Wszystkie wpisy, których autorem jest henryk_piecuch

BYŁEM MAŁO INTELIGENTNY

Zaliczony do gorszego sortu przyznaję bez bicia:

… Początkowo, nie wiedząc co czynię, popierałem rządy niektórych mężów politycznych. W 1956 r. dałem się oszkapić Władysławowi Gomułce przekonanemu o własnym mesjanizmie, wplatającym między wiersze przemówień do narodu, może nie dosłownie, ale treściowo podobne, takie passusy: „Co ta durna hałastra sobie myśli? Że ja ją prowadzę. Tymczasem to ona mnie prowadzi”.

15 lat później uwierzyłem tyleż sprytnemu, co leniwemu i niezbyt rozgarniętemu Edwardowi Gierkowi. Zaś generałowi Jaruzelskiemu? Nie. Generałowi już nie uwierzyłem. Podziwiałem jego płomień wewnętrzny, ale widziałem, co zrobił w 1970 r. wydając rozkaz strzelania do ludzi. Przyszły premier i I sekretarz KC PZPR był wówczas jak Moby Dick. Całe dorosłe życie szukał swego kapitana Ahaba, ale gdy wybuchła „Solidarność”, rozbolał go brzuch. Myślał, że ma do czynienie z jakimś piekielnym mamidłem. Aby egzorcyzmować ruch społeczny udający związek zawodowy generał czym prędzej przyjął oferowane stanowisko premiera.

Widziałem sporo. Byłem jednak mało inteligentny. Gdzieś do 1970 r. nie potrafiłem faktów zanalizować. Dopiero po tej cezurze, po strzelaniu do ludzi na Wybrzeżu, dotarło do mnie, że polityka to zlepek kłamstw. To zazdrość. To nienawiść. To zajadłość. To zażartość i schizofrenia. To zło. To po prostu g…

Zauważyłem również, że osoby ogarnięte tymi cechami są bardziej dynamiczne niż przeciętni zjadacze chleba. Kierując się ogniem wewnętrznym politycy ci mogą porwać masy za sobą (W. Gomułka w 1956 r., E. Gierek w 1971 r.). Mogą też niechcąco zrobić coś pożytecznego. Na przykład doprowadzić do „Okrągłego Stołu”.

Mimo to uwielbiałem spotkania z gen. Jaruzelskim. Gdy generał zażądał mojego życiorysu – o szczegóły, których nie pamiętałem, bo ich nie było, zwracałem się do oficera obiektowego WSW. Wiedziałem, że szef Wojskowej Rady Ocalenie Narodowego (WRON) zna zbierane na mnie „kwity”. To było regułą postępowania Jaruzelskiego. Generał robił tak zawsze. Obojętnie, czy chodziło o członków Biura Politycznego KC PZPR czy o tak mało znaczącego pułkownika jak ja.

Gdy znalazłem się sam na sam z byłym prezydentem, zawsze czekałem momentu, gdy on, w zapale gadulstwa usiłował sugerować, że od jego rozkazów zależały losy Polski i Polaków, nawet kosmosu. A i wszechświat, być może, trzyma się w całości dzięki jego pomysłom. W takim wypadku w uszach brzęczały mi słowa akolitów głowy państwa: – Panuj, generale! Panuj ku chwale socjalistycznej ojczyzny!

Wsłuchując się w przyjemny tembr głosu generała, który żonglując frazesami niczym jakowyś syn ciemności wyłuszczał kredo życiowe, byłem zdania, że na takie dictum poweselałby nawet największy mizantrop, zaś płaczący filozof Heraklit umarłby ze śmiechu. Ale wówczas lubiłem generała najbardziej. Było to tak absurdalne, że aż piękne. Zamiast pytać, milczałem.

Zdawałem sobie sprawę, że milczenie jest cechą śledczych, szpiegów i czasami dziennikarzy. Różnica między żurnalistami a wymienionymi wyżej profesjami była taka, że wywiady dziennikarskie były nagrywane podwójnie. Jawnie i skrycie. Jawnie nagrywał żurnalista, a skrycie służby specjalne. W. Jaruzelski był nagrywany skrycie zarówno w Peerelu, jak i w III RP. Więc patrzyłem przymilnie w ślepka szefa WRON, a że najdłuższa rozmowa z generałem trwała dziewięć godzin, zastanawiałem się, jak sobie z tym poradzą podsłuchiwacze.

                                                        ***

W niedzielę 13 grudnia 1981 r o godzinie 5.30 do mojego mieszkania na Ursynowie przybiegł zdyszany łącznik z informacją, że dowódca WOP gen. Czesław Stopiński ogłosił alarm i rozkazał, aby wszyscy podwładni natychmiast zameldowali się na swoich stanowiskach. Spojrzałem na termometr wiszący za oknem. Wskazywał minus dwadzieścia stopni. Idąc do autobusu aby pojechać do redakcji pomyślałem, że w taki mróz trudniej być Polakiem, a Rosjanom łatwiej, bo mają Syberię i cieszyłem się, że to my a nie Sowieci. Czyżbym był zrzędą?

Powołana przez gen. Jaruzelskiego Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego nie była jakąś efemeryczną grupą wojskowych prominentów. Były to kukły amoralnych generałów i starszych oficerów, którzy kiedyś byli ludźmi. Powłócząc nogami jakby podeszwy mieli obciążone ołowiem, zbliżali się do biurka szefa i składając podpisy pod przygotowanymi dokumentami, których nie znali, zaklepywali decyzje generała. Ich mózgi, skażone współpracą z Informacją WP a później WSW, nie funkcjonowały. Były zmrożone. A ja pomyślałem sobie, że w tym momencie „Solidarność” jest już trupem. I w duchu się ze sobą zgadzałem.

Powołując WRON generał wyglądał jak księgowy w przedsiębiorstwie pogrzebowym. Rada miała pogrzebać „Solidarność”. To była konfraternia miłośników komunizmu, ale to, co robiła, w gruncie rzeczy było kwestia smaku. Jakie słowa do tej konfraterni pasują: Ogniem żądz, uczuć górnością zdeptali blade, robacze żądze i karle tłumów uczucia.

Powołanie WRON, poza konstytucyjnego ciała o charakterze junty wojskowej i ogłoszenie stanu wojennego nie było jedynym sukcesem generała w tym dniu. Jaruzelski zmusił członków Rady Państwa, aby 13 grudnia 1981 r. o godzinie pierwszej w nocy zebrali się i przyjęli antydatowaną na 12 grudnia ustawę wprowadzającą stan wojenny na terenie całego kraju oraz cztery dekrety. Członkom RP zabrało to półtorej godziny. To posiedzenie Rady Państwa przypominało noc żywych trupów. Może jeszcze nie całkiem głuchych na moralność (Ryszard Reiff jako jedyny z 14 członków RP sprzeciwił się podejmowaniu uchwały), ale na pewno mocno w konaniu zaawansowanych.

                                                        ***

Udawałem, że spijam słowa z ust generalskich. Bliscy współpracownicy generała mówili, że Jaruzelski lubi, gdy jego rozmówcy rzadko się odzywają, często milczą i patrzą mu prosto oczy, bo – zdaniem generała – wówczas interlokutor jest szczery i nie ma złych zamiarów.

Przekonałem się, że to prawda. Tak, generał lubił kontakt wzrokowy, tylko, że ustawiał interlokutorów na straconej pozycji. Po prostu zasłaniał oczy okularami przeciwsłonecznymi i niekiedy tłumaczył, że musi to robić ze względów zdrowotnych, gdyż jest to wynik kontuzji odniesionej na Wale Pomorskim.   

Cały czas, za wyjątkiem sportu, nie angażowałem się zbytnio w życie kraju. Słuchałem. Obserwowałem. Kombinowałem. Starałem się zrozumieć, na czym szwindel rządzenia socjalistycznego polegał. Wniosek stale był ten sam: głupota, kiedyś i teraz nie stanowi przeszkody w zajmowaniu najwyższych stanowisk i funkcji.

Filozofowie tłumaczą to w sposób okropnie zawiły. A nie można przecież rzeczy łatwiejszej tłumaczyć za pomocą argumentów trudniejszych. Mądrych nie trzeba o tym przekonywać. Od dawna wszystko wiedzą. Głupców przekonywać nie warto. Niczego nie zrozumieją. Najwyżej głowy będą ich bolały. Jednak czasem próbowałem.

Egzegeza głupoty rządzących rajcowała. Jednak nie umiem powiedzieć dlaczego. Bo, że cieszyłem się, to fakt. Cieszyłem się może dlatego, iż zrozumiałem, że Dobry Bóg stwarzając świat ustanowił różne granice. Również mądrości. Nie zakreślił natomiast granicy głupoty. Ale, Duchu Święty!, czy to aby uczciwe?

Zrozumiawszy tę prawdę miałem prawo przypuszczać, że dopadł mnie promyk latarni Diogenesa. Ale aby być skutecznym należałoby mieć także jego kij. A tego mi brakowało. Masom także. Pasywność ludzi zawsze służy utrzymaniu status quo. Zawsze leży w interesie rządzących. W Kraju Pieroga i Zalewajki kartka wyborcza nic nie znaczyła. Nadal nie znaczy. Nie była i nie jest żadnym kijem na szeroko rozumiane władze.

 Od 1979 r., po przeniesieniu do Warszawy, od czasu do czasu, obszczekując księżyc i mając w głębokim poważaniu przykazanie mojego generała, sporządzałem raporty dla Jana Pawła II. Donosiłem w nich i to, i to, i jeszcze owo…

                                                        ***

Dwadzieścia lat temu pragmatyka uwolniła mnie od obowiązku maltretowania żołnierzy i odnoszenia ran w imię patriotycznego obowiązku strzeżenia rubieży Rzeczypospolitej. W LWP i Straży Granicznej coraz bardziej unosiła się woń nie za mądrego biskupa polowego WP Sławoja Głódzia. Homilie tego kapłana budziły nieraz fałszywą, jednostronną, dyfamacyjną ocenę patriotyczno-religijnych środowisk, które patriotyzm i religię nosiły w sercu, a nie wypisane na sztandarach. Zawsze wierzyłem, że religia jest testem kultury, a kultura jest próbą interpretacji ludzkiego świata. Tymczasem Głódź był tego zaprzeczeniem.

Od tego czasu, czując się jak plaster wędliny w sanwiczu nie mogę się nachwalić Boga, że dając mi emeryturę ze starego portfela równocześnie zabrał mi apetyt.

                                                        ***

Lubię łagodność zmierzchu i błyskawiczność nocy. Gdy nad głową buzuje zawierucha gwiazd, a w mózgu tańczy żyto, zwykle przed oczyma jawią mi się ludzie, których znałem lub wydawało mi się, że ich znam.

Młodość upłynęła mi w pierwszej dekadzie Kraju Pieroga i Zalewajki zwanej okresem stalinizmu polskiego. Była to totalitarna machina działająca bez ustanku. Była to maszynka do mielenia mięsa. Przerabiała ludzi na nawóz historii.

Dekada ta była miejscem brudnych i podejrzanych konszachtów komunistycznych biznesów, nędzy i wyzysku społeczeństwa oraz upodlenia narodu. Od stu lat staram się ukazać niezgłębialną dziwność codzienności peerelowskiej widzianą przez pryzmat oficerów tajnych służb. Nie sposób o tym wszystkim pisać, unikać archaizmów, neologizmów czy ubeckiego żargonu. Wybaczcie. 

Tym razem, starając się przeorać ugór w mojej głowie spróbuję przedstawić subiektywny ogląd wyjątkowo oryginalnego typa, Homo tweetusa – człowieka ćwierkającego. On to, nagłaśniając przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa (RP RWE) zbrodnie komunizmu, być może, położył dla świata zasługi kasujące jego własne zbrodnicze dokonania. To przecież on pierwszy tak jasno przedstawił kawałek peerelowskiej pospolitości. Unaocznił, że towarzysz towarzyszowi towarzyszem. Ukazał bezmiar dziwności stalinizmu polskiego. Zionął tak potwornym miłosierdziem do dawnych towarzyszy, że ludzie gęby otwierali ze zdumienia i dziwowali się, że ktoś tak inteligentny mógł tyle lat funkcjonować w Kraju Pieroga i Zalewajki i nikt go nie zadenuncjował.

On nie tylko opowiedział, jak było, ale usiłował wytłumaczyć dlaczego tak mogło być. Wyglądało to tak, jakby komunistyczny smok pluł gorącą, ognistą śliną na rzeczywistość, którą współtworzył i miał we współtworzeniu niepodważalne zasługi.

Istnieją tysiące powodów by się zająć właśnie tym oficerem. A każdy z nich wystarczyłby osobno. Prof. Andrzej Paczkowski określił go łagodnie jako „wredną twarz sowieckiej kanalii”, a ja… no właśnie…

Chodzi o podpułkownika Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) Józefa Światłę. Oficera, który po zamianie NKWD & MBP na CIA zaczął przejawiać smocze cechy – pożerał dawnych mecenasów, egzegetów i kolegów, którzy niegdyś dobrze mu życzyli. W wypadku Światły było to pożarcie dokumentne. Było to pożarcie z kopytami.

Tak, chodzi o prominentnego ubeka. Chodzi o zdobywcę damskich serc. Chodzi o zabójcę i agenta, zdolnego wznieść się ku gwiazdom na własnym krawacie. On to, relacjonując przemyślenia oparte na własnych doświadczeniach ciągle pamiętał o przestrodze Andre Maurois, aby nie mówić o sobie źle, bo ludzie mogą uwierzyć. Przez prawie dwa lata bił się ochoczo w piersi. Cudze. Potem zamilkł. Bo albo mu nowi mocodawcy z CIA kazali. A może przestraszył się czegoś? Czego?

                                                        ***

Przez lata przepatrywałem życie tego podpułkownika. Starałem się go rozszyfrować. Jeszcze teraz, patrząc na jego fotografię z gębą rozwartą niczym pisklę w gnieździe, jakby to był diabeł jakowyś, proszę Stwórcę: „Skoro już go stworzyłeś na swoje podobieństwo, proszę Cię, Panie Boże, ocal go w mojej pamięci, aż go nie opiszę. Chcę go przedstawić tym rodakom, którzy go dziwnie nie znają”.

Prawdą jest, że Światło, ten Witkacowski „gość z dna”, po raz pierwszy w takim wymiarze, pokazał Polakom lustrzane odbicie B. Bieruta i jego towarzyszy. A że czasem i diabeł się rozanieli, być może dlatego Światło zademonstrował na własnym przykładzie, czarno na białym, że tzw. władza ludowa w interesie Moskwy pokazuje narodowi nie świetlaną przyszłość, ale sowiecki zadek.

Chcę przedstawić Światłę na szerszym tle. Bo ten wstrząsająco żywotny funkcjonariusz UB być może był kanalią i zbrodniarzem, głupcem a nawet kretynem, ale jego zmysłowi do urządzania się w każdej sytuacji nie można nic zarzucić. To zaś nieuniknienie prowadzi do konieczności przestawienia słodkich sekretów oficerów operacyjnych tajnych służb, którzy są, najogólniej mówiąc, poszukiwaczami swojej prawdy o innych ludziach.

Darujcie mi brutalną szczerość niektórych opisów związanych z seksem i zbrodniami. Bronię prawa do grubiańskości. Chyba lepiej jest być szczerym grubianinem niż ugrzecznionym hipokrytą.

                                                        ***

Czar tajnych służb. Służby, czasem zwane, na wzór amerykański Firmą, aby werbować agentów, muszą łgać i stosować niestereotypowe metody. Z reguły są to metody pozaprawne i bezprawne. Tłumaczenie, że służby specjalne większość materiałów otrzymują z tzw. białego wywiadu to pic na wodę i fotomontaż. Każda licząca się Firma musi być oparta na kłamstwie i agentach.

Obowiązującą zasadą jest: kłam, fałszuj, zmyślaj, koloryzuj, blaguj, fantazjuj, lipuj. Kłam szczerze. Rób to długo. Rób to tak długo, aż ci uwierzą! I jeszcze jedno, każda Firma ma specyficzną umiejętność zamykania niewygodnych, ale otwartych głów, wiekiem. Wiekiem trumny.

Mimo że prawda o łgarstwach służb rzadko wychodzi na jaw, bo nikt jej nie szuka, to kłamstwa nie starzeją się. Z czasem wychodzi na jaw jak szydło z worka. Zmienia się tylko skala zjawiska, bo prawda jest niczym kamień – nierozpuszczalna w wodzie. Funkcjonariuszom służb specjalnych prawda jest potrzebna jak atomowemu okrętowi podwodnemu wiosła. Oni mają swoją prawdę. Chronią ją mącąc wodę, m.in. fałszując dokumenty.

                                                        ***

Lubiąc interesować się słabostkami wielkich ludzi, bo któż nie lubi podglądać historii przez dziurkę od klucza, myszkowałem za dokumentami tajnych służb. Studiowałem dostępne opracowaniach na ich temat, pochłaniałem książki dotyczące tej tematyki itp.

Do końca lat pięćdziesiątych były to przeważnie szpargały propagandowe dotyczące zachodnich służb specjalnych. Po wstąpieniu do Oficerskiej Szkoły WOP uzyskałem szerszy dostęp do materiałów dotyczących również tzw. demoludów, czyli krajów podległych Związkowi Sowieckiemu.

Czytałem zachłannie wszystko to, co mi wpadło w ręce. Był to błąd. Był to zły nawyk. Należało mniej czytać. Gdybym więcej się zastanawiał, zamiast wciąż sięgać po książki, gazety i dokumenty, to przypuszczalnie byłbym bardziej rozgarnięty. Dużo wody musiało upłynąć w Wiśle, nim zrozumiałem, że nie warto wierzyć bezkrytycznie dokumentom, artykułom i literaturze, jeżeli się nie zna okoliczności, w jakich „słowo pisane” powstawało. Dlatego w późniejszym czasie dokładałem starań by rozmawiać z funkcjonariuszami tajnych służb i politykami. Byli to ludzie nie tylko dobrzy, ale i chytrzy. Jedyną trudnością w tych rozmowach było oddzielenie prawdy o fałszu. Zderzałem się ze swoistym paradoksem kłamców. Mając wątpliwość, czy rozmówca mówi prawdę, czy łże, musiałem rozstrzygać: czy adwersarz kłamie, kiedy mówi, że kłamie, czy mówi prawdę?

I mimo ze z ust rozmówców wypadały niekiedy słowa tak głupie albo tak wredne, że szkoda gadać, to nie przepuszczałem żadnej okazji, aby je usłyszeć i jak się da, to je zweryfikować.

Możecie mi zarzucać, że to niemoralne… A fuj! Rozmawiać niekiedy z ewidentnymi bandytami… Może i niemoralne, ale za to jakże ciekawe? 

Możecie mnie posądzić o fałszywą skromność. Jednak taka supozycja byłaby niesłuszna, bo fałszywa skromność jest najprzyzwoitsza ze wszystkich kłamstw. Dlaczego o tym wspominam? Bo uważam, że należy odpowiadać na drażliwe pytania, zanim zostaną zadane.

PS 1.

Jest to fragment przygotowanej do druku książki „Portret z kanalią”.

PS 2.

Jeżeli jesteście zbulwersowani, że po raz kolejny ogawędzam nieciekawą przeszłość, to rozejrzyjcie się po skrzeczącej pospolitości i znajdźcie chociaż jedną różnicę między tym, co napisałem, a dniem dzisiejszym.

PS 3.

Polecam: rzecz O ISTOCIE PASJI.

Książka Stanisława Jerzego Szałapaka pt. „Jedzie, jedzie straż… – gorąca pasja dh. Jerzego Matrzaka” jest niekonwencjonalnym reportażem połączonym z esejem. To bardzo ciekawy sposób pisania reportażu historycznego, fabularnego; nasiąkniętego faktami wziętymi z codziennego życia ludzi. Ludzi, którzy umiłowali jakąś pasję. W tym wypadku strażacką pasję – pasję druha: strażaka ochotnika. Napisane to jest znakomicie, swobodnym, potocznym stylem. Chwilami przesadzone. Chwilami bardzo prawdziwe. Tak to się odbiera, bo przecież nie byłem strażakiem. Bardzo, bardzo ciekawa lektura. Szałapak da się lubić. Nie sprzedaje kitu. Warto poczekać na jego następną książkę, już ją pisze. Tym razem będzie o poetach czasu wojny.

PS 4.

