie był żołnierzem odcisnął niepowtarzalne piętno na losach Polski i Polaków. W naszej ponad tysiącletniej historii był tylko taki jeden gość.

Zmęczone oczy generała zdawały się mówić: „Nie szukam ukojenia. Nie szukam zapomnienia. Niczego już nie szukam. Jakoś to będzie. Jakoś się potoczy… Beze mnie”. Tak, generał wyraźnie odpływał ku swojemu przeznaczeniu.

Nietypowy generał, bo…

Tak, tak, tak w powojniu szczególnie interesujący był okres, gdy rządy absolutne objął „Zbawiciel”,  czyli gen. Jaruzelski, czyli „Wojtek Szabelka” (ksywa nadana generałowi przez płk. A. Gotówkę, byłego szefa Wydziału Ochrony Fizycznej i Kontrwywiadowczej ministra obrony narodowej), któremu udało się stanem wojennym spolaryzować społeczeństwo.

„Zbawicie” mianował ministrem spraw wewnętrznych „Wice Zbawiciela”, czyli gen. Kiszczaka. Zaś „CzeKiszczak”, który poczuł się tak wielki, że Pałac Kultury musiał oglądać przez mikroskop i który już nie bardzo chciał brudzić sobie ręce mianował szefem komisji brutalistycznej resortu gen. Pożogę. W. Pożoga miał poodrywać nóżki i rączki opozycji demokratycznej. I  gen. Pożoga zrobił to. Był to szczególny rodzaj hedonizmu intelektualnego. Wyrywanie rączek i nóżek  trwało przez dekadę lat osiemdziesiątych aż zmajdrowano opozycję koncesjonowaną, z którą zawarto przy „Okrągłym Stole” sztamę.

Od tego momentu wszystko zaczęło się toczyć jeszcze szybciej. I toczy się dalej. I kolejne ekipy idą po rozum do głowy siląc się na odszukanie tego, czego nigdy nie miały i nie będą miały i wychowują dwa typy obywateli: tchórzy i głupców.

Generał Jaruzelski rządził nieskładnie, ale mianowanie właściwych ludzi na właściwe stanowiska w bezpiece było swoistym majstersztykiem „Wojtusia Szabelki”.  Tak, rządy W. Jaruzelskiego nie było najlepsze. Ale jeżeli generał kiedykolwiek przejdzie na trwałe do historii, to nie dlatego, że  był nieudacznikiem, a dlatego, że był jedynym generałem, który w ciągu prawie pięćdziesięcioletniej służby wojskowej ani razu nie narąbał się jak ruski tank. Jako inicjator  autor ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi  z 1982 r. (cóż, bywają tak aberracyjne pomysły) W. Jaruzelski uważał, że alkohol  jest dalece skuteczniejszy niż terroryści… Jeżeli jesteście ciekawi zajrzenia za kulisy rozmów z generałami, to proszę poczekać na książkę „Moje boje z generałami”, którą CB obiecuje wydać w I kwartale 2017 r.

Katolicka Agencja Informacyjna podaje:

Generał Wojciech Jaruzelski przyjął przez śmiercią sakramenty święte. Wyspowiadał się, przystąpił do komunii świętej i otrzymał ostatnie namaszczenie. „Powiedzieć można, że okazała się laska boża. U schyłku swego życia, około 13 dni przed ostatnim stadium choroby, przebywając w szpitalu wojskowym przy ulicy Szaserów generał Jaruzelski w sposób świadomy, wolny, nie ulegając jakimkolwiek sugestiom czy naciskom, poprosił kapelana – kapelana Ordynariatu Polowego – o spowiedź, odbył ją, uzyskał rozgrzeszenie, wzbudził żal za grzechy. Spełnił tym samym konieczne warunki, aby po długiej drodze znów do serca swego przyjąć Jezusa Chrystusa” – podkreślił proboszcz Katedry Polowej Wojska Polskiego ks. płk Robert Mokrzycki.

***

Więc nie zastanawiajcie się, czy Bóg odpuści gen. Jaruzelskiemu grzechy. Oczywiście, że odpuści. Przecież odpuszczanie przewinień to zawód Boga.

PS

Jest to fragment książki „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej”, wydanej przez CB; tel. kom. 510-210-234; e-mail: wydawnictwo@home.pl

A. FEJGIN & J. ŚWIATŁO

Interesując się umiarkowanie wielkimi postaciami peerelowskich służb specjalnych nie mogłem pominąć takich postaci, jak płk Anatol Fejgin i ppłk Józef Światło. Znałem, niestety, obu. Co prawda Światłę widziałem tylko dwa razy, i to w dzieciństwie, ale było to „widzenie” wystarczające, abym go zapamiętał na całe życie. Z Fejginem znajomość była o wiele dłuższa, bo dwudziestoletnia.