Uprzejmie proszę kierować uwagi pod adresem: hp.piecuch@gmail.com

L. Wałęsa!? Raz jeszcze. Jak było?

30.01.2017

[Ten zapis powstał zanim zapoznałem się z ekspertami grafologów badających „pudła Kiszczaka”]. Włączam radio – Wisłocka i, zupełnie nie socjalistyczne namawianie na rżnięcie . Odpalam telewizor – Wisłocka i, to samo. Otwieram gazetę – Wisłocka i, znowu seks, taki jakiś zupełnie nie z socraju, a jeszcze nie demokratyczny, genderowaty. Boję się uchylić drzwiczki lodówki. Zupełnie niesłusznie, bo tam jeno notatki do książek o Wałęsie.

Oj Piecuch, Piecuch! Co ma Wisłocka do Wałęsy?

I tu, i tam chodzi o rżnięcie.

Odpuszczam sobie Wisłocką, bom absolutny ignorant w sprawach seksu, ale nie przeczę, sprawa jest interesująca na tyle, że uprawiają go prawie wszyscy. A Wałęsę rżną też wszyscy. A przynajmniej większość Polek i Polaków. A i za granicą, tu i ówdzie jakieś dziwadło się znajdzie, które głos w sprawie sławnego naszego rodaka zabierze. Nie chciałem być gorszy. Od kilkudziesięciu lat różnie o byłym prezydencie pisałem. Nie. Nie, żeby rozstrzygać cokolwiek o czymkolwiek, ale aby podzielić się z czytelnikami tym, czego byłem świadkiem naocznym, co powiedzieli mi opozycjoniści, ale i oficerowie tajnych służb, i co wyczytałem w tajnych dokumentach, na długo przed tym, nim je „sprywatyzował” gen Kiszczak, a jego małżonka chciała „opchnąć” IPN. A swoją drogą dziwny to był człowiek, ten generał Kiszczak. Zamiast kraść szmal (miał ogromne możliwości) ukradł jedynie kilka pudeł dokumentów. Po co?

W tym miejscu tylko kilka przypomnień. W Książce „Wałęsa i… Kryptonim <Bolek>. Operacja tajnych służb MON i MSW” (wydanie 2012 r.) w „przedsłowiu” napisałem: „Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienia z upoważnienia, choć raz chciały coś zrobić bez pozwolenia.”

Kto Lechowi Wałęsie dał upoważnienie do rzucania kamieniami w przedstawicieli władz? Głównie w grudniu 1970 r.? Gdy to pisałem – wiedziałem. Teraz mam wątpliwości. Niemiej, resztę książki, około 400 stron znormalizowanego maszynopisu, poświęciłem na omówienie tego, w jaki sposób rządzący, przy pomocy tajnych służb, usiłowali spacyfikować niepokornego rebelianta w latach 80. Wniosek był oczywisty: władza, w starciu Wałęsą, mimo stosowania brutalnych chwytów, poniosła porażkę. Jest w tym zasługa samego Wałęsy, ale jeszcze większa jest zasługa Wolnych Związków Zawodowych, które Lechowi Wałęsie, tak jak i innym opozycjonistom, wskazały drogę postępowania i uzbroiły w argumenty, w jaki sposób wciągnąć masy do walki z reżimem.

W drugiej książce „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej” (wydanie 2016 r.) starałem się uzupełnić niektóre wątki, również dotyczące L. Wałęsy. Pisałem: Był grudzień 1970 r., zbliżały się święta i rządzący zrobili narodowi paskudną niespodziankę. 12 grudnia ogłoszono podwyżkę cen detalicznych przetworów mięsnych oraz innych artykułów spożywczych. Decyzję w tej sprawie podjęto 30 listopada 1970 na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR.  Od 8 grudnia w ministerstwie obrony narodowej i ministerstwie spraw wewnętrznych rozpoczęto przygotowania w ramach „ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego”. 11 grudnia jednostki MSW  zostały postawione w stan pełnej gotowości. Płk Stanisław Mańka powiedział mi, że jego żona, która pracowała w jednym ze szpitali na Wybrzeżu, mówiła, że  od początku grudnia w jej szpitalu wypisywano do domów nawet ciężko chorych pacjentów. Personel przypuszczał,  że szykuje się jakaś większa akcja. Być może ze strzelaniem. Tak jak w 1956 r. w Poznaniu. Trzeba było zrobić miejsce dla ewentualnych rannych. 12 grudnia wieczorem, za pośrednictwem radia poinformowano społeczeństwo o podwyżkach cen żywności, głównych artykułów, średnio o 23% (mąka o 17%, ryby o 16%, dżemy i powidła o 36%). 13 grudnia komunikat o podwyżkach cen podała prasa. Tak zaczęła się rewolta. Jej efektem była tragedia społeczeństwa i mianowanie na I sekretarza KCPZPR Edwarda Gierka.

Warto pomyśleć, czy jest związek między rewoltą ’70 a Sierpniem ’80. Jeżeli tak, to jaki? Czy Grudzień 1970 r. był wynikiem inspiracji specsłużb, zmierzających do obalenie Gomułki na rzecz Gierka, ukrytego za parawanem kwartetu (Babiuch, Jaruzelski, Kania, Szlachcic), który wykonał brudną robotę na Wybrzeżu? W którym momencie gra wymknęła się spod kontroli? Czy podobnego manewru nie powtórzono w 1980 r.? Może z innymi personami, ale podobnymi metodami i z podobną agenturą, częściowo odziedziczoną po Grudniu ’70? Ile było autentycznego, spontanicznego wybuchu niezadowolenia społecznego, a ile cynicznej, zimnej gry polityków, którzy posłużyli się służbami specjalnymi?  Jaką rolę w tych rozgrywkach odegrała ówczesna agentura KW MO w Gdańsku, kierowana przez Pożogę? Wszak Pożoga awansował niespodziewanie z dyrektora departamentu kontrwywiadu na wiceministra, szefa najważniejszej służby i pierwszego zastępcę ministra.  Czy fala strajków  na południu Polski w 1980 r. była inspirowana przez kontrwywiad? Jeżeli tak, to dlaczego przeniosła się na Wybrzeże? Jaka była działalność “kwartetu” (już mocno skłóconego) w przededniu powstania “Solidarności”? Czy podwładni  Pożogi, po przejściu tego funkcjonariusza do Warszawy i objęciu przez niego stanowiska dyrektora Departamentu II, a następnie szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, nadal “pilotowali”  agenturę w Trójmieście? Jeżeli tak, to po co? Komu służyła ta agentura? Stanisławowi Kowalczykowi ? Mirosławowi Milewskiemu? Edwardowi Gierkowi? Lub Stanisławowi Kani i gen. Jaruzelskiemu? Kiedy Pożoga zmienił pryncypała na Jaruzelskiego i Kanię? Jaka rola przypadła  w grze z „Solidarnością” wcześniej złowionym agentom m.in. o pseudonimach „Franciszek” i „Bolek”, wyrejestrowanym z kartotek na długo przed sierpniem ‘80?  W jaki sposób i dzięki komu Służba Wywiadu i Kontrwywiadu objęła kontrolą najważniejsze krajowe i zagraniczne kanały łączności “S”?

          Kanały te były w drugiej połowie lat osiemdziesiątych kontrolowane w około 80. procentach przez MSW. Jaka była rola agentów wywiadu, uplasowanych w kierowniczych gremiach “S”, a zajmujących się łącznością krajową i zagraniczną?       

Zaraz na początku rewolty na Wybrzeżu do akcji wkracza Lech Wałęsa. Były prezydent dziś mówi, że już w 1970 r. był szefem strajku i radowała mu się dusza, gdy widział milicjantów bodzonych przez tłum. Tymczasem nie jest to takie pewne. W tamtym okresie nie było tak wyraźnego przywództwa. Naprawiono to w sierpniu 1980 r. powierzając Wałęsie kierownictwo „Solidarności”, pomimo że było wiadomo…

No, było wiadomo, że w czasie spotkania z podopiecznymi płk. Pożogi nie spisał się najlepiej. Wybaczono mu. I powierzono  niekwestionowane wodzostwo strajku.  I prawdą jest, że on był prawdziwym młotem na władzę. L. Wałęsa powoli stawał się żelazkiem do prasowania pospolitości strajkowej. Starał się wziąć na klatę problemy, troski, kwestie, zmartwienia, udręki, zgryzoty, strapienia, przykrości, bolączki, dokuczliwości, kłopotliwości, komplikacje, zagwozdki, łamigłówki i sęki. Bo kiedy Wałęsa  ma młotek w ręce, wszystkie problemy wyglądają jak gwóźdź.

  1. Wałęsa już w grudniu 1970 r. wykazał się zdolnością do koncyliacyjnego załatwiana spraw z władzą. Dowodem tego jest jego udział w niedopuszczeniu do groźnego starcia tłumu z siłami porządkowymi przed Komendą Miejską MO w Gdańsku. Wówczas to padły pierwsze strzały na Wybrzeżu. Wówczas nie zawsze milicjanci ścigali i pałowali tłum. Czasem było odwrotnie. To tłum ganiał milicjantów, zaganiając ich do komend niczym psy do budy. W czasie jednej z takich akcji w grudniu 1970 r. były przewodniczący wpadł na czele tłumu goniącego milicjantów do budynku komendy milicji, wdarł się na drugie piętro. I wtedy go dopiero bezpieka zauważyła. Ówczesny płk  Pożoga pozwolił mu wygłosić mowę. I Wałęsa  podszedł do okna, otworzy je i przemówił do tłumu, który na dźwięk jego słów uspokoił się. Aczkolwiek w jego stronę poleciało kilka inwektyw i kamieni.

Na tym spotkaniu z bezpieką L. Wałęsa wyszedł jak Indianie na spotkaniu z Europejczykami. Kto strzelał, nie bardzo wiadomo. Władze twierdzą, że strzały padły z tłumu. Strajkujący, że strzelali milicjanci. A może strzelali tajniacy? Dość powiedzieć, że na placu boju pozostał jeden funkcjonariusz z przestrzelonym tyłkiem.       Była to zaledwie druga osoba urzędowa w całej historii Peerelu tak zraniona, po generale Karolu Świerczewskim, Człowieku, który się kulom nie kłaniał, który w Bieszczadach otrzymał trzy postrzały od UPA. W tym jeden w dość  wstydliwe miejsce, a konkretnie prosto w dupsztal. W Bieszczadach generał był pijany, a w Gdańsku milicjant trzeźwy i darł się jak szekspirowski ranny łoś. Świerczewski podobno zachowywał się spokojnie. Może w pijanym widzie, a może już w malignie, usiłował jeszcze dowodzić żołnierzami spieszącymi mu z odsieczą.

  1. Wałęsa wie, że wiele spraw po Grudniu było niewyjaśnionych. Nieznany był los pomordowanych. Nie było wiadomo, kto kierował akcją pacyfikacji w Gdańsku oraz w Gdyni i w Szczecinie. Już wtedy, w 1970 r., gdy po zatrzymaniu podpisywał „jakieś tam” dokumenty, postanowił sobie, że te sprawy wyjaśni. Próbował to wyjaśniać nawet w czasie rozmów w Magdalence przed „Okrągłym Stołem”. Wówczas zdarzało mu się siedzieć tete a tete z Czesławem Kiszczakiem, a nawet z samym Jaruzelskim, nie licząc innych prominentów i Wałęsa, silny „Solidarnością”, mógł im pokazywać nie jeden, a dwa środkowe palce. I Kiszczak, który respektował poruczenie W. Jaruzelskiego mówiące, że życie wymaga od generałów ustępstw, a czasem nawet przyznania sobie prawa do błędu, świadom, ile od tych rozmów zależy, przepełniony był najszlachetniejszymi zamiarami, czystymi, nieszkodliwymi i tak koncyliacyjnymi, że miało się wrażenie, iż szef bezpieki w duchu jest kobietą, która dodaje sobie cech macho, żeby utrwalić swój wizerunek twardego faceta. Szefa “Solidarności” uderzyła gościnność ministra. Gdy się zebrali w reprezentacyjnej sali Magdalenki, to generał powiedział, że tu zwykle naradza się ze swoimi najważniejszymi oficerami i przyjaciółmi z demoludów i że jest pełna demokracja i każdy może mówić to, co jest ustalone, a pić ile dusza zapragnie. I „CzeKiszczak”  dodał, że pierwsze dziesięć kolejek każdy musi wypić obowiązkowo.

Gdy skończyli kolejny toast Kiszczak, z charakterystyczną dla niego klepaną dykcją i oblizywaniem warg, powiedział, że jak się tylko dogadają, to pierwszą rzeczą, jaką zrobi, będzie wpuszczenie do archiwum resortu wyznaczonej przez przewodniczącego “Solidarności” komisji. Ona wszystko wyjaśni. Przyszły prezydent Kraju Pieroga i Zalewajki miał prawo być zadowolony. Oferując tak mało, uzyskał tak wiele. W tym jednym wypadku „CzeKiszak” dotrzymał słowa. Wpuścił tzw. Komisję ds. zbiorów archiwalnych składającą się z Andrzeja Ajnenkiela, Jerzego Holzera, Adama Michnika i Bogusława Krolla, która w okresie  od 12 kwietnia do 27 czerwca 1990 r. miała dostęp do Centralnego Archiwum MSW. Komisja nie przepracowała się. Zostało po niej  dwie strony sprawozdania i wniosków (…).

  1. Wałęsa jest marką w polityce polskiej. Jak Kopernik w astronomii i Chopin w muzyce. Mimo całej bufonady i niechlubnych związków ze służbami w okresie młodości, buzuje w nim coś magicznego i profetycznego. W takich chwilach przed oczami często jawił mi się inny Wałęsa. Ten z dokumentów służb. Z opowieści oficerów bezpieki, a także z opowieści tych, którzy stali nad bezpieką. Ale i tych, również z WSW, którzy wykonywali różne polecenia mające na celu jedno: przeciągnąć na swoją stronę albo unieszkodliwienie byłego kaprala z Gdańska. Kaprala, który jak każdy podoficer był pokorny. Ale w pewnym momencie przestał być uległy. I pokąsał ludzi, którzy okazali mu tyle serca, w tym generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka, Pożogę i kilka tuzinów aparatczyków. L. Wałęsa po wkroczenia na drogę walki nigdy i nigdzie nie umizgiwał się do nikogo. Znam oficerów uważających Wałęsę za sympatycznego misia z Krupówek, przechwalających się, że miś jadł im z łapki. To nie jest prawda. Lech Wałęsa nie przyspieszał myśli, ale nie był misiem. To był święty awanturnik. To był buntowniczy wojownik. Wskazywał źródła niesprawiedliwości. Mówił ludziom, bo mu to ktoś podpowiedział, że najważniejsza jest wolność (w tym miejscu powinienem napisać książkę o roli doradców, bez których nie byłoby takiego Wałęsy jakim był, a odarty z tych rad pozostały „Bolkiem” z rewolty lat 70.). Powtarzał więc szef „Solidarności” za doradcami, że wolność to jest stan, kiedy żaden człowiek nie musi musieć, a drugim razem, że człowiek nie musi robić tego, czego nie chce. Lud mu uwierzył. Lud szedł za nim. Kiedyś lud poszedłby za nim do dziewiątego kręgu piekła Dantego. Były prezydent mówi, że do „Okrągłego Stołu” o czymkolwiek myślał, zawsze medytował, jak dokopać komunie. W czasie obrad „Okrągłego Stołu” L. Wałęsa był jak cumulus. Nigdy się nie powtarzał. Mimo braku wiedzy i doświadczenia, jakaś iskra boża (doradcy, wśród których pętali się również ludzie niekoniecznie związani z opozycją) pozwalała mu prześwietlić knowania generałów. Nie dał się przyszpilić Kiszczakowi. Geszeft nazwał sukcesem i “zwierciadłem transformacji polskiej”. Nie przeszkadzało mu to, aby po objęciu prezydentury, razem z Jarosławem Kaczyńskimi, rozbić to zwierciadło na kawałki i skłócić wszystkich z wszystkimi. Tak, L. Wałęsa doszedł na szczyt władzy, ale spadł po jednej kadencji.

Myślę, że Lecha Wałęsę stworzył Jan Paweł II. Stworzył go słowami wypowiedzianymi w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski. Słowa te padły w 1979 r. w czasie Mszy św. na ówczesnym Placu Zwycięstwa w Warszawie. Te słowa brzmiały: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi. Te dziesięć słów wypowiedziane przez Jana Pawła II stworzyły nie tylko Wałęsę, który pozbył się traumy z grudnia 1970 r. i przestał się bać. Te słowa natchnęły miliony Polsków, którzy także przestali się bać i ruszyli do walki. Minął rok i powstała „Solidarność”. Za Polakami ruszyła Europa. W odróżnieniu od dziesięciu słów papieża, trwało to dziesięć lat.

Nie dziwcie się zatem, że choć od tamtych wydarzeń minęło ponad trzydzieści sześć lat jedynymi Polakami znanymi na świecie są Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Zohydzanie Wałęsy, ściąganie go z piedestału nie ma sensu. Na tym postumencie nie da się go zastąpić kimś innym. Jeżeli Lechu spadnie, cokół pozostanie pusty. Wałęsa, przy całym skomplikowanym życiorysie, przy całej bufonadzie i nieobliczalności jest jak wzór metra w Sevres pod Paryżem. Po prostu los tak chciał.

Ale praca operacyjna tajnych służb nie poszła na marne. W miarę stabilizacji i zbliżania się do „Okrągłego Stołu” rosła liczba przeciwników Wałęsy. Wałęsa potrafił omijać pułapki. Wygrywał potyczkę za potyczką. Mówił, że woli, by mu zazdroszczono, niż żeby go żałowano. Potrafił przyciągać ludzi do swojej idei. Idei nigdy do końca niesprecyzowanych, entropicznych, mgławicowych. Ale równocześnie krwawiło mu serce, bowiem zrozumiał, że z wrogami, których nie mógł anihilować, będzie musiał żyć aż do grobowej deski.

Każdy, kto próbował przymierzyć się do życiorysu L. Wałęsy, musi przyznać, że to, co o nim wiemy i to, czego nie wiemy, jest zrośnięte jak syjamscy bracia. Ale trudno pojąć, dlaczego tak wiele osób wierzy resortowym halabardnikom. Tym facetom, od których nic nigdy nie zależało. Oni zawsze trzymali ruki pa szwam, nagle, po 1989 r., zaczęło się wydawać, że coś kiedyś znaczyli, coś zdziałali, coś od nich zależało, że byli ważni. Czasem muszą minąć wieki, nim niektóre tajemnice z przeszłości zyskają właściwe oświetlenie, nim naukowcy udowodnią kto, z kim i przeciw komu wojował. Oficerów obowiązywała zasada ograniczająca ich wiedzę do minimum. Wiedzieli tyle, ile było niezbędne do wykonania zadania. Każdy, kto zna życie resortu, wie, że w wypadku L. Wałęsy, który już w strajkach Grudnia 1970 r. odegrał poważną, ale nie najważniejszą rolę (…).

O czynnościach operacyjnych decydował naczelnik wydziału, który przedkładał pisemną prośbę zastępcy ds. SB KW MO. W wypadku L. Wałęsy był to W. Pożoga. Gdy Wałęsa obrósł w piórka, a to się wydarzyło po podpisania porozumień sierpniowych w 1980 r., w sprawę wmieszało się MSW. O losie figuranta początkowo decydował dyrektor Departamentu III, potem szef kontrwywiadu, a następnie szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu – gen. Pożoga. On najważniejsze decyzje konsultował z ministrem Kiszczakiem, a ten – z Jaruzelskim. Wolno tedy zapytać: gdzie są te pisma pisane ręką Wałęsy?

Nie ma ich!? Przeciwnicy Wałęsy mówią, że zostały zniszczone. A może ich nigdy nie było? Może to jest jedna wielka mistyfikacja oparta na tym, co kiedyś, w grudniu 1970 r., figurant podpisał? Ale wówczas różni ludzie, różne rzeczy podpisywali. Ofiary, wezwane na komendę milicji, szły z wizją ciał zamordowanych towarzyszy przed oczyma, mając świeżo w pamięci obraz masakry w Gdyni lub w Szczecinie. W takim stanie można podpisać wszystko. Opowiadał o tym gen. Pożoga, ale w czasie autoryzacji książki „Pożoga. W. Jaruzelski nigdy tego nie powie” wykreślił sporo fragmentów.

– Od grudnia 1970 r. te szpargały były w Gdańsku. Nie, nie było to nic ważnego. Ale dobrze nie pamiętam – wspominał, pod koniec 2014 r. były szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. – Po przyjściu do MSW gen. Kiszczaka on je ściągnął z Gdańska. Więcej ich nie wdziałem. Zastanawiałem się, dlaczego generał ich nie użył, aby złamać Wałęsę w czasie internowania. Ale nie rozmawiałem z ministrem na ten temat. To nie była moja sprawa. Krajowców rozgrywało Biuro Studiów i Służba Bezpieczeństwa. Mnie interesowała gra z zagranicznymi strukturami „Solidarności”. Mnie interesował bardziej „Franciszek”. Miałem wystarczająco wiele roboty.

  1. Wałęsa po cezurze 1970 r. stał się dojrzalszym człowiekiem. Wiedział ,gdzie kończą się jego możliwości. To nie były czasy normalnego funkcjonowania służb. Oficerowie szli na skróty. Werbowano masowo. Nikt niczego albo prawie niczego nie sprawdzał. Agentów i rzekomych agentów ewidencjonowano według widzimisię oficerów. Dobry śledczy musi potrafić zmienić człowieka w lalkę, z którą może zrobić co zechce. Między jednym uderzeniem figuranta a drugim musi umieć cisnąć finezyjnym aforyzmem niczym mistrz krótkiej formy literackiej. Po spektaklu przesłuchania nawet niewinna ofiara we własnych oczach powinna stać się osobą podejrzaną.

Ciągle nurtowały mnie wątpliwości, jak to jest z tą agenturą L. Wałęsy. Był agentem czy nie był? Tak długo męczyłem gen. Pożogę, aż usłyszałem: I tak, i nie. Zależy, co kto przez to rozumie. Podpisał „kwity”… A więc jednak… Nie. To nie takie proste. W grudniu 1970 większość zatrzymanych podpisywała. Nikt nie robi z tego problemu. Po prostu tak postępowaliśmy. Trzeba pamiętać, że werbowanie agentów odbywało się falami. Pierwsza większa fala, jaką zapamiętałem, była w roku 1968. Zwerbowano, to znaczy, zobowiązania podpisało blisko dziewięćdziesiąt procent wyjeżdżających Żydów. Skuteczność tych werbunków była rzędu połowy promila. Druga fala to właśnie grudzień 1970 r. Wówczas w nasze ręce wpadł Wałęsa. To były setki, o ile nie tysiące zewidencjonowanych figurantów. W miarę stabilizacji sytuacji, w miarę realizacji prośby nowego I sekretarza KC PZPR (E. Gierek prosił stoczniowców słowami: „No to jak? Pomożecie? – H.P.) taka masowa agentura już nie była przydatna. Wielu agentów wyrejestrowano. Chyba Wałęsę także. Nie pamiętam. Byłem już w Warszawie.

W porcie i w stoczniach na Wybrzeżu dobrą agenturą dysponowali zwiadowcy WOP. W ramach współdziałania z bezpieką można było zrezygnować przynajmniej z połowy współpracowników. Zostawiono tylko najlepszych. Najaktywniejszych. Mających z racji zajmowanych stanowisk największe możliwości bycia pożytecznym dla naszej służby. Wałęsa do tej grupy nie należał. Następna fala werbowania była po roku 1976?

– Nie pamiętam, jak było wówczas z Wałęsą – mówi gen. Pożoga. – Po powstaniu „Solidarności” w sierpniu 1980 r. osiemdziesiąt procent agentów pokazało nam gest Kozakiewicza. No, ale odbiliśmy to sobie po wprowadzeniu stanu wojennego. Zaroiło się wówczas od oferentów (figuranci z własnej, nieprzymuszonej woli oferowali usługi SB i Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu – H.P). Ale wtedy Wałęsa, mimo wielokrotnych podchodów, stosowania „kija i marchewki” już nie dał się złamać. Czy taka masowa agentura była nam potrzebna? – zastanawiał się szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. – Mojej służbie na pewno nie. Ale minister naciskał. Każdy oficer operacyjny musiał prowadzić przynajmniej 12 agentów. Spłycało to robotę. Ilość nie przechodziła w jakość. Wolałem mieć kilku agentów, ale sprawdzonych i dobrych w Lund, kilku w Londynie, pół tuzina w Paryżu itd. I wystarczyło. Po co miałem instalować agentów w pegeerach? Przecież to absurd. Ale minister naciskał. Postulowałem zmniejszenie Departamentu IV. Kiszczak go rozbudował. Skończyło się jak się skończyło. Śmiercią J. Popiełuszki i nie tylko.

No to jak jest z tymi „kwitami” L. Wałęsy? Czyżby ”kwity” zmartwychwstały w pudłach ujawnionych przez Marię Teresę Kiszczak? Rodzi się pytanie: co do prawdziwych oryginałów dodał „CzeKiszczak”? Wszak wiadomo, że specjaliści Firmy cały czas pracowali nad wzbogacaniem życiorysu przywódcy „Solidarności”. Majstrowali oryginały. Tyle że nieprawdziwe. Majstrowali perfekcyjnie. Oni zdolności do fałszerstw mieli we krwi. Dysponowali specjalistycznym sprzętem.

 Na początku lat 90. L. Wałęsa dostał milion dolarów za zgodę na zgodę na wykorzystanie jego wizerunku w filmie, jaki zamierzano nakręcić w USW.  I coś nie wyszło. W 2001 r. jeden z producentów w Hollywood Roman Harte, ten sam, który zaoferował Wałęsie milion USD, zgłosił się do mnie, abym napisał koncepcję  noweli filmowej. Konsultantem miał być prof. Paczkowski. Napisałem. Profesor wniósł uwagi. Uwzględniłem je. Harte osobiście przyjechał i odebrał poprawiony tekst. I zniknął. Widocznie coś znowu nie wyszło. Może Amerykanie stracili zainteresowanie Wałęsą, Polską, a nawet Europą. Może agenci CIA, których przedstawiłem w szkicu, byli nie tak wspaniali, a  SB i KGB nie tak krwawe, jak  wyobrażenia Amerykanów. Ani Paczkowski, ani ja nie dostaliśmy za pracę ani centa.

 W przypadku L. Wałęsy sprawa jest prosta. Homo sapiens to taki stwór, który po osiągnięciu sukcesu swoim działaniem sam prosi się o nieszczęście. I to jest  przypadek byłego prezydenta RP. Na pytanie: dlaczego Wałęsa? Bon mot mógłby brzmieć tak: Dlatego, że nie tylko Ameryka, ale i cały świat  niczego takiego przed nim nie widział. I już nie zobaczy. W filmie chciałem zdeszyfrować Wałęsę. Wedle mojej oceny, Wałęsa jest fenomenalnym trybunem ludowym i nawet banda diabłów nie dałaby mu rady. Dlatego powtarzam – tacy ludzie rodzą się raz na milion albo raz na sto milionów lat. Gdyby L. Wałęsy nie było, należałoby go wymyślić. To powinno wystarczyć za komentarz. Nawet jeżeli Wałęsa był draniem, bądź jego wybory życiowe i zawodowe obsadziły go w drańskiej roli, to bez niego nie byłoby III RP w takim kształcie, jak obecnie.

Przez pół wieku marzyłem o tym, co się stało 4 czerwca 1989 r. Dlatego nie dziwcie się, że wykorzystywałem każdą okazję, aby się czegoś o tym wydarzeniu dowiedzieć. Węszyłem za wiadomościami. Szukałem wiadomości o L. Wałęsie wszędzie. Nie tylko na diabelskim kołowrocie życia, ale nawet na szpitalnych korytarzach w czasie, gdy leżeli tam wielcy manipulatorzy Firmy. A wcześniej czy później każdy z nich tam trafiał. Zastanawialiście się kiedyś, ile czasu trwa wdzięczność, a ile mściwość i zazdrość? Życie dowodzi, że wdzięczność trwa krócej. No cóż, gust społeczeństwa nigdy nie wyprzedza geniuszy takich jak L. Wałęsa. Zawsze wlecze się za nim kulejąc. Dla miernot geniusz jest czymś niewybaczalnym.

 

WOJNA BEZPIEKI Z RED. GIEDROYCIEM

Polacy to dziwny naród! Nie ma chyba na świecie drugiego narodu, który by miał tylu bohaterów i jednocześnie tyle kanalii.

Marian Brandys

W „Gazecie Wyborczej” (7-8 stycznia 2017) ukazał się interesujący artykuł prof. dr. hab. Rafała Stobieckigo poświęcony wojnie bezpieki z red. Jerzym Giedroyciem. Chciałbym dorzucić do niego swoje trzy grosze. Czytałem bowiem „dzieła”, nad którymi zasadnie „znęca” się profesor. Podejrzewam, że niektóre z tych „dzieł” powstały z inspiracji nie tylko propagandystów, ale również pod wpływem działań operacyjnych oficerów Służby Wywiadu i Kontrwywiadu.

          Miałem kiedyś drobną przygodę z red. Jerzym Giedroyciem.  Postanowiłem opisać pewną, mało znaną kombinację operacyjną MSW  zmierzającą do spalenia siedziby „Kultury”. Główną rolę miał odegrać agent Departamentu I MSW, Piotr Paćkowski ps. „Widal”. Kombinację wymyślił i kierował przygotowaniami płk Henryk Wróblewicz.

          Akcja nie wyszła poza stadium opracowywania szczegółów, przygotowania odpowiednich materiałów i rozmów z agentem. Zgodę na operację wyraził minister S. Kowalczyk. Znałem zainteresowanych. Zdobyłem pewne szczątkowe materiały, które wysłałem J. Giedroyciowi z zapowiedzią pracy nad książką.  Otrzymałem list od Redaktora, że materiałów „Kultura” nie opublikuje. Redakcja poczeka na książkę, którą omówią i ogłoszą fragmenty. Niestety książki nie opublikowałem do dziś. Zniechęcili mnie do tego generałowie Kowalczyk i Pożoga. Pierwszy oświadczył, że nie pamięta, by wyraził zgodę na takie działanie, a drugi, że większość materiałów, po rezygnacji z operacji, została zniszczona. W zamian „popełniłem” dwie książki: „Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie” oraz „Byłem gorylem Jaruzelskiego”. Red. J. Giedroyć ogłosił w „Zeszytach Historycznych” spore fragmenty książki napisanej m.in. na podstawie rozmów z płk. A. Gotówką oraz generałami F. Siwickim i M. Janiszewskim, a „Gazeta Wyborcza” opublikowała szkic autorstwa Stanisława Barańczaka (z USA), w którym przeinaczenia walczą o lepsze z insynuacjami pod adresem moich rozmówców i moim. Cóż, zdarza się. Sam jestem sobie winien. Nie posłuchałem sugestii red. Adama Michnika i nie „odpieprzyłem się od gen. W. Jaruzelskiego”, a również nie podzieliłem rad redaktorskich, jakoby gen, Cz. Kiszczak był „człowiekiem honoru”.

                                                   ***

          5 maja 1976 r. Wydział VIII Departamentu I MSW zaczął intensyfikować rozpracowanie przerzutów wydawnictw nielegalnych. Założono rozpracowanie operacyjne obiektowe (ROb) o kryptonimie „Pajęczyna”. Początkowo ROb dotyczyło jedynie ośrodka „Kultury” paryskiej, ale w 1978 roku, wobec nasilających się „transportów” nielegalnych z Zachodu, przekwalifikowano ROb do kategorii samodzielnego rozpracowania.

          W oko oficerom Wydziału VIII, a następnie Wydziału XI Departamentu I MSW (kontrwywiadowczego) w padła w Paryżu Maria Łamazki-Mawro, sekretarka Instytutu Literackiego. Założono na nią rozpracowanie operacyjne kryptonim „Idak”. Po przekwalifikowaniu na agentkę zmieniono jej pseudonim na „Lutus”. W wyniku doniesień „Lutusa” specjaliści Firmy już w kwietniu 1980 r. zdołali opracować „Bilans finansowy Kultury”. Wynika z niego, że obroty ośrodka J. Giedroycia za rok 1978 wynosiły 1 224 829 franków, a na działalność grup w Polsce przeznaczono: na KSS-KOR – 30 537 franków; ROPCiO – 11 676 franków; Jan Józef Lipski – 850 franków itp.

          Tak szczegółowe doniesienia z Paryża skłoniły wiceministra spraw wewnętrznych gen. Mirosława Milewskiego, odpowiedzialnego w MSW za wywiad, do rozpoczęcia specjalnej kombinacji operacyjnej, w której wyniku chciano doprowadzić do pożaru w Instytucie Literackim w Paryżu. Milewski zlecił opracowanie kombinacji płk, Henrykowi Wróblewiczowi, zastępcy naczelnika Wydziału XI.

          Płk Wróblewicz wytypował do przeprowadzania zadania specjalnego Piotra Paćkowskiego, taternika z Wrocławia, który w czasie pobytu w Paryżu poznał się z J. Giedroyciem. W tym czasie Paćkowski był już TW Wydziału III KW MO we Wrocławiu o pseudonimie „Piotr Piotrowski”. W listopadzie 1979 r., po przeprowadzonej prze H. Wróblewicza rozmowie z agentem, przeszedł on pod „kuratelę” Wydziału XI jako kontakt operacyjny, otrzymał nowy pseudonim „Widal” (później zapisywany jako „Vidal”).

          Nadzór nad przebiegiem kombinacji dyrektor Departamentu I MSW płk Jan Słowikowski zlecił swemu zastępcy płk. Wojciechowi Młynarskiemu.

          Szczegółowy opis kombinacji przekracza ramy tego blogu. Dość powiedzieć, że w sprawę wmieszały się doniesienia nielegała Tomasza Turowskiego, a sam „Vidal” okazał się być agentem krnąbrnym i prowadzący podejrzewali, że bierze on żołd nie tylko z kasy MSW. Kombinacja spaliła na panewce. Instytut szczęśliwie uniknął pożaru, a sprawę „Vidala” w czerwcu 1984 r. odesłano do archiwum.                                           

          Nad fiaskiem operacji bardzo bolał szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu I zastępca ministra MSW gen. Władysław Pożoga. Jego agenci stale krążyli koło J. Giedroycia niczym psy wokół rożna z kiełbaskami. Ale już nikomu z nich nie udało się na stałe zadomowić w Maisons – Laffitte. Byli jednak liczni agenci dochodzący. Aby wzmocnić agenturę paryską, generał oddelegował z dobrego miejsca w Watykanie na bardziej newralgiczne w Paryżu, kto wie, czy nie najbardziej operatywnego nielegała Tomasza Turowskiego.

PS

Są to fragmenty książki „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej” wydanej prze Agencję CB. E-mail: cbwydawnictwo@home.pl

 

 

Kilka refleksji na 35 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego

Człowiek się nie zmienienia, przechodzi tylko różne stany i w każdym z tych stanów należałoby mu nadać inne imię, sygnalizując, iż nie mamy już do czynienia z tym samych człowiekiem, którego znaliśmy w jego poprzednim stanie.

Imre Kertesz

 

Zapamiętałem:

Rano 13 grudnia, usłyszawszy z telewizora komunikat o utworzeniu WRON, pojechałem do redakcji. Ulice były wymarłe. Nadniebne ptaki krążyły nad śmietnikami. Na dworze było minus dwadzieścia stopni. W autobusie o pięć mniej. Wśród pasażerów zaległa cisza. Cisza tak złowroga jakby ją przywieziono z Syberii. Na myśl o szefie WRON na usta cisnęły się słowa S. Witkiewicza: Jakże wstrętny kraj ta Polska, smutna ojczyzna gówniarzy.

W redakcji nie było nic do roboty. Ostatni numer „Granicy” nie wyszedł. Po pewnym czasie dowódca WOP pozwolił nam na kilka godzin odwiedzić rodziny. Był 1 stycznia 1982 r. i cały świat, z wyjątkiem Polaków, leczył kaca…

Gdy gen. Jaruzelski wprowadzał stan wojenny, na Zachodzie rządzili już politycy o jednoznacznie antysowieckich poglądach, a tzw. odprężenie leżące wyłącznie w interesie Kremla zostało odstawione do kąta. Od 1978 r. papieżem był Karol Wojtyła, czyli Jan Paweł II, ujmujący ludzi specyficznym humorem, inteligencją i erudycją. Uważałem, że świat współczesny potrzebuje wielkości. Ta wielkość tkwiła w kard. K. Wojtyle jak palec boży. Był też Jan Paweł II  największym konserwatywnym moralistą końca XX wieku, który, będąc Polakiem, doskonale rozumiał istotę systemu komunistycznego. Robił też ogromne wrażenie na gen Jaruzelskim. Wystarczy przypomnieć przemówienie wygłaszane w obecności Jana Pawła II przez generała. Powiedzieć, że Jaruzelski mówił drżącym głosem, to nic nie powiedzieć. Głos generała był jakiś taki cały skołczały.

Trzy lata po wyborze kard. Wojtyły władzę w imperium zaoceanicznym przejął zdecydowany antykomunista Ronald Reagan, mąż twardy jak kryształ kwarcu, szybki w podejmowaniu decyzji niczym rewolwerowiec i blefujący niczym zawodowy pokerzysta. Sojuszniczką Reagana w jego polityce odstraszania ZSRR i zniszczenia Imperium Zła, głównie poprzez łożenie wielkich środków na zbrojenia, w tym na program „gwiezdnych wojen”, była brytyjska premier Margaret Thatcher.

W 1985 r. sekretarzem generalnym KC KPZR został Michaił Gorbaczow, poglądami o lata świetlne odbiegający od swoich poprzedników. Gorbaczow, zlecając gen. Jaruzelskiemu przepoczwarczenie Peerelu w laboratorium dla pierestrojki, próbując oświecić komunistyczny feudalizm usiłował ratować Imperium. Ludzie byli przekonani, że nigdy w dziejach nie zdarzyło się, aby tak staroświeccy mężczyźni w tak pięknych opakowaniach, reprezentujący tak różne poglądy i cele, podążali ręka w rękę do jednego marzenia – zakończenia zimnej wojny.

Jan Paweł II, Reagan i Gorbaczow, zmieniając geopolitykę, obalili świat dwubiegunowy

Tępiałem coraz bardziej, widząc, jak nasi opozycjoniści z Wałęsą na czele, w myśl porzekadła, że gdy „konia kują, żaba nogę podstawia”, przekonują naród, iż transformacja ustrojowa jest ich zasługą…

Upadek komunizmu zależał w tym samym stopniu od „Solidarności”, co pogoda od meteorologów. Im bardziej to sobie uświadamiałem, tym bardziej mnie to bolało. Im bardziej się łajdaczyłem, tym bardziej stawałem się nihilistą i abnegatem ze skłonnością do anarchizmu. Rozczarowany ludźmi nie uczestniczyłem w dyskursach o sensie życia. Gardząc młodzieńczą energią, unikałem politykowania, a nawet balang. Zapomniałem zapachu bimbru i smaku kobiet. Od połowy lat dziewięćdziesiątych z dnia na dzień stawałem się beznadziejnym pierdzielem powoli staczającym się w starczą bezradność. Starałem się rozmawiać jedynie ze swoim psem i niekiedy z gen. Jaruzelskim.

Fascynowało mnie w jaki sposób generał w ciągu niecałych pięciu lat przerobił  złaknionego krwi psychopatę „CzeKiszczaka” (wystarczy spojrzeć, jakie zasługi miał ten przyjaciel Jaruzelskiego jako oficer informacji, szef  WSW czy minister spraw wewnętrznych ) w spolegliwego reformatora, potrafiącego przy „Okrągłym Stole” wyprowadzić w malinowy chruśniak  przeciwników politycznych, by polec w wyborach 4 czerwca 1989 r.  Chyba tę tajemnicę zabrał gen. Jaruzelski do grobu.  Obserwowałem „złą zmianę”.                                            ***

Trzecie tysiąclecie skradało się jak złodziej i wiele osób bało się, że nastąpi koniec świata. Ja, ani trochę nie wierząc w wieszczenia, spokojnie czekałem nadejścia Mesjasza. Nadal jednak starałem się notować słowa gen. Jaruzelskiego, który od ponad sześćdziesięciu lat ani razu nie pomyślał o Bogu. Nie miał do tego głowy. Ale niebawem, bo w 2014 r. Bóg do niego przyszedł i przekształcił go w istotę prehistoryczną. I być może dopiero teraz generał przypomniał sobie, że w Fenomenologii Georg W. F. Hegel zwraca uwagę, że poznać prawdę możemy dopiero na chwilę przed śmiercią. Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchem, a nie o świcie mówi filozof i konstatuje, że prawdziwa mądrość przychodzi dopiero z perspektywy końca. I być może generał uświadomił  sobie dopiero teraz, że dobry złodziej (socjalizm) to nie to samo, co zły dobrodziej (liberalna demokracja). I ja mam skrytą nadzieję, że prawdę Hegla uświadomi też sobie Jarosław Kaczyński ze swoją „Dobrą Zmianą”.