Poniższy fragment pochodzi z przygotowanej do wydania książki „Portret z kanalią. Świat J. Światły, czyli randka z nieboszczykiem”.

***

W wypadku Światły kluczowe zdaje się być pytanie: dlaczego 4 grudnia 1953 r., w Berlinie Zachodnim podpułkownik opuścił bez pożegnania A. Fejgina, swojego bezpośredniego przełożonego?

Światło, co by o nim złego nie powiedziano, nie był typem człowieka rzucającego się na głęboką wodę wiedząc, że nie umie pływać. Ale nie chciejcie, abym tłumaczył czyn Światły, bo będę musiał opowiedzieć starą ormiańską anegdotkę: Wisi na drzewie i piszczy. Co to znaczy? Śledź. Dlaczego na drzewie? Bo ktoś powiesił. Dlaczego piszczy? Żeby trudniej było zgadnąć.

***

  1. Fejgin nie brał pod uwagę, że w pewnych okolicznościach nawet małpy spadają z drzew. Świato ps. „Kogut” się z tym liczył. Dlatego, po śmierci Stalina, nadsłuchując złowieszczych jak brzęczenie komarów wieści z sowietów „Kogut” ulotnił się. Przeniósł się za ocean, zaś Fejgin od momentu dezercji podwładnego dryfował w dół. Z pułkownika gwałtownie uszło powietrze. To tak jakby z silnika samochodu wyciągnąć akumulator.

Dyrektora Departamentu X trzymała w Polsce tylko ambicja. A ambicja to ostatnie schronienie bankruta. Fejgin nigdy nie zrozumiał, że gdyby nie wspinał się po ścieżkach kariery komunistycznej, toby nie spadł.

Ucieczka Światły podcięła Fejginowi nogi. Czuł jej ciężar na swojej piersi. Po samotnym powrocie z Berlina chodził po swoim gabinecie narzekając, że wszystko jest bez sensu, wszystko jakoś pogmatwane. Był jak okręt podwodny, zatopiony we własnych myślach. Nie mógł pojąć, co się stało.

Praca i heterodoksja elit rządzących sprawiły, że życie straciło dla Fejgina sens. Jako nieukończony medyk wiedział, że życie zaczyna się oddechem. Noworodek płacze, by złapać oddech. Kończy wydechem. Wówczas inni płaczą.

Pułkownik nie bardzo wiedział, czy płakać, czy kończyć z życiem. Nawet bez piórka wymiotnego ciągle brały go mdłości. Jego smutek był rozpaczliwy i nieuleczalny. Był niczym facet rozjechany przez los. Znienawidził go nawet własny pies. Nemezis oddała go na pastwę sił, które sam tworzył i nad którymi utracił kontrolę. Więc dopiero po trzydziestu latach zwierzył się żonie, że często myślał o śmierci. Przy życiu trzymała go tylko miłość do dzieci.

Ze słów pułkownika stale wyzierało pragnienie mówienia o swoim nieszczęściu, którego przyczyną był „Kogut”. Ale Fejgin nie miał za bardzo do kogo gęby otworzyć. A że martwego lwa i zające mogą ciągnąć za grzywę, to przełożeni, podwładni, ale i zdawało się dobrzy koledzy omijali go jak dziurę w drodze. Kłaniali się już innym panom wypinając na pułkownika tyłki.

Były dyrektor departamentu, mając usta zamknięte, co bolało bardzo, ale uszy otwarte, co potęgowało ból, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Z radia ciągle dolatywały słowa o kulcie jednostki.

-„Pan jednostka”, czyli B. Bierut, któremu on, dyrektor Departamentu X MBP oddał ciało i duszę i którego był filarem, podporą i ostoją olał go w pierwszej kolejności – mówią po latach jego dawni znajomi.

– Fejgin mógł się tego spodziewać – wtrącają inni oficerowie – Tak jest zawsze. W Firmie sukces ma wielu ojców. Klęska tylko wytypowanego do odstrzału.

Płk Fejgin, uwierzywszy, że od losu nie ma ucieczki silił się na eksplikację wydarzeń politycznych. Te jednak przekraczały jego możliwości intelektualne. Teraz dopiero zrozumiał, że nie powinien wierzyć we wszystko, co widział, ani w połowę tego, co słyszał od Bieruta i Bermana oraz innych krzewicieli nauki leninowsko-stalinowskiej.

Wieczorem, w domu, po kryjomu przed żoną, mógł posłuchać w radiu szyderczego głosu Światły. Wówczas płakał. Płakał z bezsilnej złości. Zdarzało się że miał ochotę kopnąć radioodbiornik. Ale zwyciężał pragmatyzm. Więc pułkownik, doszedłszy do wniosku, że radia szkoda, kopał jedynie szafę.