To, czego nie zanotowałem, umieszczałem w głowie

To nic, że mój mózg po operacji nie był już tak gęsty jak niegdyś. Z generałem rozmawialiśmy w domu przy ulicy Ikara 5 w Warszawie. W niedopitej kawie konały muchy, a Jaruzelski zionął miłosierdziem do bliźnich. Pozował na miłościwego Samarytanina. I teraz już chyba był nim. Po godzinie wszystko wyparowywało. Widząc to, generał podarował mi „Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa” z bukoliczną dedykacją: „Panu płk. Henrykowi Piecuchowi z żołnierskim pozdrowieniem”. Zrewanżowałem się swoją książką. Wpisałem: Panu Generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu na pamiątkę wspólnego pobytu na ziemi. Tej Ziemi.

I wówczas przed oczyma stawały mi pierwsze powojenne lata i współczułem ciotce, której bezdzietność załatwiła  banda bezpieki, bo funkcjonariusze działali kolektywnie, dlatego także gwałty uprawiali zbiorowo. Ale równocześnie cieszyłem się, że ubecy zabrali mi tylko fortepian, a przecież mogli odrąbać i palce…  I dlatego ich polubiłem – umieli uszanować człowieka. Nawet małego.

I cieszyłem się nawet wówczas, gdy jawił mi się widok  demonstrantów pobitych w 1970 r. i w latach późniejszych, po stanie wojennym, opuszczających areszty milicyjne. Pluli na hasła propagandowe. Ślina ściekająca po sloganie „Aby Polska  rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Ślina wyglądała jak krwawa łza…

I postawiłem generałowi pytanie, które musiało być postawione, a na które on nie miał dobrej odpowiedzi –  o „Solidarność”. Mój rozmówca  nie odpowiedział.

I mówiłem, i wydawało mi się, że wygłaszam pochwałę „Solidarności”: Do sierpnia 1980 r. świat stał przed wyborem, że można pozwolić komunistom  zawładnąć światem i będzie to złem. Można też obalić komunizm zbrojnie, co również będzie złem. I możnie tego świata uznali, że nie mają wyboru i w każdym wypadku ubrudzą sobie ręce. „Solidarność” znalazła jednak rozwiązanie kompromisowe.

Wojciech Jaruzelski milczał.

****

Do dziś pamiętam ostatnią rozmowę z generałem, który choć całe życie był żołnierzem odcisnął niepowtarzalne piętno na losach Polski i Polaków. W naszej ponad tysiącletniej historii był tylko taki jeden gość.

Zmęczone oczy generała zdawały się mówić: „Nie szukam ukojenia. Nie szukam zapomnienia. Niczego już nie szukam. Jakoś to będzie. Jakoś się potoczy… Beze mnie”. Tak, generał wyraźnie odpływał ku swojemu przeznaczeniu.

Nietypowy generał, bo…

Tak, tak, tak w powojniu szczególnie interesujący był okres, gdy rządy absolutne objął „Zbawiciel”,  czyli gen. Jaruzelski, czyli „Wojtek Szabelka” (ksywa nadana generałowi przez płk. A. Gotówkę, byłego szefa Wydziału Ochrony Fizycznej i Kontrwywiadowczej ministra obrony narodowej), któremu udało się stanem wojennym spolaryzować społeczeństwo.

„Zbawicie” mianował ministrem spraw wewnętrznych „Wice Zbawiciela”, czyli gen. Kiszczaka. Zaś „CzeKiszczak”, który poczuł się tak wielki, że Pałac Kultury musiał oglądać przez mikroskop i który już nie bardzo chciał brudzić sobie ręce mianował szefem komisji brutalistycznej resortu gen. Pożogę. W. Pożoga miał poodrywać nóżki i rączki opozycji demokratycznej. I  gen. Pożoga zrobił to. Był to szczególny rodzaj hedonizmu intelektualnego. Wyrywanie rączek i nóżek  trwało przez dekadę lat osiemdziesiątych aż zmajdrowano opozycję koncesjonowaną, z którą zawarto przy „Okrągłym Stole” sztamę.

Od tego momentu wszystko zaczęło się toczyć jeszcze szybciej. I toczy się dalej. I kolejne ekipy idą po rozum do głowy siląc się na odszukanie tego, czego nigdy nie miały i nie będą miały i wychowują dwa typy obywateli: tchórzy i głupców.

Generał Jaruzelski rządził nieskładnie, ale mianowanie właściwych ludzi na właściwe stanowiska w bezpiece było swoistym majstersztykiem „Wojtusia Szabelki”.  Tak, rządy W. Jaruzelskiego nie było najlepsze. Ale jeżeli generał kiedykolwiek przejdzie na trwałe do historii, to nie dlatego, że  był nieudacznikiem, a dlatego, że był jedynym generałem, który w ciągu prawie pięćdziesięcioletniej służby wojskowej ani razu nie narąbał się jak ruski tank. Jako inicjator  autor ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi  z 1982 r. (cóż, bywają tak aberracyjne pomysły) W. Jaruzelski uważał, że alkohol  jest dalece skuteczniejszy niż terroryści… Jeżeli jesteście ciekawi zajrzenia za kulisy rozmów z generałami, to proszę poczekać na książkę „Moje boje z generałami”, którą CB obiecuje wydać w I kwartale 2017 r.

Katolicka Agencja Informacyjna podaje:

Generał Wojciech Jaruzelski przyjął przez śmiercią sakramenty święte. Wyspowiadał się, przystąpił do komunii świętej i otrzymał ostatnie namaszczenie. „Powiedzieć można, że okazała się laska boża. U schyłku swego życia, około 13 dni przed ostatnim stadium choroby, przebywając w szpitalu wojskowym przy ulicy Szaserów generał Jaruzelski w sposób świadomy, wolny, nie ulegając jakimkolwiek sugestiom czy naciskom, poprosił kapelana – kapelana Ordynariatu Polowego – o spowiedź, odbył ją, uzyskał rozgrzeszenie, wzbudził żal za grzechy. Spełnił tym samym konieczne warunki, aby po długiej drodze znów do serca swego przyjąć Jezusa Chrystusa” – podkreślił proboszcz Katedry Polowej Wojska Polskiego ks. płk Robert Mokrzycki.

***

Więc nie zastanawiajcie się, czy Bóg odpuści gen. Jaruzelskiemu grzechy. Oczywiście, że odpuści. Przecież odpuszczanie przewinień to zawód Boga.

PS

Jest to fragment książki „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej”, wydanej przez CB; tel. kom. 510-210-234; e-mail: wydawnictwo@home.pl

A. FEJGIN & J. ŚWIATŁO

Interesując się umiarkowanie wielkimi postaciami peerelowskich służb specjalnych nie mogłem pominąć takich postaci, jak płk Anatol Fejgin i ppłk Józef Światło. Znałem, niestety, obu. Co prawda Światłę widziałem tylko dwa razy, i to w dzieciństwie, ale było to „widzenie” wystarczające, abym go zapamiętał na całe życie. Z Fejginem znajomość była o wiele dłuższa, bo dwudziestoletnia.

Poniższy fragment pochodzi z przygotowanej do wydania książki „Portret z kanalią. Świat J. Światły, czyli randka z nieboszczykiem”.

***

W wypadku Światły kluczowe zdaje się być pytanie: dlaczego 4 grudnia 1953 r., w Berlinie Zachodnim podpułkownik opuścił bez pożegnania A. Fejgina, swojego bezpośredniego przełożonego?

Światło, co by o nim złego nie powiedziano, nie był typem człowieka rzucającego się na głęboką wodę wiedząc, że nie umie pływać. Ale nie chciejcie, abym tłumaczył czyn Światły, bo będę musiał opowiedzieć starą ormiańską anegdotkę: Wisi na drzewie i piszczy. Co to znaczy? Śledź. Dlaczego na drzewie? Bo ktoś powiesił. Dlaczego piszczy? Żeby trudniej było zgadnąć.

***

  1. Fejgin nie brał pod uwagę, że w pewnych okolicznościach nawet małpy spadają z drzew. Świato ps. „Kogut” się z tym liczył. Dlatego, po śmierci Stalina, nadsłuchując złowieszczych jak brzęczenie komarów wieści z sowietów „Kogut” ulotnił się. Przeniósł się za ocean, zaś Fejgin od momentu dezercji podwładnego dryfował w dół. Z pułkownika gwałtownie uszło powietrze. To tak jakby z silnika samochodu wyciągnąć akumulator.

Dyrektora Departamentu X trzymała w Polsce tylko ambicja. A ambicja to ostatnie schronienie bankruta. Fejgin nigdy nie zrozumiał, że gdyby nie wspinał się po ścieżkach kariery komunistycznej, toby nie spadł.

Ucieczka Światły podcięła Fejginowi nogi. Czuł jej ciężar na swojej piersi. Po samotnym powrocie z Berlina chodził po swoim gabinecie narzekając, że wszystko jest bez sensu, wszystko jakoś pogmatwane. Był jak okręt podwodny, zatopiony we własnych myślach. Nie mógł pojąć, co się stało.

Praca i heterodoksja elit rządzących sprawiły, że życie straciło dla Fejgina sens. Jako nieukończony medyk wiedział, że życie zaczyna się oddechem. Noworodek płacze, by złapać oddech. Kończy wydechem. Wówczas inni płaczą.

Pułkownik nie bardzo wiedział, czy płakać, czy kończyć z życiem. Nawet bez piórka wymiotnego ciągle brały go mdłości. Jego smutek był rozpaczliwy i nieuleczalny. Był niczym facet rozjechany przez los. Znienawidził go nawet własny pies. Nemezis oddała go na pastwę sił, które sam tworzył i nad którymi utracił kontrolę. Więc dopiero po trzydziestu latach zwierzył się żonie, że często myślał o śmierci. Przy życiu trzymała go tylko miłość do dzieci.

Ze słów pułkownika stale wyzierało pragnienie mówienia o swoim nieszczęściu, którego przyczyną był „Kogut”. Ale Fejgin nie miał za bardzo do kogo gęby otworzyć. A że martwego lwa i zające mogą ciągnąć za grzywę, to przełożeni, podwładni, ale i zdawało się dobrzy koledzy omijali go jak dziurę w drodze. Kłaniali się już innym panom wypinając na pułkownika tyłki.

Były dyrektor departamentu, mając usta zamknięte, co bolało bardzo, ale uszy otwarte, co potęgowało ból, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Z radia ciągle dolatywały słowa o kulcie jednostki.

-„Pan jednostka”, czyli B. Bierut, któremu on, dyrektor Departamentu X MBP oddał ciało i duszę i którego był filarem, podporą i ostoją olał go w pierwszej kolejności – mówią po latach jego dawni znajomi.

– Fejgin mógł się tego spodziewać – wtrącają inni oficerowie – Tak jest zawsze. W Firmie sukces ma wielu ojców. Klęska tylko wytypowanego do odstrzału.

Płk Fejgin, uwierzywszy, że od losu nie ma ucieczki silił się na eksplikację wydarzeń politycznych. Te jednak przekraczały jego możliwości intelektualne. Teraz dopiero zrozumiał, że nie powinien wierzyć we wszystko, co widział, ani w połowę tego, co słyszał od Bieruta i Bermana oraz innych krzewicieli nauki leninowsko-stalinowskiej.

Wieczorem, w domu, po kryjomu przed żoną, mógł posłuchać w radiu szyderczego głosu Światły. Wówczas płakał. Płakał z bezsilnej złości. Zdarzało się że miał ochotę kopnąć radioodbiornik. Ale zwyciężał pragmatyzm. Więc pułkownik, doszedłszy do wniosku, że radia szkoda, kopał jedynie szafę.

Były dyrektor Departamentu X MBP, siedząc na ławie oskarżonych próbował ratować własny tyłek

Odwoływania się Fejgina do przyjaźni z B. Bierutem ksywa „Tomasz” i J. Bermanem ksywa „Jakub” nic nie dały. Oskarżony czuł się jak szmata. W czasie procesu zarówno Bierut jak i Berman sypali piasek w tryby jego obrony. Blizny po takim postępowaniu najważniejszych towarzyszy partyjnych Fejgin nosił do końca życia, ale się z nimi nie afiszował.

Dopiero w czasie procesu zrozumiał, że popełnił błąd traktując Bieruta i Bermana jak cesarzy rzymskich. Dobitnie przekonał się, że najgrubsze ryby pływają najgłębiej i są trudne do złowienia. W sieci wpada co najwyżej średni sort. A że myśli, nawet zatwardziałego komunisty w kajdany okuć nie dają się, dlatego, już w celi Fejgin przygotowywał na piśmie obronę. Było to oskarżenie wypaczeń systemu twardego stalinizmu. Więc zabrano mu notatki. Pomimo wielokrotnych próśb notatek  nie oddano. Pułkownik podejrzewał o to swoich przyjaciół.

***

Gdy ćwierć wieku później, spacerując z Bermanem po Łazienkach od nieokreślonego punktu X do niejasnego odcinka Y zahaczyłem „Jakuba” o sprawę Fejgina, niegdysiejszy członek BP KC PZPR i druga osoba w kraju, dysponująca ogromnym wpływem  na to, co się działo w służbach specjalnych, mająca jeszcze wiele innych, równie ekstrawaganckim funkcji potrzebnych do współrządzenia państwem, z grzecznością i uprzejmością, o którą go od dawna podejrzewałem dał mi do zrozumienia, że rozmowa ze mną jest poniżej jego godności.

Cóż, dużo osób związanych ze służbami specjalnymi też tak sądziło. Ale w końcu przełamywali się. Berman również. Nie zmienia to faktu, że „Jakub” był wściekle inteligentny. Ja nie bardzo. Nie starczyło mi talentu, aby z rozmówcy wydobyć coś interesującego. Nie udało się to nawet Teresie Torańskiej. Berman naplótł je o tym, o czym i tak wszyscy wiedzieli.

Nic więc dziwnego, że Fejgin, mając do czynienia z takimi przeciwnikami z jakimi miał, przed sądem bronił się chaotycznie. W tej sytuacji jego ostatnie słowo, któremu wyrok na długie lata zasznurował usta brzmiało niczym monolog byka prowadzonego na szafot – wspominał były dyrektor wywiadu płk Witold Sienkiewicz.

„Tomaszowi” z „Jakubem” nie śniło się nawet aby pomagać Fejginowi. Musieli się troszczyć o własne tyłki, pod którymi buzował już ogień podłożony przez Nikitę Chruszczowa. Rządzący Krajem Pieroga i Zalewajki wartko zapomnieli o umizgiwaniu się i wchodzeniu generalissimusowi w tyłek bez mydła.

A jeszcze tak niedawno ulicom, pałacom, szkołom, fabrykom, uczelniom, instytutom, ba całym miastom nadawano imię Wielkiego Językoznawcy. Powodowało to powstanie tysięcy anegdot. Tu tylko jedna. Do milicjanta podchodzi mężczyzna i pyta:

– Panie posterunkowy…

– Nie mówi się panie posterunkowy tylko towarzyszu milicjancie – zwraca uwagę funkcjonariusz.

– Dobrze, towarzyszu milicjancie. Jak dojechać do Katowic?…

– Nie mówi się do Katowic tylko do Stalinogrodu.

– Dobrze, towarzyszu milicjancie, a jak dość do Alei Ujazdowskich?…

– Nie mówi się Alei Ujazdowskich tylko alei Stalina.

– Dobrze, towarzyszy milicjancie, ale czy most na Wołdze jest już przejezdny, bo ja chciałbym na Pragę?

Dziwne, że tak wielu ludzi uwierzyło, że świat sporządniał

Po śmierci Stalina wielu funkcjonariuszy Firmy żyło w sadystycznym oczekiwaniu na zmiany. Wydawało się, że przytrafiła im się groźna umysłowa menopauza. Można by ją nazwać odlotem od rozumu. Nikt nie był w stanie przewidzieć, w jakim kierunku zmiany pójdą.

Tajny referat nowego władcy Imperium – Chruszczowa był jak syk dżina uciekającego z flaszki. Rozsiewał trujący jad na wyznawców Wielkiego Językoznawcy. Tłumy ludzi łykały niczym różowy pelikan ryby wszystko to, co powiedział Chruszczow. Był to swoisty majstersztyk propagandowy. Aby wystraszyć rasę ludzką trzeba pozwolić, by zaczęła działać wyobraźnia. Trzeba ją wyzwolić. To podstawowa zasada roboty operacyjnej i propagandowej. Świeży władca Imperium wypuścił dżina z butelki nie po to, aby zmienić system władzy, ale po to, aby system umocnić.

***

Miliony osób na całym świecie, w tym takie tuzy, jak Jerzy Giedroyc, ksywa „ Książe” oraz „Redaktor” i Jan Nowak-Jeziorański, dały się uwieść nowej retoryce sowieckiej.  Obie postaci miały zasługi. Podkreślało to ogólne wrażenie ich pogody ducha i kompetencji. Wiele osób sądziło, że można im powierzyć  obowiązki wymagające najwyższej odpowiedzialności, ale i zawierzyć ich słowu. Obaj intelektualiści marzyli o wiecznym pokoju w Europie na zasadach Kanta. Tymczasem po wojnie mieli Hobbesowską „wojnę wszystkich ze wszystkimi”. Śmierć Stalina dawała szansę na zmianę. Giedroyc i Nowak, zawierzając Chruszczowowi i Gomułce chcieli wesprzeć zmiany w Imperium i Polsce.

Być może redaktorzy antycypowali, że N. Chruszczow, sekretarz generalny KC KPZR (gensek) zakończy epokę w dziejach świata, która zaczęła się od zbudowania muru chińskiego czy muru Hadriana, szła przez linię Maginota, Zygfryda, wał atlantycki czy pomorski.

Tymczasem to guzik prawda. Wielkie rzeczy dzieją się z szybkością światła. Nie minęło pięć lat i świat w 1961 r., realizując rozkaz genseka, zafundował sobie budowę muru berlińskiego, pozornie zakończoną w 1989 r. jego rozpadem. Następna dekada była bez mała spokojna, okraszona jedynie lokalnymi wojnami i terroryzmem.

Ogień jednak cały czas buzował

Tak doszło do wydarzeń z 11 września 2001 r. , które piętnaście lat później zapoczątkowały wznoszenie innych murów. Tym razem w wielu państwach. W niebyt poszedł wniosek zgłoszony ponad dwieście lat temu przez Immanuela Kanta o pełnym obywatelskiego zjednoczenia gatunku ludzkiego (vollkommene burgerliche Vereinigung in der Menschengattung) czego dalekim od doskonałości jest Unia Europejska, której szlak biegnie od kryzysu do kryzysu.

Wszystko wskazuje jednak na to, że Europa już od dawno jest trupem. Unia usiłuje go tylko reanimować. Europa już sto lat temu popełniła samobójstwo. Agonia zaczęła się w momencie wybuchu pierwszej wojny światowej. Wtedy to dwa najbardziej cywilizowane narody, francuski i niemiecki zafundowały sobie bezsensowną rzeź. Sygnalizowali to wystarczająco wcześnie Freud i Tomasz Mann.

A w Kraju Pieroga i Zalewajki? W drugiej połowie lat czterdziestych rzeź opozycji uznano za zwykłe posunięcie administracyjne. Przez cały Peerel aktywiści partyjni mówili: Trzydzieści tysięcy? To i tak mało! Porównajcie to z innymi rzeziami. Przecież w czasie drugiej wojny Niemcy, w czasie tygodnia potrafili zaszlachtować więcej Żydów niż my zdołaliśmy zlikwidować wrogów przez całą pierwszą dekadę. Trudno. Spróbujmy polubić taką historię, jaką mamy.

Propagandyści gardłowali, że nasz naród wzbogacił się o: trzydzieści tysięcy poległych wrogów i kilku zdrajców, których udało mam się podporządkować. Miło było z propagandystami podyskutować. Mówili z finezyjnym udawanym znawstwem  o wszystkim. Również o wpływie przyciągania księżyca na rozwój dorożkarstwa w Polsce Ludowej. Życie bez takich rozmów cóż byłoby warte?

Dzisiejsza wędrówka ludów z Afryki i Bliskiego Wchodu do Europy jest już tylko kancerowaniem zwłok, które przypominają mumie zgromadzone w muzeum kairskim. I tylko patrzeć jak prozelityzm chrześcijański zostanie wyparty islamskim. Bo – jak uznał ajatollah Chomeini – islam będzie polityką albo nie będzie go wcale.

***

Ha, być może Nowakowi nie warto nadmiernie dziwić się. To propagandysta najwyższej klasy, znający kulisy manipulacji. Mógł więc uznać, że potrafi odróżnić każdy blef sowiecki, każdą manipulację i potrafi ją zdemaskować w RWE.

Ale Giedroyciowi dziwić się należało. Był to facet składający się z samej logiki i kasandrycznej umiejętności przewidywania pociągnięć kremlowskich kłamców. Był to człowiek posiadający zdumiewającą ostrość widzenia padołu ziemskiego w całej jego złożoności. Tak, było to duży redaktor. Inteligentny okrutnie. A duży redaktor, w dodatku inteligentny, to wielka rzadkość. Dziś takich redaktorów już nie ma. Gdyby było pod dostatkiem takich ludzi jak „Redaktor”, świat były miejscem, w którym można by żyć bezpiecznie, a zarazem miejscem dość ciekawym, aby żyć w nim było warto.

***

Przy pobieżnym oglądzie Nikita Chruszczow jawił się ludziom jako polityk mający jakąś wrodzoną przyzwoitość i swobodną, niewymuszoną uprzejmość. Ale wystarczyło zajrzeć do jego życiorysu. Zorientować się kto współodpowiada za głód na Ukrainie, aby dostrzec  prawdziwe oblicze aparatczyka. Uwierzenie takiej postaci było naiwnością. Ale cóż, nawet najlepszy koń może się potknąć, najlepszy pływach może utonąć, a Giedroyc uwierzyć genialnie skrojonej bujdzie.

Tak, Giedroyć być może tylko na moment zapomniał, że nie ma człowieka, który by czegoś nie ukrywał.

Przez mgnienie oka wydawało się, że kruszą się filary komunistycznej wiary

Dla niektórych oficerów MBP było jasne, że mała rewolucję Firmy przyspieszyła dezercja Światły. Natomiast A. Fejginowi ucieczka zastępcy przetrąciła kręgosłup. Uczyniła go niepełnosprawnym. Były potężny dyrektor Departamentu X MBP upadł niczym inwalida ze swego wózka i na dobrą sprawę nigdy się już nie pozbierał.

– Byłem zdruzgotany. Zniechęcony. Cały obolały. Pogruchotany przez pospolitość towarzyszy, którym wierzyłem – wspomina Fejgin. – Przy mnie człowiek poddany przymusowi fizycznemu prze pułkownika Duszę  wyglądałby jak kwietny pyłek.

– Wśród funkcjonariuszy zauroczonych stalinizmem – wtóruje mu po cichu Zenon Witrowy, były prokurator, będący z oficerami tajnych służb za pan brat – nie wszyscy wiedzieli, że wśród komunistów są mordercy sprytni, tacy jak Światło i oficerowie – zbóje, przeznaczeni na ofiary, tacy jak Fejgin. Pierwszy był reprezentantem komunizmu enkawudowskiego. Drugi kominternowskiego. Anatol samootumaniał się z kretesem. Uważał się za lepszego od innych.

Obie wersje były mordercze, aczkolwiek odmiana kominternowska mordowała subtelniej. Światło, który był typem a la Kuklinowski, ale równocześnie recydywistą, zorientował się o klęsce stalinizmu wystarczająco wcześnie. Uciekł i uratował skórę.

Po śmierci Stalina Światło od razu dostrzegł, że stalinowski „Titanic” tonie. Fejgin jeszcze przez kilka miesięcy słyszał tylko orkiestrę. Pułkownik, patrząc na mnie wzrokiem błyszczącym inteligencją przekonywał:

– Zdawałem sobie sprawę z możliwości zapłacenia za uczynki w stosunku do towarzyszy partyjnych. W tym Gomułce. Miałem możliwości ucieczki na Zachód. Proponowali mi to Amerykanie. Nie chciałem. Odrzuciłem ofertę wyprowadzenia. Czułbym się jak szczur uciekający z tonącego okrętu. Ale nie przewidywałem jednego. W głowieni się nie mieściło, że zdradzą mnie Bierut z Bermanem. Zawsze traktowałem ich z czułością i szacunkiem. Nienawidząc Stalina wykonywałem ich polecenia. Wierzyłem w nich jak w Boga

Myślę, że Fejgi trochę przesadził w swojej roli mędrca ubeckiego na emeryturze. Weterana tajnych służb. Może to już była kawiarniana strategia. Ale nie mogę wykluczyć, że naprawdę tak myślał..

***

  1. Bierut, który po objęciu rządów w Peerelu z marszu odebrał ludziom chęć do śmiechu. Potem odebrał uśmiech. Potem nadzieję. Na końcu, na początku lat pięćdziesiątych, po osiągnięciu przez Polskę apogeum degrengolady, zostawił społeczeństwu melancholię i smutek. 12 marca 1956 r. spłonął na Kremlu zabity chruszczowskim ogniem. Zgorzał na chorobę zwaną przez wtajemniczonych „przyjaciółką starych działaczy partyjnych”, czyli na epidemię zapalenia płuc. I nic nie szkodzi, że zapalenie płuc nie jest zaraźliwe. W komunizmie nawet epidemie nie chodziły utartymi ścieżkami.

Również część lewicowych intelektualistów, składających się z marksistów w stanie śmierci klinicznej, szczególnie od momentu, w którym bohaterskie oddziały Armii Radzieckiej w 1956 r. dały pokaz Węgrom, co potrafią, coraz częściej dochodziło do wniosku, że stalinowsko-leninowska ideologia jest passe, bo nie mają logicznego sensu i przechodziły na pozycje rewizjonistyczne.

Ale nie da się ukryć – każda ideologia jest formą religii polegającej na oddawaniu czci szakalom przez osły.

Od tego czasu w Polsce było już tylko lepiej

Bermanowi, działaczowi partyjnemu o wybitnej osobowości, który tak, jak inni przywódcy komunistyczni żywił bardzo mało sympatii do ludzkiej rasy, ogień chruszczowowski, aczkolwiek zbawienny dla Polski, nie zaszkodził tak bardzo jak innym. Najwięcej ucierpieli Romkowski, Fejgin i Różański.

  1. Berman odznaczał się, stosownie do zajmowanej funkcji, wytwornym wyglądem, świetnymi manierami i ponadprzeciętnym zasobem informacji. A jest to cnota, której nie należy lekceważyć. Obyczajom Bermana trudno było coś zarzucić, no, może oprócz wyznawania idei zbrodniczego stalinizmu. No, może jeszcze to, że pomysły B. Bieruta dokraszał własnymi konceptami i opromieniał wdziękiem, też własnym.

Jego żardki charakter prawdopodobnie pozwolił mu wyjść zwycięsko z tarapatów w jakich znalazł się po śmierci Bieruta. Nie powinno to nikogo dziwić. J. Berman był o niebo inteligentniejszy od prezydenta PRL  Tak, Berman był za cwany by ponieść całkowitą klęskę, lub stracić życie jak prezydent. Wierząc, że lis, w zależności od pory roku, tylko sierść zmienia a nie obyczaje, pozostał chyba do końca życia wierny wiecznie żywym ideą Lenina. Umarł tak jak żył w ostatnich latach, dyskretnie, ale stanowczo. Zmarł we własnym łóżku 10 kwietnia 1984 r.

***

Spotykałem go niekiedy w Łazienkach. Był już pogodzony z losem i z Fejginem. Kilka razy nawet rozmawialiśmy w trójkę  jak czekiści. Gdy tylko usiłowałem zwekslować rozmowę na tematy tajnych służb „Jakub”, spoglądając na mnie wzrokiem błyszczącym inteligencją, odwracał się na pięcie i odchodził bez słowa.

W czasie takiego łazienkowego gaworzenia Fejgin zazwyczaj milczał. A milczenie, szczególnie takich osób jak pułkownik, potrafi kłamać lepiej niż słowa. Fejgin nigdy też nie dał się namówić na komentarz do tez wypowiedzianych przez Bermana. Prychał za to chętnie na wypowiedzi Światły zawarte w książce Błażyńskiego.

Pamiętam też, że Fejgin, komentując fakt posadzenia go na ławie dla oskarżonych w kontekście zachowania Bermana, użalając się na antysemityzm. Kilkakrotnie zwracał mi uwagę, że jego aresztowanie i wyrok miało uspokoić opinię publiczną domagającą się generalnych rozliczeń systemu.

– Widzicie, towarzyszu pułkowniku, z moim aresztowaniem to było… To mógłbym skomentować przytaczając przysłowie łacińskie Pars pro toto (część zamiast całości). W moim przypadku wyglądało by to tak: Parch (Żyd – H.P.) pro toto.  Żyd zamiast całości – podkreślał Fejgin.

Tłumaczenie Fejgina, martwego od lat niczym Atlantyda, przypominało harce uda martwej żaby pod wpływek impulsu elektrycznego. Ale biorąc to łacińskie przysłowie za lejtmotyw książki nie opisuję wszystkiego co wiem. Nie bywałem ma salonach warszawki i nie powtarzam plotek. Wszak istnieje coś takiego, co Niemcy nazywają Salonblodsinn, czyli salonową głupotą. Nie sięgam do najdrobniejszych szczegółów. By poznać smak wina nie musimy wypić całej beczki. Wystarczy kilka flaszek.

Aby poznać smak służb specjalnych wystarczy przedstawić część procesów rządzącym służbami. Opisać kilka przykładów kombinacji i gier operacyjnych. Silenie się na opisywanie wszystkiego, co dotyczy tajnych służb jest bez sensu. Całość, z logicznego punktu widzenia i tak jest nie do ogarnięcia, a człowiek, który chciałby to osiągnąć łatwo mógłby popaść w schizofrenię.

Przyglądając się tajnym służbom, można ekstrapolować i antycypować. Można domniemywać i spekulować. A i tak wyjść na durnia. Można też dojść do wniosku, że używanie logiki lub tylko znanych schematów do roztrząsania problemów, na przykład związanych ze Światłą (ale również z innymi oficerami służb specjalnych, którzy zazwyczaj są pesymistami sądzącymi, iż wszyscy są takimi samymi draniami, jak oni i dlatego nienawidzą bliźnich) jest równie bezsensowne, jak próba czerpania wody durszlakiem.

Węsząc

W latach osiemdziesiątych tropiąc tematy związane z resortami siłowymi, coraz częściej czułem się niczym Aladyn. Chodziłem z kagankiem. Zapalałem świece, ale i tak widziałem tylko: Ciemno, prawie noc, mimo że była to cała Polska, a nie jedynie Wałbrzych.

Nie zdołałem oświetlić niczego, co nie byłoby znane publicznie lub chociażby pewnym ludziom. Przeczuwając, że czas ucieka, wieczność niekoniecznie czeka, a jak czeka, to nie wiadomo, co się za nią kryje, musiałem coś zrobić. Dlatego usiłowałem sklecić z dostępnych materiałów książkę non fiction. Jednak z każdej strony, w każdym akapicie wyzierała fiction.

I było tak, że ja, kpiarz, paszkwilant i cynik, podniecony jak dziewica na wiosnę, wyglądający jak krzak gorejący zza którego wychynął niegdyś Chrystus, byłem po prostu zbyt głupi, aby zrozumieć, co było/ Co jest? I co będzie. Byłem znacznie głupszy niż ci, którzy dopadłszy jakiś dokument, nawet fałszywy, od razu wszystko zrozumieli.

W takim stanie dopadła mnie „Dobra Zmiana”. I wszystko stało się jasne.

 

PS

Następny blog za tydzień: Kilka refleksji na 35 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego”.

ROZWAŻANIA NAD USTAWĄ ANTYTERORYSTYCZNĄ

Ustawa antyterrorystyczna daje wszelkim służbom specjalnym nieograniczone możliwości werbowania agentury, a tym samym pełnej kontroli czynów i myśli społeczeństwa. W 1990 r. myślałem, że wraz z rozwiązaniem bezpieki jest to już przeszłość. Napisałem wówczas w Tajnej historii Polski tekst zatytułowany AGENT NA AGENCIE NA AGENCIE AGENT. A NA TYM AGENCIE.

JESZCZE JEDEN AGENT. Było to wymyślone od „A” d „Z”. Przedstawiłem jak to mogło wyglądać i, w postscriptum jak w rzeczywistości sprawa wyglądała.

Czy dziś chciałbym coś do niego dodać. Tylko tyle, że w świetle ustawy cała sprawa wygląda jeszcze ciekawiej niż w Peerelu. Oto ten tekst:

Generał Czesław Kiszczak po objęciu stanowiska ministra spraw wewnętrznych wydał zarządzenie, aby dotychczasowe zadania, wykonywane przez Służbę Bezpieczeństwa w pasie granicznym, przejął zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza. Zachowując obowiązującą stylistykę, napisałem wtedy sprawozdanie z fikcyjnej podróży dziennikarskiej nad granicę państwa.

Wioska B. ma korzystne usytuowanie geopolityczne. Od południowego wschodu graniczy z Czechosłowacją, od południowego zachodu z Niemiecką Republiką Demokratyczną, a pozostała rubież ma jeszcze solidniejsze oparcie w tajnej bazie rakietowej Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej – ostoi światowego pokoju.

Sioło liczy cztery zagrody zamieszkałe przez osiem dorosłych osób i siedemnaścioro dzieci. Są wśród nich cztery kobiety i tyleż mężczyzn oraz dziesięciu chłopców i siedem dziewczynek (w tym pięć nad wyraz rozwiniętych czternastolatek).

Mężczyźni – to rezydenci wywiadów tworzący społeczny kolektyw rezydencki miejscowości B., zakonspirowany jako „Specjalnego Znaczenia Komitet Przeciwalkoholowy”, czuwający, aby nikt niepowołany nie dał żeru wrogom Polski Ludowej – syjonistycznym imperialistom prowadzącym aneksjonistyczną politykę za pomocą dobrze nam znanych metod.

Kobiety są agentkami zakamuflowanymi pod kryptonimem „Tajne Koło Gospodyń Wiejskich”, dzieci zaś, wykonujące na co dzień czarną robotę Tajnych Współpracowników, figurują w kartotekach służb specjalnych jako „Poufny Młodzieżowy Klub Krzywej Elipsy imienia Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego”.

Sołtys jest rezydentem Urzędu Bezpieczeństwa. Zastępca sołtysa pilnuje interesów bezpieki i Informacji Wojska Polskiego. Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej obsługuje Urząd Bezpieczeństwa, Informację i Wojska Ochrony Pogranicza. A jedyny bezpartyjny mieszkaniec miejscowości B., zwany dla kamuflażu Bezpartyjną Swołoczą, trudzi się dla bezpieki, Informacji, WOP-u i Milicji Obywatelskiej. Przychodzi mu to bez trudu, albowiem od urodzenia jest ślepy i głuchy, zaś przebywając w czasie drugiej wojny światowej w Związku Radzieckim przestał również mówić. Ponadto, wypełniając internacjonalistyczny obowiązek, dobrowolnie pozbył się lewej nogi, prawej ręki, dwóch palców u lewej ręki, prawej półkuli mózgowej, lewego płuca i trzeciej nerki, przeznaczając te walory dla żołnierzy Armii Radzieckiej dających bohaterski odpór buńczucznym ekstremistom afgańskim. Arabom walczącym z ekspansjonistyczną prowokacyjną soldateską izraelską podarował ślepe oko, pół wątroby i spory kawałek jelita grubego. Wietnamczyków wspiera datkami, a Kubę dobrym słowem.

Niepełnosprawny bezpartyjniak, nie mogąc się udzielać w pracach gospodarskich, cały czas poświęca dla dobra tajnych służb. Codziennie, od świtu do późnych godzin nocnych, z jego pokoju rozbłyska naftowy kaganek profilaktycznej oświaty służb specjalnych i dolatuje klangor maszyny do pisania. To bezpartyjny towarzysz wystukuje dwoma palcami relacje z tajnego frontu, a trzecim, w języku migowym, gdyż prawdziwy Polak potrafi, wydaje żonie polecenia wywiadowcze. W godzinach przedświtowych Bezpartyjna Swołocz twórczo transponuje na chłopski grunt przewodnią myśl marksistowsko-leninowską dbając, aby różne mydłki polityczne i chuligani syjonistyczni – politykierzy z tytułami naukowymi, nosiciele rewizjonizmu i bankruci polityczni – dojczgewandy, szlajfery, baumany czy brusy nie opluskwiali socjalizmu i Polski. Silna mądrością wszystkich Polaków Swołocz, bezkompromisowo niszcząc watahy brudasów z radia Freies Europa, codziennie wyrywa antysocjalistyczne żądło kołakowszczyźnie i szaffizmowi oraz innym gnojkom politycznym.

Żona Bezpartyjnej Swołoczy jest agentką podwójną, towarzyszka sekretarzowa – potrójną, a sołtysowa i wicesołtysowa – wielopiętrowymi.

Podstawowe problemy wywiadowczo – kontrwywiadowcze rozwiązuje kolektyw rezydencki zobligowany do bezpośredniego kierowania siatkami agenturalnymi. Członkowie kolektywu, bez przerwy, kosztem ogromnych wyrzeczeń, z czystej miłości do Ojczyzny, Pana Prezydenta i Ministra Spraw Wewnętrznych pracowicie odbywają tajne tete a tete z agentkami, i jeszcze tajniejsze spotkania kontrolne z Tajnymi Współpracownicami, mając najwięcej roboty z tymi nad wyraz wyrośniętymi.

Wyciągnąwszy właściwe wnioski z doświadczeń historycznych, wyrugowano w pierwszym rzędzie wyuzdany, zwyrodniały rewizjonizm, wypleniono z korzeniami fajerwerkowatą, niemiecko – żydowską reakcyjną działalność Lwa Dawidowicza Bronsteina, czyli fałszywego towarzysza Trockiego, co pozwoliło miejscowość B. o kilka wiorst zdystansować konkurentów współzawodniczących o Puchar Szefa Urzędu Rady Ministrów dlaNajlepszego Sioła w Donoszeniu.

Niestety, chlubne, patriotyczne działania mieszkańców mogą się niedługo skończyć. Tak, jak skończyły się pomysły na kolejne donosy pisane trzy razy dziennie, plus sprawozdania tygodniowe, plus zestawienia miesięczne, plus analizy kwartalne, plus opracowania roczne.

W miejscowości B. doszło do tego, że obecnie, nikt już nie może wymyślić niczego nowego na sąsiadów, aby sporządzić kolejny meldunek dla Centrali.

W tej beznadziejnej sytuacji na wysokości zadania stanął (dodajmy od siebie, że nie po raz pierwszy) szef szefów, czyli sołtys towarzysz Gromosław Wachadłowski, rozkazując pisać donosy na samych siebie. Zagrożona reputacja miejscowości B. została uratowana.

W 1989 r. życie dopisało puentę

Przeglądając przeznaczone do zniszczenia materiały z Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych ze Szczecina natknąłem się na sprawozdanie operacyjne, z którego wynikało, że w nadgranicznej wiosce R. na osiemnastu mieszkańców (w tym dziewięcioro dzieci), trzy osoby współpracowały z Urzędem Bezpieczeństwa, dwie z Informacją, jedna z Milicją Obywatelską, jedna ze Strażą Ochrony Kolei, jedna ze Strażą Portową, a wszystkie ze zwiadem Wojsk Ochrony Pogranicza.

Ponadto wioskę często odwiedzali „towarzysze radzieccy ze Świnoujścia, Szczecina i Chojny”.

WAŁĘSA JESZCZE RAZ

Poprzedni wpis „Wałęsa i…” wywołał Kika uwag czytelników. Zarzucono mi niekompatybilność z aktualną sytuacją, szczególnie z tym, co się dzieje wokół niegdysiejszego prezydenta. Uzupełniam więc  tekst  o to, co wiem w tej sprawie (z niewielkimi opustkami). Pamiętam jednak, że pamięć  łączy się ze stratą szczegółów.

Puszka z Pandorą Paganiniego manipulacji czyli „CzeKiszczaka”

Notowałem na laptopie wypowiedzi przyjaciół szukających argumentów na obronę spiskowej teorii dziejów. Wiem, że być intelektualistą w Polsce to pleść bezkarnie głupstwa przed kamerami w porze największej oglądalności.

W latach sześćdziesiątych poznałem kilku wielkich oficerów MBP, ale się z nimi na jego temat nie naradzałem. Wiele z tych postaci jest do dziś przekonanych, że w pierwszej dekadzie Peerelu, aby żyć, musieli wszystko robić porządnie, a zwłaszcza zabijać. Morderstwa wymagały od nich niemałej dozy determinacji i zręczności.

Kto tego nie potrafił, tracił posadę w Firmie. Każdy oficer musiał zbrojnie wyrąbać swoje miejsce. Moi znajomi z bezpieki to beznadziejne przypadki. Głęboko i głupio wierzyli, że zabijanie w czasie zdobywania i utrwalania władzy ludowej było dziejową koniecznością. Mieli szczęście. Nigdy nie zapłacili za to, co zrobili. Widać, że jeżeli się ma szczęście, to i głupota nie zaszkodzi.