Były dyrektor Departamentu X MBP, siedząc na ławie oskarżonych próbował ratować własny tyłek

Odwoływania się Fejgina do przyjaźni z B. Bierutem ksywa „Tomasz” i J. Bermanem ksywa „Jakub” nic nie dały. Oskarżony czuł się jak szmata. W czasie procesu zarówno Bierut jak i Berman sypali piasek w tryby jego obrony. Blizny po takim postępowaniu najważniejszych towarzyszy partyjnych Fejgin nosił do końca życia, ale się z nimi nie afiszował.

Dopiero w czasie procesu zrozumiał, że popełnił błąd traktując Bieruta i Bermana jak cesarzy rzymskich. Dobitnie przekonał się, że najgrubsze ryby pływają najgłębiej i są trudne do złowienia. W sieci wpada co najwyżej średni sort. A że myśli, nawet zatwardziałego komunisty w kajdany okuć nie dają się, dlatego, już w celi Fejgin przygotowywał na piśmie obronę. Było to oskarżenie wypaczeń systemu twardego stalinizmu. Więc zabrano mu notatki. Pomimo wielokrotnych próśb notatek  nie oddano. Pułkownik podejrzewał o to swoich przyjaciół.

***

Gdy ćwierć wieku później, spacerując z Bermanem po Łazienkach od nieokreślonego punktu X do niejasnego odcinka Y zahaczyłem „Jakuba” o sprawę Fejgina, niegdysiejszy członek BP KC PZPR i druga osoba w kraju, dysponująca ogromnym wpływem  na to, co się działo w służbach specjalnych, mająca jeszcze wiele innych, równie ekstrawaganckim funkcji potrzebnych do współrządzenia państwem, z grzecznością i uprzejmością, o którą go od dawna podejrzewałem dał mi do zrozumienia, że rozmowa ze mną jest poniżej jego godności.

Cóż, dużo osób związanych ze służbami specjalnymi też tak sądziło. Ale w końcu przełamywali się. Berman również. Nie zmienia to faktu, że „Jakub” był wściekle inteligentny. Ja nie bardzo. Nie starczyło mi talentu, aby z rozmówcy wydobyć coś interesującego. Nie udało się to nawet Teresie Torańskiej. Berman naplótł je o tym, o czym i tak wszyscy wiedzieli.

Nic więc dziwnego, że Fejgin, mając do czynienia z takimi przeciwnikami z jakimi miał, przed sądem bronił się chaotycznie. W tej sytuacji jego ostatnie słowo, któremu wyrok na długie lata zasznurował usta brzmiało niczym monolog byka prowadzonego na szafot – wspominał były dyrektor wywiadu płk Witold Sienkiewicz.

„Tomaszowi” z „Jakubem” nie śniło się nawet aby pomagać Fejginowi. Musieli się troszczyć o własne tyłki, pod którymi buzował już ogień podłożony przez Nikitę Chruszczowa. Rządzący Krajem Pieroga i Zalewajki wartko zapomnieli o umizgiwaniu się i wchodzeniu generalissimusowi w tyłek bez mydła.

A jeszcze tak niedawno ulicom, pałacom, szkołom, fabrykom, uczelniom, instytutom, ba całym miastom nadawano imię Wielkiego Językoznawcy. Powodowało to powstanie tysięcy anegdot. Tu tylko jedna. Do milicjanta podchodzi mężczyzna i pyta:

– Panie posterunkowy…

– Nie mówi się panie posterunkowy tylko towarzyszu milicjancie – zwraca uwagę funkcjonariusz.

– Dobrze, towarzyszu milicjancie. Jak dojechać do Katowic?…

– Nie mówi się do Katowic tylko do Stalinogrodu.

– Dobrze, towarzyszu milicjancie, a jak dość do Alei Ujazdowskich?…

– Nie mówi się Alei Ujazdowskich tylko alei Stalina.

– Dobrze, towarzyszy milicjancie, ale czy most na Wołdze jest już przejezdny, bo ja chciałbym na Pragę?

Dziwne, że tak wielu ludzi uwierzyło, że świat sporządniał

Po śmierci Stalina wielu funkcjonariuszy Firmy żyło w sadystycznym oczekiwaniu na zmiany. Wydawało się, że przytrafiła im się groźna umysłowa menopauza. Można by ją nazwać odlotem od rozumu. Nikt nie był w stanie przewidzieć, w jakim kierunku zmiany pójdą.

Tajny referat nowego władcy Imperium – Chruszczowa był jak syk dżina uciekającego z flaszki. Rozsiewał trujący jad na wyznawców Wielkiego Językoznawcy. Tłumy ludzi łykały niczym różowy pelikan ryby wszystko to, co powiedział Chruszczow. Był to swoisty majstersztyk propagandowy. Aby wystraszyć rasę ludzką trzeba pozwolić, by zaczęła działać wyobraźnia. Trzeba ją wyzwolić. To podstawowa zasada roboty operacyjnej i propagandowej. Świeży władca Imperium wypuścił dżina z butelki nie po to, aby zmienić system władzy, ale po to, aby system umocnić.

***

Miliony osób na całym świecie, w tym takie tuzy, jak Jerzy Giedroyc, ksywa „ Książe” oraz „Redaktor” i Jan Nowak-Jeziorański, dały się uwieść nowej retoryce sowieckiej.  Obie postaci miały zasługi. Podkreślało to ogólne wrażenie ich pogody ducha i kompetencji. Wiele osób sądziło, że można im powierzyć  obowiązki wymagające najwyższej odpowiedzialności, ale i zawierzyć ich słowu. Obaj intelektualiści marzyli o wiecznym pokoju w Europie na zasadach Kanta. Tymczasem po wojnie mieli Hobbesowską „wojnę wszystkich ze wszystkimi”. Śmierć Stalina dawała szansę na zmianę. Giedroyc i Nowak, zawierzając Chruszczowowi i Gomułce chcieli wesprzeć zmiany w Imperium i Polsce.

Być może redaktorzy antycypowali, że N. Chruszczow, sekretarz generalny KC KPZR (gensek) zakończy epokę w dziejach świata, która zaczęła się od zbudowania muru chińskiego czy muru Hadriana, szła przez linię Maginota, Zygfryda, wał atlantycki czy pomorski.

Tymczasem to guzik prawda. Wielkie rzeczy dzieją się z szybkością światła. Nie minęło pięć lat i świat w 1961 r., realizując rozkaz genseka, zafundował sobie budowę muru berlińskiego, pozornie zakończoną w 1989 r. jego rozpadem. Następna dekada była bez mała spokojna, okraszona jedynie lokalnymi wojnami i terroryzmem.

Ogień jednak cały czas buzował

Tak doszło do wydarzeń z 11 września 2001 r. , które piętnaście lat później zapoczątkowały wznoszenie innych murów. Tym razem w wielu państwach. W niebyt poszedł wniosek zgłoszony ponad dwieście lat temu przez Immanuela Kanta o pełnym obywatelskiego zjednoczenia gatunku ludzkiego (vollkommene burgerliche Vereinigung in der Menschengattung) czego dalekim od doskonałości jest Unia Europejska, której szlak biegnie od kryzysu do kryzysu.

Wszystko wskazuje jednak na to, że Europa już od dawno jest trupem. Unia usiłuje go tylko reanimować. Europa już sto lat temu popełniła samobójstwo. Agonia zaczęła się w momencie wybuchu pierwszej wojny światowej. Wtedy to dwa najbardziej cywilizowane narody, francuski i niemiecki zafundowały sobie bezsensowną rzeź. Sygnalizowali to wystarczająco wcześnie Freud i Tomasz Mann.

A w Kraju Pieroga i Zalewajki? W drugiej połowie lat czterdziestych rzeź opozycji uznano za zwykłe posunięcie administracyjne. Przez cały Peerel aktywiści partyjni mówili: Trzydzieści tysięcy? To i tak mało! Porównajcie to z innymi rzeziami. Przecież w czasie drugiej wojny Niemcy, w czasie tygodnia potrafili zaszlachtować więcej Żydów niż my zdołaliśmy zlikwidować wrogów przez całą pierwszą dekadę. Trudno. Spróbujmy polubić taką historię, jaką mamy.

Propagandyści gardłowali, że nasz naród wzbogacił się o: trzydzieści tysięcy poległych wrogów i kilku zdrajców, których udało mam się podporządkować. Miło było z propagandystami podyskutować. Mówili z finezyjnym udawanym znawstwem  o wszystkim. Również o wpływie przyciągania księżyca na rozwój dorożkarstwa w Polsce Ludowej. Życie bez takich rozmów cóż byłoby warte?

Dzisiejsza wędrówka ludów z Afryki i Bliskiego Wchodu do Europy jest już tylko kancerowaniem zwłok, które przypominają mumie zgromadzone w muzeum kairskim. I tylko patrzeć jak prozelityzm chrześcijański zostanie wyparty islamskim. Bo – jak uznał ajatollah Chomeini – islam będzie polityką albo nie będzie go wcale.

***

Ha, być może Nowakowi nie warto nadmiernie dziwić się. To propagandysta najwyższej klasy, znający kulisy manipulacji. Mógł więc uznać, że potrafi odróżnić każdy blef sowiecki, każdą manipulację i potrafi ją zdemaskować w RWE.

Ale Giedroyciowi dziwić się należało. Był to facet składający się z samej logiki i kasandrycznej umiejętności przewidywania pociągnięć kremlowskich kłamców. Był to człowiek posiadający zdumiewającą ostrość widzenia padołu ziemskiego w całej jego złożoności. Tak, było to duży redaktor. Inteligentny okrutnie. A duży redaktor, w dodatku inteligentny, to wielka rzadkość. Dziś takich redaktorów już nie ma. Gdyby było pod dostatkiem takich ludzi jak „Redaktor”, świat były miejscem, w którym można by żyć bezpiecznie, a zarazem miejscem dość ciekawym, aby żyć w nim było warto.