Tłumaczyli, że musieli być twardzi. Z tego przekonania trudno ich wyleczyć. To przekonanie siedzi w nich do dziś. Jest nieuleczalne. Modelowym przykładem takiego myślenia był inteligentny jak zapalarka do gazu „CzeKiszczak”. To nie był bynajmniej substytut miłości i empatii. To był swoisty Paganini sztuki manipulacji. To generał wierzący, że nie ma w sobie nic do zarzucenia. To ogromne stężenie pychy, cwaniactwa i arogancji. To facet nie pamiętający nic z tego, co robił w przeszłości w szczególności nie pamiętający co mówił o Wałęsie i w jaki sposób nakazywał walczyć z nim.

***

Pułkownik Podpora, który miał wszystko to, co jest niezbędne oficerowi operacyjnemu w UB i MSW. W dodatku miał stopień doktora, a jako naczelnik Wydziału Niemieckiego w departamencie kontrwywiadu wiedział wszystko o wywiadzie niemieckim (BND). Wiedział nawet to, o czym nie wiedzieli nawet oficerowie BND, a mianowicie, że RFN chce nam odebrać nasze Ziemie Odzyskane. Doktor nauk okołoemeswowskich był facetem, z którym bezpieczniej było iść na piwo a nie prowadzić wojnę, bo Podpora dysponował właściwą orientacją polityczną popartą alkoholicznie, po której nigdy nie miał kaca i który po wypiciu szklaneczki, a najlepiej dwóch, opowiadał, że w przededniu stanu wojennego, w czasie odprawy z kierownictwem resortu Kiszczak pouczał zebranych mniej więcej tymi słowami:

– Wałęsa?! To jest puszka z Pandorą. Otworzycie wieko i wyskoczy dziesięć mniejszych puszek. A w każdej będą mniejsze Pandorki – Geremek, Modzelewski, Kuroń, Michnik, Borusewicz itp. Otworzycie którąś z mniejszych Pandorek i zaraz wychyną Bujak, Frasyniuk, Rulewski, Pinior, Gwiazda, Jurczyk, Celiński etc. A każdy z nich wywlecze dziesięć, sto tysięcy ludzi. To groźna sytuacja. Musi być przełamana. Metody polityczne zawiodły, tak samo jak i operacyjne. Musimy zniszczyć puszkę z Pandorą. Bądźcie gotowi!

Nie wiem, czy Podpora nie ubarwił relacji. Uważał ministra za egocentrycznego durnia i politycznego manipulatora faktami. Wedle doktora generał nie był ani mądry, ani pewny siebie, oni kompetentny, ani wyposażony w inne cechy potrzebne na jego stanowisku. Podpora nie czuł sympatii do Kiszczaka. Miał swoje powody, aby mu nie życzyć dobrze. Słowa ministra o „Pandorkach” podobno podgrzały atmosferę. Oficerowie oliwili pistolety. Niektórzy pobierali z magazynów kałasznikowy i kajdanki.

Między ministrem i jego pierwszym zastępcą nie było miłości

A W. Pożoga? On, niczym dobry Atlas dźwigał na swoich barkach cały ciężar gier i kombinacji operacyjnych, niektórych wyjątkowo paskudnych. Wiedząc, że całość materiałów dotyczących gier wywiadów z lat osiemdziesiątych była do 1989 r. na kilku dyskach komputerowych, w czasie jednej z ostatnich rozmów z byłym szefem Służby Wywiadu i Kontrwywiadu (jesień 2014 r.) opowiedziałem mu o niegdysiejszej rozmowie z jego podwładnym i spytałem dlaczego na liście Podpory nie ma Lecha i Jarosława Kaczyńskich? Chciałem też wiedzieć gdzie są dyski, skoro nie ma ich w IPN? I dodałem, że bez zawartych na tych nośnikach dokumentów niemożliwe wydaje się wyjaśnienia wszystkich niuansów związanych z transformacją ustrojową.

Generał przyznał mi rację. Na moment zamilkł. Chwilę chodził po pomieszczeniu. Być może myślał co  odpowiedzieć. Było bezgłośnie. Słychać było tylko kroki na wykładzinie. Po minucie wymienił dwa nazwiska:

– Jaruzelski i Kiszczak. Ale raczej Kiszczak. Jednak głowy za to nie dam. Nie było mnie już wówczas na Rakowieckiej. Byłem ambasadorem w Bułgarii. Ci generałowie byli najwybitniejszymi prywatyrazatorami archiwaliów końca Peerelu. Oni mogli mieć każdy dokument. Wziąć go bez kwitowania, nielegalnie. Taki był zwyczaj. Dobrze pan o tym wie. Przecież pan sam, panie Henryku, w swoich książkach publikował dokumenty z prywatnego zbioru Jaruzelskiego.

– Pan także mógł mieć wszystko?! A także pana następca. A Pan? Też pan, generale, coś zachomikował?

– O swoim następcy i jego postępowaniu z dokumentami nic nie wiem. Generała Dankowskiego uważałem za zausznika Kiszczaka i nie fraternizowałem się z nim A ja? Ja też coś z dokumentów miałem w domu. Niewiele. Ale żona się bała. Kazała spalić. I ja spaliłem. Dokumenty, które pan otrzymywał ode mnie w latach osiemdziesiątych były odtajniane na mocy rozkazu ministra. Dałem to przecież panu na piśmie. Miałem trochę prywatnych notatek dotyczących wydarzeń grudnia 1970 r. na Wybrzeżu, gdy byłem w Gdańsku zastępcą komendanta wojewódzkiego MO ds. bezpieczeństwa, które także panu przekazałem. Powinien pan również pamiętać, że pisząc książkę Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie chcieliśmy opowiedzieć ciekawą historyjkę wywiadowczą związaną z L. Wałęsą, ale brakowało dokumentacji. Molestowaliśmy nawet gen. Henryka Jasika, aby odtajnił niektóre sprawy (chodziło o meldunki operacyjne – przyp. H.P.). Generał nie mógł, albo nie chciał tego zrobić. A może tych dokumentów już nie było w MSW? No i książka obyła się bez tego wątku.

– A KGB? Oni mogli mieć coś z zasobów Biura „C”? Mogli dysponować dyskami komputerowymi, o których wspomniałem?

– Do momentu, gdy rezydentem KGB w Warszawie był gen. W. Pawłow, Rosjanie mieli od nas wszystko to, co chcieli. Mam tu na myśli MSW i MON. Mówił mi o tym także gen. Buła, bo go pytałem jak te sprawy wyglądają w jego służbie. Co i ile czego dokładnie brali od nas, tego nie wiem. Ale dużo materiałów brali. Pamięć jest zawodna. Ja nie byłem dysponentem Biura „C”. Pamiętam jednak, że na początku lat osiemdziesiątych Pawłow zażądał wszystkich materiałów dotyczących Karola Wojtyły, głównie ze SB i mojej służby. Coś na temat Wałęsy i innych opozycjonistów też szło do Moskwy. Ale szczegółów nie potrafię podać. O takich sprawach decydował minister. Z chwilą objęcia funkcji genseka przez Gorbaczowa niewiele się zmieniło. Może tylko większą wagę przykładano do nośników elektronicznych. W tej dziedzinie byłem jednak słaby i nie wszystko, nawet we własnej służbie kontrolowałem. Chyba minister był tu lepszy. Mogę jednak powiedzieć, że nadal Rosjanie dawali nam to co chcieli, a my Rosjanom to, co mieliśmy.

– A Kaczyńscy? – przypomniałem generałowi.

– Panie Henryku! Toż to w latach osiemdziesiątych byli B-klasowi opozycjonići. Niech pan policzy w ilu materiałach resortowych i Biura Politycznego KC PZPR przewija się nazwisko Wałęsy. W ilu innych opozycjonistów. A w ilu widnieją nazwiska Kaczyńskich? To są fakty. Nikt ich już nie zmieni. Nie pamiętam aby w najważniejszych dokumentach widniało nazwisko któregoś z braci. Lech Kaczyński był wprawdzie w latach siedemdziesiątych zaangażowany w działalność Wolnych Związków Zawodowych, a w stanie wojennych internowany, ale piętnaście tysięcy innych działaczy także było internowanych. Natomiast o Jarosławie usłyszałem dopiero jak przygotowywaliśmy się do transformacji, gdzieś tak od połowy lat osiemdziesiątych. Nie znaczy to jednak, że oni nie działali. Ale, jeżeli była to działalność opozycyjna, to była na tyle lokalna, że na mój szczebel nie docierała. Jednak począwszy od „Okrągłego Stołu” oni błyskawicznie  doszlusowali do ekstraklasy polityków. Ostro szli w górę. Jeden został prezydentem, a drugi premierem. To był ich osobisty sukces.

– No to jeszcze spytam o Lecha Wałęsę.

– Setki razy pułkownikowi tłumaczyłem, że on dla mnie stanowi tajemnicę. Do dziś nie rozumiem, jak to się stało, że w 1980 r. stanął na czele strajku w stoczni i w krótkim czasie wyrósł na wszechpotężnego trybuna ludowego. Od tego czasu resort prowadził z nim bezwzględną wojnę, którą przegraliśmy. Przecież gdy byłem w Gdańsku… Tak on już wówczas odgrywał jakąś rolę. W 1970 r. rozmawiałem z nim tylko jeden raz. Nic jednak nie znamionowało, że za dziesięć lat da się nam aż tak we znaki. Zresztą mówiliśmy już o tym tyle razy… Gdyby mi wówczas ktoś powiedział, ze odegra on jakąś istotną rolę w historii powiedziałbym, że to wariat.

– A gen. Pawłow był zainteresowany Wałęsą?

– W latach osiemdziesiątych byłoby dziwne, gdyby nie był. No i nie tylko Pawłow. Także inne służby demoludów.  Także Kubańczycy. Mówiłem pułkownikowi o tym…

***

Pożoga był bez wątpienia oportunistą, ale podszyty pewnym dyskretnym nurtem opozycyjności wobec najbrutalniejszych rozkazów Kiszczaka i Jaruzelskiego. Generał nie lubił specjalnie ani jednego, ani drugiego, choć zachowywał się tak, jakby ich lubił, bo zawsze dbał o utrzymywanie dobrych stosunków z przełożonymi. Nie przeszkadzało mu to podejrzewać, że minister musiał mieć coś z natury zwierzęcia. Podobnego zdania na temat „CzeKiszczaka” był również płk M. Wieczorek i płk A. Gotówko.

Kto ma chrapkę na życiorys Lecha Wałęsy?

Cz. Kiszczak, po przekroczeniu dziewięćdziesięciu lat, zdawał sobie sprawę, że nie jest już potrzebny ale, dzięki skradzionym dokumentom z Biura „C”  MSW nadal czuł się groźny. Na co dzień był ponury jak gradowa chmura. Wychodząc z domu przybierał taką minę, że nawet psy czmychały. Jedynie w czasie rozmów z dziennikarzami – pochlebcami był zadowolony z siebie. Opowiadał im bajki. Mówił, że jego receptą na szczęście jest – dobre zdrowie i zła pamięć. W telewizji można było obserwować jak siedzi na daczy wyłożonej drewnianą boazerią, umajoną trofeami myśliwskimi i opowiada dziennikarzom o swoich niebywałych sukcesach.

Od ćwierć wieku starał się wykreślić ze swego mózgu sprawy nieudane, złe, brutalne, nędzne moralnie, paskudne etycznie i estetycznie. Ale, jestem o tym przekonany, te sprawy tkwiły w jego świadomości jak ogromna drzazga z lipowego drzewa w tyłku. Być może gdy zasypiał jawiły mu się przed oczyma bezkompromisowe, pryncypialnie komunistyczne, bezlitosne akcje przeciwko ludziom uznanym za wrogów socjalizmu. Kiszczak był na to zbyt rozumny, by tak nie było.

Generał udanie symulował chorobę. W udawaniu zawsze był dobry i wiele sądów udawało, że mu wierzy. Ale znalazły się także sądy, które nie uwierzyły i wymierzały najłagodniejszy z możliwych wymiar kary. I wówczas wkraczały najmimordy i lekarze. Tak się składa, że leczyliśmy się u tego samego lekarza. Wybitnego kardiologa. Profesora zresztą. Leliśmy na tym samym oddziale kardiologicznym. Mój dawny minister bynajmniej nie zachowywał się jak hipochondryk.

Z chwilą wkraczania adwokatów wszystko zaczynało się od początku. Pozorowana zła pamięć pozwoliła „CzKiszczakowi” zapomnieć o wielu niegodnych czynach i wyłgać się od odpowiedzialności za nie. A zapomnienie, szczególnie w służbach specjalnych jest normą i często stosowaną formą kłamstwa. Ale może to nie było jedynie zapomnienie? Może polisą ubezpieczeniową była prywatyzacja materiałów bezpieki?

Mniej więcej orientowałem się co i na kogo było. Nie było wiele o prezydencie Stanów Zjednoczonych, ale już o jego urzędnikach było całkiem sporo, np. o niedawnym ambasadorze USA w Warszawie i jego kontaktach z opozycją w latach osiemdziesiątych, kiedy ambasador był zaledwie sekretarzem tej placówki amerykańskiej było kilkanaście metrów bieżących dokumentów w samej tylko Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu. Nie muszę chyba dodawać, ze te „kwity” były bardzo łakomym kąskiem dla gen. Pawłowa i jego następcy.

Więc minister przeglądał „kwity” i segregował: to dla Pawłowa, to do Biura „C”, a to do prywatnej kolekcji. Kolekcji składającej się z kradzionych dokumentów. „Czekiszczak” był zapobiegliwym kolekcjonerem. Miał kilka pudeł z dokumentami poupychanych tu i ówdzie.

***

Pudło na pudle /Na pudle pudło / A na tym pudle / Taka wielka, zapobiegliwa… baba. Bo generał miał wielkie oparcie w żonie Marii Teresie. Stała przy nim jak Mur Chiński przy Państwie Środka, jak krasnoludki przy sierotce Marysi, jak warta honorowa przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Pani dr Kiszczakowa chwali męża w mediach i książkach, bo – jak sama mówi – jest poetką i pisarką. Ma takie prawo, a nawet moralny obowiązek. Wprawdzie wierszoklectwo nie czyni z kobiety poetessy, a grafomaństwo pisarza, ale wobec ataków na Czesława Kiszczaka, to dobrego słowa o generale nigdy za wiele.

No i generałowa, kumając z pracy operacyjnej trzy po trze, para piętnaście, kombinując wykombinowała coś wyjątkowego. Ćwierć wieku temu, jako ekonomistka zaćwierkała pierwszy raz. Aby zgeszefcić mundur małżonka wymyśliła „Aukcję prominent”. Mianowała się jej dyrektorem. W ogłoszeniu o aukcji kłamliwie i megalomańsko napisała, że gen. Kiszczak „…w latach 90-tych minister spraw wewnętrznych, wicepremier, premier, który przekazał to stanowisko Tadeuszowi Mazowieckiemu” (mundur nabył Hoover Institution z USA). Nie poprzestała na tym. W lutym 2016 r., mając chyba świadomość, że „moralność archiwum bezpieki” jest przez niektóre osoby wyżej oceniana od moralności czysto ludzkiej, chciała spieniężyć w IPN za 90 tys. złotych skradzione przez „CzeKiszczaka” dokumenty Biura „C” MSW. No powiedźcie sami: miła białogłowa? Prawda? Spieniężyła mundur. Chciała spieniężyć „kwity”… Gdyby minister żył, byłby chyba kontent z takiej połowicy?

Geszeft generałowej się nie udał. Wybuchła afera. Wymierzona ją nie, nie w Kiszczaka, a w Lecha Wałęsę. Po wybuchu hecy z kradzionymi „kwitami” doktor Kiszczakowa zapraszała dziennikarzy i robiąc mnóstwo przyjaznego jazgotu chciała aby jej uwierzono w opowieści nie do uwierzenia.

A Wałęsa? Jest. I niestety tłumaczy się po swojemu. A światowe echa jego tłumaczenia wzmacniają zadziorne, czupurne, zawadiackie, buńczuczne, chełpliwe opowieści. Bo też z Wałęsą jest zawsze to samo. To postać, która mówi zawsze to, co mu w duszy gra i nie obchodzi go to, czy to się komuś podoba czy nie. Mieć mu to za złe to tak, jakby zgłaszać pretensje do jesieni, że czasami leje jak z cebra. Można być uczciwszym, mądrzejszym, inteligentniejszym, potężniejszym lecz bardzo trudno być od Wałęsy, capo di tutti capi, lepszym.

Były przywódca „Solidarności” sądzi, że ktoś chce mu ukraść bohaterski życiorys. Ale nie chce zdradzić kogo ma na myśli. Bo biada temu, o kim „kwity” bezpieki mówią za wiele. Więc na razie Wałęsa pokazuje kserokopie i oryginały dokumentów z szafy dr Marii Teresy Kiszczak, na pewno „kwitów” autentycznych. Ale czy aby prawdziwych? A „kwity” niesfornie ześlizgują się ze stołu jak podróbki fałszywych zegarów Salvadora Dalego.

Jak było? Jak mogło być?

Uf, ktoś bardzo nie lubi Lecha!

Wyobraźcie sobie taką sytuację:

Wyprowadzają Wałęsę przez bramę stoczni.

I Wałęsa idzie. Bo musi. Już w trzecim dniu strajku jest „zgarnięty” przez bezpiekę. W takim wypadku funkcjonariuszom trudno odmówić.

Przed stocznią oczami wyobraźni widzi ciała zastrzelonych kolegów przykrytych workami papierowymi…

Myśli: „O k…!”

Wprowadzają go na komendę milicji. Z poszczególnych pomieszczeń dochodzą krzyki, jęki bitych ludzi…

Myśli: „O k…!

Przypomina sobie: mam żonę, dzieci. Wcześniej oddal Danucie zegarek i obrączkę ze słowami: „sprzedaj, jak nie wrócę”.…

Myśli, że ma duże szanse, aby nie wrócić. Powtarza: „O K…”

Po przesłuchaniu podtykają jakiś świstek i każą podpisać.

Podpisuje.

Potem go molestują.

W końcu, po kilku latach, pokazuje bezpiece gest Kozakiewicza, który jeszcze nie był gestem Kozakiewicza, a po prostu polskim „wałem”. Bezpieka w zamian sugeruje zwolnienie go z pracy. Pozbawiony „anioła stróża”, czuwającego nad Wałęsę kapturowo, zdolny elektryk wylatuje ze stoczni. Kierownictwo chce mieć spokój. A Wałęsa jak to Wałęsa. Usiedzieć nie może. Ciągle mu się coś nie podoba.

***

Tu dygresja. Pisząc Siedem rozmów z generałem… każdorazowo prosiłem Pożogę o materiały ilustrujące przebieg różnych operacji. Jeden z rozdziałów książki, zatytułowany Rozstrzelany grudzień (razem z 6 innymi rozdziałami zatrzymała go cenzura: wydałem go jako oddzielną pozycję dopiero w 1990 r.). Generał dał mi wówczas sporo materiałów dotyczących Wybrzeża, w tym dwa tomy notatek własnych, służących jako podstawowy materiał do opracowywania sześciogodzinnych meldunków KW MO w Gdańsku (podpisanych przez komendanta płk Kolczyńskiego i jego zastępcę płk Pożogę) i słanych w formie szyfrogramów do MSW w Warszawie. Notatki Pożogi były znacznie obszerniejsze niż meldunki i, oprócz analiz i doniesień podwładnych  Pożogi, zawierały niektóre doniesienia agenturalne. Pamiętam, że dwukrotnie albo trzykrotnie przewijało się tam nazwisko Lecha Wałęsy. Był zatrzymany. Przesłuchiwany. Podpisał zobowiązanie do zachowanie tajemnicy. Były też jakieś „kwity” z późniejszych spotkań z figurantem…

Spytałem generała jak mam rozumieć jego notatki? Czy Wałęsa był agentem? Pożoga coś tam kręcił. Nie chciał dać wyraźniej odpowiedzi. W końcu powiedział, że z Wałęsą rozmawiano w taki sposób, w jaki rozmawiano z setkami innych zatrzymanych w czasie rewolty grudniowej, którzy byli zaewidencjonowanych w dokumentach operacyjnych. Generał dodał jeszcze, że w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, po zaangażowaniu się Wałęsy w działalność Wolnych Związków Zawodowych zrezygnowano z „usług” figuranta. Stało się tak ze względu na jego krnąbrność i niechęć do rozmów (dlatego pisząc książkę Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW napisałem m.in.: Wydawało mi się, że Wałęsa, który całe życie, aż do sierpnia 1980 r. , rzucał kamienie z upoważnienia, choć raz chciałby coś zrobić bez pozwolenia. I zrobił, i mówił…).