***

Przy pobieżnym oglądzie Nikita Chruszczow jawił się ludziom jako polityk mający jakąś wrodzoną przyzwoitość i swobodną, niewymuszoną uprzejmość. Ale wystarczyło zajrzeć do jego życiorysu. Zorientować się kto współodpowiada za głód na Ukrainie, aby dostrzec  prawdziwe oblicze aparatczyka. Uwierzenie takiej postaci było naiwnością. Ale cóż, nawet najlepszy koń może się potknąć, najlepszy pływach może utonąć, a Giedroyc uwierzyć genialnie skrojonej bujdzie.

Tak, Giedroyć być może tylko na moment zapomniał, że nie ma człowieka, który by czegoś nie ukrywał.

Przez mgnienie oka wydawało się, że kruszą się filary komunistycznej wiary

Dla niektórych oficerów MBP było jasne, że mała rewolucję Firmy przyspieszyła dezercja Światły. Natomiast A. Fejginowi ucieczka zastępcy przetrąciła kręgosłup. Uczyniła go niepełnosprawnym. Były potężny dyrektor Departamentu X MBP upadł niczym inwalida ze swego wózka i na dobrą sprawę nigdy się już nie pozbierał.

– Byłem zdruzgotany. Zniechęcony. Cały obolały. Pogruchotany przez pospolitość towarzyszy, którym wierzyłem – wspomina Fejgin. – Przy mnie człowiek poddany przymusowi fizycznemu prze pułkownika Duszę  wyglądałby jak kwietny pyłek.

– Wśród funkcjonariuszy zauroczonych stalinizmem – wtóruje mu po cichu Zenon Witrowy, były prokurator, będący z oficerami tajnych służb za pan brat – nie wszyscy wiedzieli, że wśród komunistów są mordercy sprytni, tacy jak Światło i oficerowie – zbóje, przeznaczeni na ofiary, tacy jak Fejgin. Pierwszy był reprezentantem komunizmu enkawudowskiego. Drugi kominternowskiego. Anatol samootumaniał się z kretesem. Uważał się za lepszego od innych.

Obie wersje były mordercze, aczkolwiek odmiana kominternowska mordowała subtelniej. Światło, który był typem a la Kuklinowski, ale równocześnie recydywistą, zorientował się o klęsce stalinizmu wystarczająco wcześnie. Uciekł i uratował skórę.

Po śmierci Stalina Światło od razu dostrzegł, że stalinowski „Titanic” tonie. Fejgin jeszcze przez kilka miesięcy słyszał tylko orkiestrę. Pułkownik, patrząc na mnie wzrokiem błyszczącym inteligencją przekonywał:

– Zdawałem sobie sprawę z możliwości zapłacenia za uczynki w stosunku do towarzyszy partyjnych. W tym Gomułce. Miałem możliwości ucieczki na Zachód. Proponowali mi to Amerykanie. Nie chciałem. Odrzuciłem ofertę wyprowadzenia. Czułbym się jak szczur uciekający z tonącego okrętu. Ale nie przewidywałem jednego. W głowieni się nie mieściło, że zdradzą mnie Bierut z Bermanem. Zawsze traktowałem ich z czułością i szacunkiem. Nienawidząc Stalina wykonywałem ich polecenia. Wierzyłem w nich jak w Boga

Myślę, że Fejgi trochę przesadził w swojej roli mędrca ubeckiego na emeryturze. Weterana tajnych służb. Może to już była kawiarniana strategia. Ale nie mogę wykluczyć, że naprawdę tak myślał..

***

  1. Bierut, który po objęciu rządów w Peerelu z marszu odebrał ludziom chęć do śmiechu. Potem odebrał uśmiech. Potem nadzieję. Na końcu, na początku lat pięćdziesiątych, po osiągnięciu przez Polskę apogeum degrengolady, zostawił społeczeństwu melancholię i smutek. 12 marca 1956 r. spłonął na Kremlu zabity chruszczowskim ogniem. Zgorzał na chorobę zwaną przez wtajemniczonych „przyjaciółką starych działaczy partyjnych”, czyli na epidemię zapalenia płuc. I nic nie szkodzi, że zapalenie płuc nie jest zaraźliwe. W komunizmie nawet epidemie nie chodziły utartymi ścieżkami.

Również część lewicowych intelektualistów, składających się z marksistów w stanie śmierci klinicznej, szczególnie od momentu, w którym bohaterskie oddziały Armii Radzieckiej w 1956 r. dały pokaz Węgrom, co potrafią, coraz częściej dochodziło do wniosku, że stalinowsko-leninowska ideologia jest passe, bo nie mają logicznego sensu i przechodziły na pozycje rewizjonistyczne.

Ale nie da się ukryć – każda ideologia jest formą religii polegającej na oddawaniu czci szakalom przez osły.

Od tego czasu w Polsce było już tylko lepiej

Bermanowi, działaczowi partyjnemu o wybitnej osobowości, który tak, jak inni przywódcy komunistyczni żywił bardzo mało sympatii do ludzkiej rasy, ogień chruszczowowski, aczkolwiek zbawienny dla Polski, nie zaszkodził tak bardzo jak innym. Najwięcej ucierpieli Romkowski, Fejgin i Różański.

  1. Berman odznaczał się, stosownie do zajmowanej funkcji, wytwornym wyglądem, świetnymi manierami i ponadprzeciętnym zasobem informacji. A jest to cnota, której nie należy lekceważyć. Obyczajom Bermana trudno było coś zarzucić, no, może oprócz wyznawania idei zbrodniczego stalinizmu. No, może jeszcze to, że pomysły B. Bieruta dokraszał własnymi konceptami i opromieniał wdziękiem, też własnym.

Jego żardki charakter prawdopodobnie pozwolił mu wyjść zwycięsko z tarapatów w jakich znalazł się po śmierci Bieruta. Nie powinno to nikogo dziwić. J. Berman był o niebo inteligentniejszy od prezydenta PRL  Tak, Berman był za cwany by ponieść całkowitą klęskę, lub stracić życie jak prezydent. Wierząc, że lis, w zależności od pory roku, tylko sierść zmienia a nie obyczaje, pozostał chyba do końca życia wierny wiecznie żywym ideą Lenina. Umarł tak jak żył w ostatnich latach, dyskretnie, ale stanowczo. Zmarł we własnym łóżku 10 kwietnia 1984 r.

***

Spotykałem go niekiedy w Łazienkach. Był już pogodzony z losem i z Fejginem. Kilka razy nawet rozmawialiśmy w trójkę  jak czekiści. Gdy tylko usiłowałem zwekslować rozmowę na tematy tajnych służb „Jakub”, spoglądając na mnie wzrokiem błyszczącym inteligencją, odwracał się na pięcie i odchodził bez słowa.

W czasie takiego łazienkowego gaworzenia Fejgin zazwyczaj milczał. A milczenie, szczególnie takich osób jak pułkownik, potrafi kłamać lepiej niż słowa. Fejgin nigdy też nie dał się namówić na komentarz do tez wypowiedzianych przez Bermana. Prychał za to chętnie na wypowiedzi Światły zawarte w książce Błażyńskiego.

Pamiętam też, że Fejgin, komentując fakt posadzenia go na ławie dla oskarżonych w kontekście zachowania Bermana, użalając się na antysemityzm. Kilkakrotnie zwracał mi uwagę, że jego aresztowanie i wyrok miało uspokoić opinię publiczną domagającą się generalnych rozliczeń systemu.

– Widzicie, towarzyszu pułkowniku, z moim aresztowaniem to było… To mógłbym skomentować przytaczając przysłowie łacińskie Pars pro toto (część zamiast całości). W moim przypadku wyglądało by to tak: Parch (Żyd – H.P.) pro toto.  Żyd zamiast całości – podkreślał Fejgin.

Tłumaczenie Fejgina, martwego od lat niczym Atlantyda, przypominało harce uda martwej żaby pod wpływek impulsu elektrycznego. Ale biorąc to łacińskie przysłowie za lejtmotyw książki nie opisuję wszystkiego co wiem. Nie bywałem ma salonach warszawki i nie powtarzam plotek. Wszak istnieje coś takiego, co Niemcy nazywają Salonblodsinn, czyli salonową głupotą. Nie sięgam do najdrobniejszych szczegółów. By poznać smak wina nie musimy wypić całej beczki. Wystarczy kilka flaszek.

Aby poznać smak służb specjalnych wystarczy przedstawić część procesów rządzącym służbami. Opisać kilka przykładów kombinacji i gier operacyjnych. Silenie się na opisywanie wszystkiego, co dotyczy tajnych służb jest bez sensu. Całość, z logicznego punktu widzenia i tak jest nie do ogarnięcia, a człowiek, który chciałby to osiągnąć łatwo mógłby popaść w schizofrenię.

Przyglądając się tajnym służbom, można ekstrapolować i antycypować. Można domniemywać i spekulować. A i tak wyjść na durnia. Można też dojść do wniosku, że używanie logiki lub tylko znanych schematów do roztrząsania problemów, na przykład związanych ze Światłą (ale również z innymi oficerami służb specjalnych, którzy zazwyczaj są pesymistami sądzącymi, iż wszyscy są takimi samymi draniami, jak oni i dlatego nienawidzą bliźnich) jest równie bezsensowne, jak próba czerpania wody durszlakiem.