Cytując siebie majdruję dygresję do dygresji

W Wałęsie i…, na podstawie żalów wypłakanych przez gen. Pożogę w mankiet mojej marynarki i innych przekazów mogłem napisać tak: – Lech Wałęsa dzieli ludzi na niedowiarków, którzy wszystko kwestionują, uważając, że jakakolwiek walka o demokrację to mit; są też sceptycy, których myślenie zmienia się w miarę napływu faktów o rezultatach walki; są ci, którzy ostrzegają – przyjrzeli się faktom i uważają, że są alarmujące; no i w reszcie są płochliwi panikarze, którzy sądzą, że za tydzień nastąpi katastrofa i zamiast ku demokracji zmierzamy wprost do piekła, a więc on, słusznie uważający się za więźnia swego intelektu i nieprawdopodobnego instynktu przywódczego, pogardza takimi indywiduami, pogardza głupszymi od siebie, a za takich uważa, niezupełnie niesłusznie – większość otaczających go bliźnich; od 1970 r., już jako figurant “Bolek”, pseudonim nadany mu przez oficerów (podobno – przyp. H.P.) bez jego wiedzy i zgody, który jego wrogowie biorą jako dowód agenturalnej działalności, miał ze strony  Służby Bezpieczeństwa solidną obstawę, zajmowali się nim m.in. kpt. Edward Graczyk, kpt. Henryk Rapaczyński i kpt. Zenon Ratkiewicz; co prawda  zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Gdańsku, ówczesny pułkownik Władysław Pożoga  twierdzi, że to nie był pierwszy skład jego drużyny, ani nawet nie był to pierwszy skład Wydziału III KW MO, a dwóch pierwszych funkcjonariuszy to były posiłki  importowe z Olsztyna, w dodatku ten pierwszy monstrualnie obłudny i dość zaawansowany alkoholicznie,  bo bezpieka Trójmiasta nie mogła sobie poradzić z zatrzymanymi i wytypowanymi do werbunku buntownikami, więc wspólnie z komendantem pułkownikiem Romanem Kolczyńskim poprosili ministra o wzmocnienie i dostali je, dostali takich beneluksów, słabych na rozumie fidrygałów – twierdził Pożoga no bo który szef wyśle na takie wygnanie najlepszych ludzi? wysłani nie należeli do  najlepszych, nie traktowali roboty operacyjnej najlepiej jak potrafili, a potrafili nie tak wiele, przecież w tym czasie Olsztyn był głęboką  prowincją w porównaniu z Gdańskiem, oficerowie szli do Olsztyna na zsyłkę, a nie po naukę, poza tym Trójmiasto miało zbyt wiele pokus, aby pracę operacyjną importowcy brali na poważnie, zamiast na akcje werbunkowe woleli wkręcać się do zwiadowców Wojsk Ochrony Pogranicza i iść razem z nimi odprawiać statki bandery kapitalistycznej, była to robota czysta i przyjemna, bo zamiast z brzydkimi robolami miało się do czynienia przeważnie z inteligentnym kapitanem, zamiast klitki pokoju służbowego, bez żadnych wygód i luksusów, bo jakim luksusem mogła być flaszka najtańszej wódki zachomikowanej pod stertą szpargałów, kupiona zresztą za własną  pensję, pozwalająca wpuścić sobie nieco światła w zaambarasowaną duszę?, o nie, z imperialistycznym kapitanem rozmawiało się w wytwornej mesie z barkiem tak zaopatrzonym, że mógłby skusić nawet przewodniczącego Ogólnopolskiego Komitetu Przeciwalkoholowego, więc po powrocie z takiej odprawy, zamiast nudy przesłuchania, które  w dodatku trzeba było protokółować i trudu przekonywania, aby  figurant – kretyn raczył podpisać to, co  mu inteligentny oficer operacyjny naplótł w protokole i w ewentualnej lojalce, o wiele ciekawiej było wyskoczyć na miasto, butelkę piwa albo i dwie wysączyć, poprawić jabolem albo zarekwirowanym na melinie “czarem pegeeru”, chwycić za dupę jakąś babę, która już po pierwszej flaszce wydawała się diabelsko piękną i tańczyć przy adapterze marki “Bambino”, a rano, w strasznej godzinie kaca, rzucając po męsku smutne spojrzenie na przełożonego, ale wiedząc, że rozliczani będą na zasadzie ilościowej, a nie jakościowej i że nikt nigdy w życiu nie będzie w stanie sprawdzić takiej masówki, już na trzeźwo i zdecydowanie uzupełniać dokumentację operacyjną metodą: krzesło, dupa, kartka, ołówek, sufit, wpisując nawet słuszne z punktu widzenia bezpieki informacje, ale niekoniecznie zgodne z prawdą, bo nie widząc nawet figuranta, o którym pisali, stąd posiłkowanie się własnymi doświadczeniami, stąd w tego typu dokumentach tak często  pojawiający się  problem alkoholu i alkoholizmu, który oficerowie sporządzający notatki dla wyższych przełożonych znali z autopsji i który to problem alkoholizmu z dezynwolturą  przypisywali figurantom i nie była to prawda..

***

Wiem, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent dokumentacji zgromadzonych w Biurze „C” MSW rzetelnie obrazowało to, co się w pracy operacyjnej działa. Ale i takie „kwity”, sporządzane opisaną tu metodą archiwizowano. Te dokumenty także są autentyczne i prawdziwe, aczkolwiek nie zawsze odzwierciedlają prawdziwe wydarzenia. Czy więc można na ich podstawie budować jakiekolwiek oskarżenia? Czy w wypadku Wałęsy przeważa dokumentacja rzetelna, czy też sporządzana metodą: „nie ważne czy prawda jest prawdziwa, czy częściowo nieprawdziwa? Ważne jest aby się nie napracować, a przełożeni byli zadowoleni. Przecież w ten sposób pracowali również Światło z Romkowskim w pierwszej dekadzie Peerelu.”

Osielsko dałem się nabrać prokuraturze

Po ukazaniu się Rozstrzelanego grudnia byłem przesłuchiwany w prokuraturze wojskowej. Było sympatyczne.  Po powrocie do domu zebrałem około czterystu kart otrzymanych od Pożogi, w tym jego własnoręczne notatki i wysłałem do prokuratury wojskowej. 20 marca 1992 r. otrzymałem następujące podziękowanie: Uprzejmie dziękuję Panu Pułkownikowi za przekazanie do akt śledztwa materiałów, które przyczyną się do pełniejszego wyjaśnienia przebiegu wydarzeń grudniowych 1970 r. na Wybrzeżu,

Jakież było moje zdziwienie, gdy sprawdziłem, że w czasie procesu mającego wyjaśnić sprawę rewolty grudniowej, żadnego „kwitu” przekazanego prokuraturze nie była w aktach sądowych.

***

Ludzie uważający Biblię za najważniejszą książkę mają Wałęsie za złe, że podpisał „kwity”. Czyżby nie pamiętali, że św. Paweł, jako faryzeusz był mocno zaangażowany w prześladowanie chrześcijan, świadkował kamienowaniu (nie jest pewne, czy sam nie rzucał kamieni na nieszczęśnika), bo dopiero w trzydziestym piątym roku życia …olśniła go nagle światłość z nieba… i dokonując konwersji położył cyklopowe zasługi dla chrześcijaństwa. Został za to ścięty, ale i uznany za świętego. Bez tej postaci trudno sobie wyobrazić współczesne chrześcijaństwo…

A św. Piotr, który trzykrotnie zaparł się Chrystusa…

A św. Augustyn, który w młodości kradł gruszki…, a…

A Wałęsa? Przecież on był o pięć lat młodszy niż Paweł, który zmądrzał dopiero po trzydziestym piątym roku życia. Wałęsa nabrał rozumu znacznie wcześniej. Zdradził bezpiekę i nigdy nie zaparł się walki o wolność, choć, uwięziony w Arłamowie przeżywał równie ciężkie chwile niczym św. Piotr, i chyba nigdy nie kradł gruszek jak św. Augustyn. Aczkolwiek to ostatnie nie jest takie pewne, to nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje zasług Wałęsy w walce o wolność.

***

Ale nic to. Wałęsa jest silny. Wie, że skazano go na wielość. Nie musi się niczym przejmować. Jego osiągnięć nikt na świecie nie może zgasić. Płonącej świecy nie da się przykryć workiem pełnym pomówień. A że Wałęsie jest smutno? Że kiedyś popełnił głupstwo? Trudno. Każdemu w jego sytuacji byłoby smutno. Może pocieszać się tym, że nikt we własnych kraju nie jest prorokiem.

PS

Jest to roboczy fragment książki „Portret z kanalią.

WAŁĘSA I….

Zacznij myśleć, a będziesz bardziej groźny niż jakikolwiek czyn.

Jiri Kolar

Tym razem fragment jeszcze nie ukończonej książki PORTRET Z KANALIĄ. Jest to wprawdzie książka o podpułkowniku Józefie Światle vel Izaku Fleischfarbie, ale nie jest wolna od licznych dygresji. Zachęcony tzw.  szafą generałowej dr Marii Teresy Kiszczakowej  przedstawiam jedną z nich.

Puszka z Pandorą Paganiniego manipulacji czyli „CzeKiszczaka”

Notowałem na laptopie wypowiedzi przyjaciół szukających argumentów na obronę spiskowej teorii dziejów. Wiem, że być intelektualistą w Polsce to pleść bezkarnie głupstwa przed kamerami w porze największej oglądalności.

Oto niektóre hasła: „Wszystko jest teorią spiskową”. „Wszystko jest częścią większej teorii spiskowej”. „Teoria spiskowa daje się usystematyzować w nieskończoność; i w górę (teoria spiskowa coraz większa); i w dół (teoria spiskowa coraz mniejsza)”. „Złożoność wszystkich teorii spiskowych jest nieskończona (złożoność prostoty teorii spiskowej powstaje wtedy, gdy uwagę skupiamy na jednej zmiennej lub co najwyżej na kilku)”.

W latach sześćdziesiątych poznałem kilku przełożonych Światły, wielkich oficerów MBP, ale się z nimi na jego temat nie naradzałem. Wiele z tych postaci jest do dziś przekonanych, że w pierwszej dekadzie Peerelu, aby żyć, musieli wszystko robić porządnie, a zwłaszcza zabijać. Morderstwa wymagały od nich niemałej dozy determinacji i zręczności.

Kto tego nie potrafił, tracił posadę w Firmie. Każdy oficer musiał zbrojnie wyrąbać swoje miejsce. Moi znajomi z bezpieki to beznadziejne przypadki. Głęboko i głupio wierzyli, że zabijanie w czasie zdobywania i utrwalania władzy ludowej było dziejową koniecznością. Mieli szczęście. Nigdy nie zapłacili za to, co zrobili. Widać, że jeżeli się ma szczęście, to i głupota nie zaszkodzi.

Tłumaczyli, że musieli być twardzi. Z tego przekonania trudno ich wyleczyć. To przekonanie siedzi w nich do dziś. Jest nieuleczalne. Modelowym przykładem takiego myślenia był inteligentny jak zapalarka do gazu „CzeKiszczak”. To nie był bynajmniej substytut miłości i empatii. To był swoisty Paganini sztuki manipulacji. To generał wierzący, że nie ma w sobie nic do zarzucenia. To ogromne stężenie pychy, cwaniactwa i arogancji. To facet nie pamiętający nic z tego, co robił w przeszłości w szczególności nie pamiętający co mówił o Wałęsie i w jaki sposób nakazywał walczyć z nim.

***

Pułkownik Podpora, który miał wszystko to, co jest niezbędne oficerowi operacyjnemu w UB i MSW. W dodatku miał stopień doktora, gruntowną wiedzę kontrwywiadowczą i właściwą orientację polityczną popartą alkoholicznie, po których nigdy nie miał kaca i który po wypiciu szklaneczki, a najlepiej dwóch, opowiadał, że w przededniu stanu wojennego, w czasie odprawy z kierownictwem resortu Kiszczak pouczał zebranych mniej więcej tymi słowami:

– Wałęsa?! To jest puszka z Pandorą. Otworzycie wieko i wyskoczy dziesięć mniejszych puszek. A w każdej będą mniejsze Pandorki – Geremek, Modzelewski, Kuroń, Michnik, Borusewicz itp. Otworzycie którąś z mniejszych Pandorek i zaraz wychyną Bujak, Frasyniuk, Rulewski, Pinior, Gwiazda, Jurczyk, Celiński etc. A każdy z nich wywlecze dziesięć, sto tysięcy ludzi. To groźna sytuacja. Musi być przełamana. Metody polityczne zawiodły, tak samo jak i operacyjne. Musimy zniszczyć puszkę z Pandorą. Bądźcie gotowi!

Nie wiem, czy Podpora nie ubarwił relacji. Nie lubił Kiszczaka. Miał swoje powody, aby mu dokuczać. Słowa ministra podobno podgrzały atmosferę. Oficerowie oliwili pistolety. Niektórzy pobierali z magazynów kałasznikowy i kajdanki.

Między ministrem i jego pierwszym zastępcą nie było miłości

A W. Pożoga? On, niczym dobry Atlas dźwigał na swoich barkach cały ciężar gier i kombinacji operacyjnych, niektórych wyjątkowo paskudnych. Wiedząc, że całość materiałów dotyczących gier wywiadów z lat osiemdziesiątych była do 1989 r. na kilku dyskach komputerowych, w czasie jednej z ostatnich rozmów z byłym szefem Służby Wywiadu i Kontrwywiadu (jesień 2014 r.) opowiedziałem mu o niegdysiejszej rozmowie z jego podwładnym i spytałem dlaczego na liście Podpory nie ma Lecha i Jarosława Kaczyńskich? Chciałem też wiedzieć gdzie są dyski, skoro nie ma ich w IPN? I dodałem, że bez zawartych na tych nośnikach dokumentów niemożliwe wydaje się wyjaśnienia wszystkich niuansów związanych z transformacją ustrojową.

Generał przyznał mi rację. Na moment zamilkł. Chwilę chodził po pomieszczeniu. Być może myślał co  odpowiedzieć. Było bezgłośnie. Słychać było tylko kroki na wykładzinie. Po minucie wymienił dwa nazwiska:

– Jaruzelski i Kiszczak. Ale raczej Kiszczak. Jednak głowy za to nie dam. Nie było mnie już wówczas na Rakowieckiej. Byłem ambasadorem w Bułgarii. Ci generałowie byli najwybitniejszymi prywatyzatorami archiwaliów końca Peerelu. Oni mogli mieć każdy dokument. Wziąć go bez kwitowania. Dobrze pan o tym wie. Przecież pan sam, panie Henryku, w swoich książkach publikował dokumenty z prywatnego zbioru Jaruzelskiego.

– Pan także mógł mieć wszystko. A także pana następca. A Pan? Też pan, generale, coś zachomikował?

– Nie wiem co robił mój następca. A ja? Ja też coś miałem w domu. Niewiele. Ale żona się bała. Kazała spalić. I ja spaliłem. Dokumenty, które pan otrzymywał ode mnie w latach osiemdziesiątych były odtajniane na mocy rozkazu ministra. Dałem to przecież panu na piśmie. Powinien pan również pamiętać, że pisząc książkę Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie chcieliśmy opowiedzieć ciekawą historyjkę wywiadowczą związaną z L. Wałęsą, ale brakowało dokumentacji. Molestowaliśmy nawet gen. Henryka Jasika, aby odtajnił niektóre sprawy. Generał nie mógł, albo nie chciał tego zrobić. A może tych dokumentów już nie było w MSW? No i obyło się bez tego wątku.

– A KGB. Mogli mieć coś z zasobów Biura „C” MSW? Mogli dysponować dyskami komputerowymi, o których wspomniałem?

– Do momentu, gdy rezydentem KGB w Warszawie był gen. W. Pawłow, Rosjanie mieli od nas wszystko to, co chcieli. Mam tu na myśli MSW i MON. Mówił mi o tym także gen. Buła, bo go pytałem jak te sprawy wyglądają w jego służbie. Co i ile czego brali tego nie wiem. Dużo brali. Pamięć jest zawodna. Ja nie byłem dysponentem Biura „C”. Pamiętaj jednak, że na początku lat osiemdziesiątych Pawłow zażądał wszystkich materiałów dotyczących Karola Wojtyły, głównie ze SB i mojej służby. Coś na temat Wałęsy i innych opozycjonistów też szło do Moskwy. Ale szczegółów nie potrafię podać. O takich sprawach decydował minister. Z chwilą objęcia funkcji genseka przez Gorbaczowa niewiele się zmieniło. Może tylko większą wagę przykładano do nośników elektronicznych. W tej dziedzinie byłem jednak słaby. Nie wszystko, nawet we własnej służbie kontrolowałem. Chyba minister był tu lepszy. Mogę jednak powiedzieć, że nadal Rosjanie dawali nam to co chcieli, a my Rosjanom to, co mieliśmy.

– A Kaczyńscy? – przypomniałem generałowi.

– Panie Henryku! Toż to w latach osiemdziesiątych byli B-klasowi opozycjoniści. Niech pan policzy w ilu materiałach resortowych i Biura Politycznego KC PZPR przewija się nazwisko Wałęsy. W ilu innych opozycjonistów. A w ilu widnieją nazwiska Kaczyńskich? Nie pamiętam aby w najważniejszych dokumentach widniało nazwisko któregoś z braci. Lech Kaczyński był wprawdzie internowany, ale piętnaście tysięcy innych działaczy także było. Natomiast o Jarosławie usłyszałem dopiero jak przygotowywaliśmy się do transformacji, gdzieś tak od połowy lat osiemdziesiątych. Jednak począwszy od „Okrągłego Stołu” oni błyskawicznie doszlusowali do ekstraklasy polityków. Ostro szli w górę. Jeden został prezydentem, a drugi premierem.

Pożoga był bez wątpienia oportunistą, ale podszyty pewnym dyskretnym nurtem opozycyjności wobec najbrutalniejszych rozkazów Kiszczaka. Generał podejrzewał, że minister musiał mieć coś z natury zwierzęcia. Podobnego zdania na temat „CzeKiszczaka” był również płk M. Wieczorek i płk A. Gotówko.

Kto ma chrapkę na życiorys Lecha Wałęsy?

Cz. Kiszczak, nawet po przekroczeniu dziewięćdziesięciu lat był chyba zadowolony z siebie. Jego receptą na szczęście było – dobre zdrowie i zła pamięć. W telewizji można było obserwować jak siedzi na daczy wyłożonej drewnianą boazerią, umajoną trofeami myśliwskimi i opowiada dziennikarzom o swoich sukcesach.

Od ćwierć wieku starał się wykreślić ze swego mózgu sprawy nieudane, złe, brutalne, nędzne moralnie, paskudne estetycznie. Ale, jestem o tym przekonany, one tkwiły w jego świadomości jak ogromna drzazga z lipowego drzewa w tyłku. Być może gdy zasypiał jawiły mu się przed oczyma bezkompromisowe, pryncypialnie komunistyczne, bezlitosne akcje przeciwko ludziom uznanym za wrogów socjalizmu. Kiszczak był na to zbyt rozumny, by tak nie było.

Generał udanie symulował chorobę. Wiele sądów udawało, że mu wierzy. Ale znalazły się także sądy, które nie uwierzyły i wymierzały najłagodniejszy z możliwych wymiar kary. I wówczas wkraczały najmimordy i lekarze. I wszystko zaczynało się od początku. Udawana zła pamięć pozwoliła „CzKiszczakowi” zapomnieć o wielu niegodnych czynach i wyłgać się od odpowiedzialności za nie. A zapomnienie, szczególnie w służbach specjalnych jest normą i często stosowaną formą kłamstwa.

Generał miał wielkie oparcie w żonie Marii Teresie. Stała przy nim jak Mur Chiński przy Państwie Środka. Pani dr Kiszczakowa chwali męża w mediach i książkach, bo – jak sama mówi – jest poetką i pisarką. Wprawdzie wierszoklectwo nie czyni z kobiety poetessy, a grafomaństwo pisarza, ale wobec ataków na Czesława Kiszczaka, to dobrego słowa o generale nigdy za wiele.

No i generałowa kombinując wykombinowała. Ćwierć wieku temu, aby zgeszefcić mundur małżonka wymyśliła „Aukcję prominent”. Mianowała się jej dyrektorem. W ogłoszeniu o aukcji kłamliwie i megalomańsko napisała, że gen. Kiszczak „…w latach 90-tych minister spraw wewnętrznych, wicepremier, premier, który przekazał to stanowisko Tadeuszowi Mazowieckiemu” (mundur nabył Hoover Institution z USA). Pani doktor nie poprzestała na tym. W lutym 2016 chciała spieniężyć w IPN za 90 tys. złotych skradzione przez „CzeKiszczaka” dokumenty Biura „C” MSW. Wybuchła afera wymierzona, nie, nie w Kiszczaka, a w Lecha Wałęsę i on sądzi, że ktoś bardzo chce mu ukraść życiorys. Ale nie chce zdradzić kogo ma na myśli.