Węsząc

W latach osiemdziesiątych tropiąc tematy związane z resortami siłowymi, coraz częściej czułem się niczym Aladyn. Chodziłem z kagankiem. Zapalałem świece, ale i tak widziałem tylko: Ciemno, prawie noc, mimo że była to cała Polska, a nie jedynie Wałbrzych.

Nie zdołałem oświetlić niczego, co nie byłoby znane publicznie lub chociażby pewnym ludziom. Przeczuwając, że czas ucieka, wieczność niekoniecznie czeka, a jak czeka, to nie wiadomo, co się za nią kryje, musiałem coś zrobić. Dlatego usiłowałem sklecić z dostępnych materiałów książkę non fiction. Jednak z każdej strony, w każdym akapicie wyzierała fiction.

I było tak, że ja, kpiarz, paszkwilant i cynik, podniecony jak dziewica na wiosnę, wyglądający jak krzak gorejący zza którego wychynął niegdyś Chrystus, byłem po prostu zbyt głupi, aby zrozumieć, co było/ Co jest? I co będzie. Byłem znacznie głupszy niż ci, którzy dopadłszy jakiś dokument, nawet fałszywy, od razu wszystko zrozumieli.

W takim stanie dopadła mnie „Dobra Zmiana”. I wszystko stało się jasne.

 

PS

Następny blog za tydzień: Kilka refleksji na 35 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego”.

ROZWAŻANIA NAD USTAWĄ ANTYTERORYSTYCZNĄ

Ustawa antyterrorystyczna daje wszelkim służbom specjalnym nieograniczone możliwości werbowania agentury, a tym samym pełnej kontroli czynów i myśli społeczeństwa. W 1990 r. myślałem, że wraz z rozwiązaniem bezpieki jest to już przeszłość. Napisałem wówczas w Tajnej historii Polski tekst zatytułowany AGENT NA AGENCIE NA AGENCIE AGENT. A NA TYM AGENCIE.

JESZCZE JEDEN AGENT. Było to wymyślone od „A” d „Z”. Przedstawiłem jak to mogło wyglądać i, w postscriptum jak w rzeczywistości sprawa wyglądała.

Czy dziś chciałbym coś do niego dodać. Tylko tyle, że w świetle ustawy cała sprawa wygląda jeszcze ciekawiej niż w Peerelu. Oto ten tekst:

Generał Czesław Kiszczak po objęciu stanowiska ministra spraw wewnętrznych wydał zarządzenie, aby dotychczasowe zadania, wykonywane przez Służbę Bezpieczeństwa w pasie granicznym, przejął zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza. Zachowując obowiązującą stylistykę, napisałem wtedy sprawozdanie z fikcyjnej podróży dziennikarskiej nad granicę państwa.

Wioska B. ma korzystne usytuowanie geopolityczne. Od południowego wschodu graniczy z Czechosłowacją, od południowego zachodu z Niemiecką Republiką Demokratyczną, a pozostała rubież ma jeszcze solidniejsze oparcie w tajnej bazie rakietowej Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej – ostoi światowego pokoju.

Sioło liczy cztery zagrody zamieszkałe przez osiem dorosłych osób i siedemnaścioro dzieci. Są wśród nich cztery kobiety i tyleż mężczyzn oraz dziesięciu chłopców i siedem dziewczynek (w tym pięć nad wyraz rozwiniętych czternastolatek).

Mężczyźni – to rezydenci wywiadów tworzący społeczny kolektyw rezydencki miejscowości B., zakonspirowany jako „Specjalnego Znaczenia Komitet Przeciwalkoholowy”, czuwający, aby nikt niepowołany nie dał żeru wrogom Polski Ludowej – syjonistycznym imperialistom prowadzącym aneksjonistyczną politykę za pomocą dobrze nam znanych metod.

Kobiety są agentkami zakamuflowanymi pod kryptonimem „Tajne Koło Gospodyń Wiejskich”, dzieci zaś, wykonujące na co dzień czarną robotę Tajnych Współpracowników, figurują w kartotekach służb specjalnych jako „Poufny Młodzieżowy Klub Krzywej Elipsy imienia Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego”.

Sołtys jest rezydentem Urzędu Bezpieczeństwa. Zastępca sołtysa pilnuje interesów bezpieki i Informacji Wojska Polskiego. Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej obsługuje Urząd Bezpieczeństwa, Informację i Wojska Ochrony Pogranicza. A jedyny bezpartyjny mieszkaniec miejscowości B., zwany dla kamuflażu Bezpartyjną Swołoczą, trudzi się dla bezpieki, Informacji, WOP-u i Milicji Obywatelskiej. Przychodzi mu to bez trudu, albowiem od urodzenia jest ślepy i głuchy, zaś przebywając w czasie drugiej wojny światowej w Związku Radzieckim przestał również mówić. Ponadto, wypełniając internacjonalistyczny obowiązek, dobrowolnie pozbył się lewej nogi, prawej ręki, dwóch palców u lewej ręki, prawej półkuli mózgowej, lewego płuca i trzeciej nerki, przeznaczając te walory dla żołnierzy Armii Radzieckiej dających bohaterski odpór buńczucznym ekstremistom afgańskim. Arabom walczącym z ekspansjonistyczną prowokacyjną soldateską izraelską podarował ślepe oko, pół wątroby i spory kawałek jelita grubego. Wietnamczyków wspiera datkami, a Kubę dobrym słowem.

Niepełnosprawny bezpartyjniak, nie mogąc się udzielać w pracach gospodarskich, cały czas poświęca dla dobra tajnych służb. Codziennie, od świtu do późnych godzin nocnych, z jego pokoju rozbłyska naftowy kaganek profilaktycznej oświaty służb specjalnych i dolatuje klangor maszyny do pisania. To bezpartyjny towarzysz wystukuje dwoma palcami relacje z tajnego frontu, a trzecim, w języku migowym, gdyż prawdziwy Polak potrafi, wydaje żonie polecenia wywiadowcze. W godzinach przedświtowych Bezpartyjna Swołocz twórczo transponuje na chłopski grunt przewodnią myśl marksistowsko-leninowską dbając, aby różne mydłki polityczne i chuligani syjonistyczni – politykierzy z tytułami naukowymi, nosiciele rewizjonizmu i bankruci polityczni – dojczgewandy, szlajfery, baumany czy brusy nie opluskwiali socjalizmu i Polski. Silna mądrością wszystkich Polaków Swołocz, bezkompromisowo niszcząc watahy brudasów z radia Freies Europa, codziennie wyrywa antysocjalistyczne żądło kołakowszczyźnie i szaffizmowi oraz innym gnojkom politycznym.

Żona Bezpartyjnej Swołoczy jest agentką podwójną, towarzyszka sekretarzowa – potrójną, a sołtysowa i wicesołtysowa – wielopiętrowymi.

Podstawowe problemy wywiadowczo – kontrwywiadowcze rozwiązuje kolektyw rezydencki zobligowany do bezpośredniego kierowania siatkami agenturalnymi. Członkowie kolektywu, bez przerwy, kosztem ogromnych wyrzeczeń, z czystej miłości do Ojczyzny, Pana Prezydenta i Ministra Spraw Wewnętrznych pracowicie odbywają tajne tete a tete z agentkami, i jeszcze tajniejsze spotkania kontrolne z Tajnymi Współpracownicami, mając najwięcej roboty z tymi nad wyraz wyrośniętymi.

Wyciągnąwszy właściwe wnioski z doświadczeń historycznych, wyrugowano w pierwszym rzędzie wyuzdany, zwyrodniały rewizjonizm, wypleniono z korzeniami fajerwerkowatą, niemiecko – żydowską reakcyjną działalność Lwa Dawidowicza Bronsteina, czyli fałszywego towarzysza Trockiego, co pozwoliło miejscowość B. o kilka wiorst zdystansować konkurentów współzawodniczących o Puchar Szefa Urzędu Rady Ministrów dlaNajlepszego Sioła w Donoszeniu.

Niestety, chlubne, patriotyczne działania mieszkańców mogą się niedługo skończyć. Tak, jak skończyły się pomysły na kolejne donosy pisane trzy razy dziennie, plus sprawozdania tygodniowe, plus zestawienia miesięczne, plus analizy kwartalne, plus opracowania roczne.

W miejscowości B. doszło do tego, że obecnie, nikt już nie może wymyślić niczego nowego na sąsiadów, aby sporządzić kolejny meldunek dla Centrali.

W tej beznadziejnej sytuacji na wysokości zadania stanął (dodajmy od siebie, że nie po raz pierwszy) szef szefów, czyli sołtys towarzysz Gromosław Wachadłowski, rozkazując pisać donosy na samych siebie. Zagrożona reputacja miejscowości B. została uratowana.

W 1989 r. życie dopisało puentę

Przeglądając przeznaczone do zniszczenia materiały z Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych ze Szczecina natknąłem się na sprawozdanie operacyjne, z którego wynikało, że w nadgranicznej wiosce R. na osiemnastu mieszkańców (w tym dziewięcioro dzieci), trzy osoby współpracowały z Urzędem Bezpieczeństwa, dwie z Informacją, jedna z Milicją Obywatelską, jedna ze Strażą Ochrony Kolei, jedna ze Strażą Portową, a wszystkie ze zwiadem Wojsk Ochrony Pogranicza.

Ponadto wioskę często odwiedzali „towarzysze radzieccy ze Świnoujścia, Szczecina i Chojny”.