Uf, ktoś bardzo nie lubi Lecha!

„LUNA”, czyli kobiety w służbach specjalnych.

(Zanim film „Zaćma” Ryszarda Bugajskiego trafi na ekrany)

Najpierw ciało, potem wizja i znowu ciało. Takie jest życie mężczyzny

Erica Jong

W peerelowskich służbach specjalnych, co tu dużo mówić, wybitnie seksistowskich, służyło wiele kobiet. W większości byłych delatorek, np. z Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Były to głupie żurawice z wielkimi dziobami, którymi kłapały ciurkiem. Tym klangorem żywili się oficerowie obiektowi NKWD, KGB, GRU, Informacji WP, WSW i Bóg wie kto jeszcze. Ale i larwice się trafiały, i diablice, i sekutnice, i piekielnice, i zołzy, przy których żona Sokratesa, Ksantypa, była oazą spolegliwości. Szczególnie utkwiła mi e pamięci taka jedna. Przyszła wprost z PSZ w ZSRR. Była myszowatą jędzą ze szmacianymi kędziorami. Za arcydzielne kapowanie wszystkich i wszystkiego wysłano ją na 6-miesięczny kurs prawniczy Teodora Duracza i skierowano do prokuratury. Do lat siedemdziesiątych budziła postrach nie tylko podwładnych, ale także innych, wykształconych prawników.

Uff! Byle co mogło tę dziewoję rozsrożyć barbarzyńsko. Widziałem rozdrażnionego lwa i rozjuszoną kobietę. Mogę przysiąc, że lwy są bezpieczniejsze. Boże, one miały w sobie to coś, oj, wielki Boże, miały…

Jednak żadna z białek Firmy, oprócz Julii Brystygierowej, ksywa „Luna”, „Krwawa Luna”, „Daria”, „Ksenia”, „Maria”, która używała także nazwisk: Brystigier, Brystyger, Bristigier, Brustyger i Brastyger, nie osiągnęła w MBP i MSW wybitnej pozycji.

Zresztą podobnie było i jest w „Solidarności”… Tylko w polityce i resortach siłowych coś się w ostatnim pięcioleciu zmieniło. Duża w tym zasługa feministek, pragnących odegnać „męskie szowinistyczne świnie” od koryta, aby je samemu zająć…

Różny ogląd cudownowonnej pułkowniczki

„Luna” była przyjaciółką Wandy Wasilewskiej, wpływowej stalinistki, znanej bardziej z wściekłej ideologii niż z urody, która zrobiła z niej aktywistkę na lukratywnej posadzie personalnej w Związku Patriotów Polskich w ZSRR. Wiele wskazuje na to, że Brystygierowa do NKWD przykleiła się sama, a po wyzwoleniu na wniosek W. Gomułki została skierowana do MBP. Była dyrektorem Departamentu V MBP, dyrektorem Departamentu III MBP oraz dyrektorem Departamentu III Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Po zwolnieniu ze służby postanowiła zostać pisarką. W publikacjach używała pseudonimu literackiego „Julia Prajs”. Nie bardzo jej to wychodziło. Jej książki były marne i przeszły bez echa. W literaturze nie zbliżyła się do pozycji, jaką osiągnęła w MBP oraz w życiu erotycznym.

Historycy spod znaku IPN uważają „Lunę” za funkcjonariuszkę bardzo krwawą, która nigdy nie życzyła swojemu wrogowi źle, lecz zawsze najgorzej. Zaś literaci, z Koźniewskim na czele, którym „Luna” uratowała kiedyś dupy lub pomogła w karierze, sądzili wręcz przeciwnie. Przekonywali, że była to łagodna, wysoce kulturalna i empatyczna niewiasta, kosząca mężczyzn jak zboże. Mówili: była kosą zawsze trafiającą na swoją osełkę.

Na żywo zobaczyłem „Lunę” po 1968 r…

U chwackiej bazarowej kwiaciarki ulicznej kupiłem bukiecik fiołków i poleciałem na schadzkę do kawiarni Hortexu przy Placu Konstytucji w Warszawie na spotkanie z byłą kochanką najważniejszych person w Peerelu, ale nie tylko. Gdy zobaczyła kwiatki, uniosła głowę, a w jej oczach zalśniła najwyższa satysfakcja. Nie, nie zauważyłem u niej ani krzty lubieżności, o której tyle słyszałem. Mimo przelotnego błysku w oku wiało od niej smętkiem.

Wedle powszechniej w Firmie opinii „Luna” baraszkowała z każdym, ale nie była zwykłą gamratką (rozpustnicą). Wybierała kochanków spośród przypadkowych znajomych. Rozglądała się za gaszkami (kochankami) wśród podwładnych, a nawet znajdowała ich w gronie zatrzymanych. Miała nieskomplikowany podział mężczyzn. Kwalifikowała ich na tych, którzy przypadli jej do gustu i na tych, którzy nie rokowali nadziei, że sprawdzą się w łóżku. Kobiety takie jak „Luna” traktowały kochanków jak udoskonalonych mężów.

Spotkanie miało miejsce wkrótce po tym jak ją dopadli resortowi antysemici, nazywając ją okropnym babusem i z pułkowniczki raptownie wyparowała wojowniczość. Przyjmując fiołki, „Luna” uśmiechnęła się melancholijnie, ukazując pięknie wykonaną sztuczną szczękę, znamionującą niezgorszego dentystę. Zęby były chyba ostrzejsze niż u rekina ludojada, dobre do kąsania. Ale teraz funkcjonariuszka już nie była groźna. Kąsano raczej ją. Musiało jej być smutno. Było widać, że łaknęła dobrego słowa. Mówiła, że jest zmęczona życiem…

Mało się nie załzawiłem, jednak jej opowieść odebrałem jako ostrzeżenie. Od Kornela Makuszyńskiego wiedziałem, że jeżeli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć. Można to było interpretować w rozmaity sposób. Po ipeenowsku, albo przykładając miarę seksualną, bo i takie plotki o funkcjonariuszce chodziły. Podobno kilku jej kochanków rozstało się życiem na jej dupie…

***

„Luna”, z nieco tylko rozmazaną barwiczką (szminką), była młoda. Młodsza od Kolumny Zygmunta, ale za to z długim stażem komunistyczno-łóżkowym. Byłem bałamutem, ale nie aż takim, by z nią flitować, atoli basowałem umiarkowanie.

Po marcu ‘68 nieco zsentymentniała. Na wspomnienie Jana Rodowicza, ksywa „Anoda”, który – jak zapewniała – na jej oczach „wypadł z okna” na IV piętrze budynku MBP w Warszawie, udało się jej wycisnąć trochę wilgoci z oczu…

Słuchałem pułkowniczki, a z mojego mózgu wypadły frazy Witkacego: cycata Cyrce i parabera rejentalna. To także kobieta, ale jaka?

***

Płk „Luna”, ponadprzeciętnie inteligentna, z doktoratem i niezwykłym tupetem, cudownowonna, pachnąca niczym łąka niegdysiejszej kandydatki na fotel prezydenta III RP dr Magdaleny Ogórek, owijała sobie mężczyzn wokół małego paluszka. Politycy, m.in. B. Bierut, J. Berman, E. Szyr, B. Pasecki, generałowie NKWD i MBP, ale także wybitni literaci z P. Jasienicą na czele, tańczyli tak, jak im zagrała. Była w stanie zaciągnąć do swego łóżka każdą osobę. Przy jej aparycji wymagało to niezłych kwalifikacji z dziedziny ars amandi…

Chciałem o tym napisać. Miałem już gotową dedykację: Kochanej „Lunie”, która podobnie jak Mata Hari też się kurwiła w interesie tajnych służb. Niestety, ubiegł mnie mistrz inwektywy rasowo-seksistowskiej płk Henryk Walczyński, pisząc książkę Plamy i plamki.

Inne kobiety tajnych służb nie były aż takimi damami. Daleko im było do aparycji „Luny”. Większość przypominała dorsze zawinięte w Trybunę Ludu. Jednak funkcjonariuszki były zdolne. Zdolne do wszystkiego. Nic więc dziwnego, że kilka doczekało się stopni pułkownikowskich, ale żadna ważnego stanowiska. Wynikało to być może z seksistowskiego podejścia kierownictwa MBP/MSW oraz MON. Firma radziła sobie, organizując tak zwane pogotowie seksualne. Do tej enklawy angażowano damy, które cnotę miały za nic, ale aparycję pierwszorzędną. Przy nich nawet „Luna” wyglądała niczym niektóre posłanki przy posągu Wenus z Milo.

Dziś sytuacja jest inna. Kobiety wybiły się na niepodległość. Mają spryt, siłę, bigiel, zaradność i… parytety. Niewiasty objęły stanowiska premiera, marszałka Sejmu, ministra spraw wewnętrznych… Czy to oznacza koniec instrumentalnego traktowania kobiet?

***

W Firmie od początku organizowano „pogotowie seksualne”. Nie jest to licencja peerelowska. Na świecie uprzedmiotowienie niewiast w służbach specjalnych było znacznie większe niż w innych dziedzinach życia.

Kręcąc się przy resortach siłowych, chyba także przesiąkłem seksizmem.

Przypatrując się niektórym operacjom z udziałem „pogotowia”, nietrudno zauważyć, że damy na tle oficerów Firmy prezentowały się jako osoby z wielką ogładą, obdarzone uczciwością i talentem, że nie wspomnę o umiejętności robienia właściwego użytku z szarych komórek i nienagannej aparycji.

Podstawą „pogotowia” były „stajnie” złożone z damskich dziwek klasy lux. Najwspanialsze okazy i najliczniejsze „stajnie” były przy centrali MSW. Dominowały tu specjalistki od bara-bara, „polonistki”, rusałki i biurwy. W województwach było skromniej.

„Pogotowie seksualne” złożone z dziwek męskich funkcjonowało jedynie w Warszawie.

W porównaniu z damskim męskie „pogotowie” było nieliczne, rzadko wykorzystywane i chyba niedoceniane. Oficerowie obiektowi „pogotowia” czuli się wśród dam jak pedofile w przedszkolu. Niektórzy funkcjonariusze bardzo im zazdrościli.

***

Inaczej było z wykorzystywaniem osób o skłonnościach homoseksualnych. Na przykład w czasach Światły homoseksualizm nie był jeszcze modny. Wręcz przeciwnie, pedalstwo było trefne jak wieprzowina wśród Żydów. Głośne mówienie o homoseksualistach było passe. Nie znaczyło to, że tego głęboko ludzkiego procederu nie praktykowano. Praktykowano. I to jeszcze jak! Aczkolwiek kochający inaczej i tak byli sfrustrowani, i zazdrościli Zachodowi. We Francji na przykład Karol Szymanowski ubolewał: Już mi się chłopaczki znudziły, a trzeciej płci jak nie ma, tak nie ma.

W Firmie dziwki męskie były zawodowcami, często byli to oficerowie biseksualni, obsługiwali obie płcie. Ale nigdy nie było ich dużo. Na poważnie angażowanych było zaledwie kilku funkcjonariuszy. Raz przyszło im obsługiwać zachodnich dyplomatów preferujących miłość homoseksualną, a drugim razem bzykali żony wytypowanych do werbowania pracowników ambasad.

Czasami rolę uwodzicieli przejmowali oficerowie operacyjni. Niektórzy z nich byli obojnakami. Poświęcali się dla sprawy w imię socjalistycznego patriotyzmu. Jeden z nich powiedział mi, że chętnie „przeleciałby” nawet samego Kiszczaka. Ubolewał, że mu się to nie udało.

Fragment rozdziału 10 „Seks w <Wielkim lesie>, ale na polityczne zamówienie, z udziałem <pogotowia seksualnego> Firmy pod egidą ministra Kiszczaka” z książki „Lot nad szpiegowskim gniazdem”. Wyd. Nowy Świat

POLSKA BOMBA ATOMOWA

Człowiek pozbawiony złych nawyków może mieć gorsze

Mark Twain

Sporo rabanu medialnego narobiło doniesienie wiceministra MON Tomasza Szatkowskiego, że w ministerstwie obrony rozważane są konkretnie kroki  zmierzające do dostępie III RP do broni nuklearnej.

Różny domorośli eksperci wypowiadali się ta ten temat ocieniają bąknięcie  wiceministra jak najgorzej.  Jedynie Jacek Sasin, prominentny aparatczyk PIS, zawsze gotowy do poparcia czegoś głupiego, tym razem wykazał dość zdrowego rozsądku aby stwierdzić, że sprawa nie jest przecież nowa.

Już na początku lat 90. Polska planowała zakupić od Ukrainy jedną lub parę głowic nuklearnych. Gorącym zwolennikiem tego pomysłu był ówczesny  minister obrony narodowej Jan Parys, który przekonał prezydenta Wałęsę aby wyłożył milion dolarów na ten cel.

Sprawę majdrowały służby specjalne ostro zaprzyjaźnione ze służbami ukraińskimi. Wszystko było na dobrej drodze, bo bałagan na Ukrainie był sto razy większy niż w Polsce. Szybko doszło do obgadania najważniejszych spraw. Transakcja była jak najbardziej możliwa, ale spaliła na panewce.

O co poszło? Nie wiadomo. A Jak nie wiadomo, to chodzi oczywiście o pieniądze.

Ukraińcy zgodzili się na milion dolarów za głowice, ale zarządzali dodatkowo 300 tys. USD na łapówki  dla polityków,  generałów i celników zamieszanych w geszeft.

Wałęsa odmówił. Sprawa się ryła. Nie mieliśmy broni atomowej, ale mieliśmy wolną drogę do wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Nie muszę dodawać, że gdyby transakcja się udała byłoby to niemożliwe.

Kto stał za sprawą tej kombinacji operacyjnej? Nie bardzo wiadomo. Wolno przypuszczać, że byli to peerelowscy generałowie którzy otoczyli L. Wałęsę ciaśniej niż sekretarki.  Generałom nie należy się dziwić. Musieli mieć zakarbowane w pamięci, że był w Peerelu czas  gdy Ludowe Wojsko Polskie mogło użyć 90 ładunków jądrowych realizując plan natarcia na Zachód w ramach naszego Nadmorskiego Kierunku Operacyjnego.

Mieliśmy przecież dwie Brygady Rakiet Operacyjno-Taktycznych (BROT w Bolesławcu i Orzyszu). Rakiety były zdolne do przenoszenia ładunków jądrowych. Nie mieliśmy natomiast samych głowi. Ale, głowice były w pobliżu. W Świętoszowie koło Bolesława stacjonował sowiecki pułk czołgów strzegący magazynów z głowicami nuklearnymi.  BROT w Orzyszu miał być zaopatrywany w głowice zmagazynowane w Kaliningradzie.

O operacji zaczepnej frontu nadmorskiego LWP pisałem w kontekście sprawy płk. R. Kuklińskiego w książce wydanej w tym roku  (As CIA i…. W kręgu donosów, mitów i faktów o Ryszardzie pułkowniku Kuklińskim).  Tu maleńki fragment tej książki z niewielkimi zmianami:

… Ciekawe jest, dlaczego R. Kukliński po uchyleniu wyroku śmierci i pełnej rehabilitacji (była w tym duża zasługa Leszka Millera i prokuratury naciągającej prawo polskie niczym gumę w prezerwatywie), w czasie odwiedzin Polski nie chciał się spotkać nie tylko z dawnymi kolegami ze Sztabu Generalnego WP, ale także z oficerami z żeglarskiego klubu „Atol”, którego był członkiem i z którymi jachtem „Legia” odbywał wiele rejsów po Bałtyku i Morzu Północnym. Byli to oficerowie: Mieczysław Dachowski, Stanisław Radaj, Edward Rogala, Wiesław Witkow, Włodzimierz Bauer. To była wytworna paczka pułkowników Sztabu Generalnego WP i wilków morskich.

To byli oficerowie purytańscy. Purytanin na purytaninie siedział. Bratali się jeno jako żeglarze. Dodatkowo misje wywiadowcze ułatwiały zbratanie.  Słuchali jedynie szefa Sztabu Generalnego WP,  ale przykład z karności brali od najwyższego wodza.  Najwyższy  słuchał jedynie Moskwy. Oni również  jego.  Gdy Breżniew rozkazał Jaruzelskiemu: „Skacz”, to generał  pytał: „Na kogo?” I W. Jaruzelski skakał bez wahania.  W 1970 r. skoczył tylko na społeczeństwo Wybrzeża, a w jedenaście lat później na cały naród.

***

W tych rejsach, w których Kukliński był najczęściej kapitanem i miał największą wiedzę operacyjną, rozpoznawano nasz kierunek strategiczny. Być może po 1990 r. pułkownik był już zbyt dumny i nie chciał zadawać się z dawnymi kolegami, którzy go znali nie tylko z działalności wywiadowczej ale i z wcześniejszych poczynań.

Szpieg był skłonny do zwierzeń tyko przed tymi, którzy go podziwiali. Tak się składało, że wśród jego popleczników nie było niegdysiejszych kolegów. Nie chciał z nimi rozmawiać, żeby jego poczucie dumy nie znalazło się w niebezpieczeństwie.

Wojna jądrowa to ryzyko przejścia ze stanu człowieczeństwa w stan aniołów: nic do stracenia, wszystko do zyskania…

Trasy rejsów wiodły przez Kanał Kiloński i Łabę do Hamburga, na Morze Północne, do Cuxhawen i Wilhelmshawen, portów holenderskich: Den Helder, Amsterdamu. Hagi i Rotterdamu. Był to przydzielony Polsce w ramach UW kierunek pomocniczy nazwany Planem operacji zaczepnej Frontu Nadmorskiego, zabezpieczający północne skrzydło głównych sił uderzeniowych Zjednoczonych Sił Zbrojnych UW na północnym i centralnym kierunku strategicznym.

Ta myśl S. Dalego przytoczone w tytule tego podrozdziału przyświecała oficerom Sztabu Generalnego WP, którzy opracowywali plany udziału LWP na wypadek wojny i którzy, w znakomitej większości, nawet bez upodlenia się boską obrazą znajdowali się w stanie chronicznego przyćmienia umysłu.

Wedle zatwierdzonego 28 stycznia 1965 r. (z niewielką modyfikacją przyjętą na początku 1970 r.) planu operacji zaczepnej Frontu Nadmorskiego kampania miała trwać sześć dni. Jej docelowa głębokość dochodziła do 510 km. Szerokość pasa natarcia wynosiła od 100 do 150-160 km. Średnie tempo natarcia określono na 85 km na dobę.

Głównym celem operacji było rozbicie, we współdziałaniu z 2. Armią Pancerną Frontu Północnego Armii Radzieckiej, nadmorskiego skrzydła wojsk NATO i zniszczenie 1. Korpusu Armijnego Bundeswehry, części sił zbrojnych Holandii, zgrupowania wojsk niemiecko-duńskich w rejonie Szlezwiku-Holsztynu i na terytorium Danii.

W wyniku tych działań przewidywano wyłączenie z wojny Danii i Holandii oraz stworzenie warunków do wyjścia sił Zjednoczonej Floty Bałtyckiej UW na Morze Północne.

W czasie operacji planowano użyć 91 ładunków jądrowych.

Zgodę na użycie ładunków jądrowych mógł wydać tylko dowódca frontu (w latach 80. był to gen. E. Molczyk), oczywiście w porozumieniu z dowództwem Zjednoczonych Sił Zbrojnych UW. W 1986 r. plan zmodyfikowano dodając (oprócz operacje zaczepnej) drugi wariant, obronny, na rubieży rzek Nysy Łużyckiej i Odry.

Wszystko to ćwiczono aplikacyjnie. Rysowano poszczególne hipotetyczne założenia na mapach… Każdy dowódca (w zależności od szczebla) miał obowiązek znać zadanie bliższe i dalsze, swoje i sąsiadów. W niektórych konwentyklach brali udział oficerowie WOP.

***

Tyle fragmentów książki. Jestem ciekaw jak potoczy się spraw bąknięcia wiceministra MON, z wykształcenia prawnika, a więc człowieka, który powinien wiedzieć, co i dlaczego mówi. W 1990 r zmieniliśmy sojusze i już nikt chyba nie planuje natarcia na Zachód, na nadmorskim kierunku operacyjnym. Czy planujemy uderzyć na Wschód. Np. na  Kaliningrad? Nie wiadomo.