Miesięczne archiwum: Styczeń 2013

Czcicielom klęsk pod rozwagę!

Prezydentowi RP JE Bronisławowi Komorowskiemu oraz ministrowi prof. Tomaszowi Nałęczowi do sztambucha

Udajemy, że Polacy-zwyklacy byli zawsze w porządku. Nie jest to nieprawda. Trzeba demaskować narodowe mity.

Władysław Bartoszewski mówi w “Die Wellt”, że w czasie okupacji niemieckiej: Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać.  Zaś Cezary Michalski w programie u Elizy Michalik przypomina, że w czasie Powstania Warszawskiego niektórzy cywile bardziej się bali akowców niż Niemców.

Nasza nowożytna, zorganizowana państwowość powstała na początku XVI wieku. Mieliśmy wówczas sukcesy. Jednak szlachecki system republiko-monarchiczny zaczął się rozpadać zanim państwo okrzepło. To doprowadziło do zaborów. Pomysł roznegliżowania Rzeczypospolitej nie wylągł się w głowach polityków. Pomysł rozbiorów powstał w głowach les philosophes, od  których ideę kupili monarchowie. Od tego czasu zajmowaliśmy się cierpiętnictwem, kłótniami i wzniecaniem przegranych powstań.  

Nasza wspólnota narodowa jest odświętna, żałobna, cmentarna. Datowana od porażki do porażki. A ród ludzki nie ceni porażki. Przegrane wyzwalają popędy sadystyczne

Powstanie kościuszkowskie (1794) przyczyniło się do likwidacji państwa w III rozbiorze, ale generała Kościuszkę awansowaliśmy do rangi bohatera narodowego, a konfederata (1792) generała Henryka Dąbrowskiego wpakowaliśmy do Mazurka Dąbrowskiego.

Powstanie listopadowe (1830-1831) doprowadziło do zniknięcia półautonomicznej namiastki Polski. Powstanie styczniowe (1863-1864) skończyło się rusyfikacją i likwidacją ostatnich polskich instytucji, a wybuchło z powodu zagrożenia dla konspiratorów.

Powstanie Warszawskie (1944), zwane  największą bitwą II wojny światowej, spowodowało całkowite zniszczenie miasta i przyniosło prawie 200 tysięcy ofiar. Pasjonując się zabobonami zapominamy, że mit polityczny jest afabulacją, deformacją lub interpretacją, obiektywnie podważalnej, rzeczywistości. Ale jako opowieść legendarna pełni funkcję wyjaśniającą, dostarczając kluczy do zrozumienia teraźniejszości, tworząc siatkę podporządkowując niepokojący chaos faktów i wydarzeń.

A mitów ci u nas dostatek. Bo: wojny tureckie, kozackie i szwedzkie (Trylogia). Konfederacja Barska, Kościuszko i Legiony, Listopad i Styczeń, sybiracy i wygnańcy. Pierwsze odzyskanie niepodległości, ale zaraz Wrzesień,  “nóż w plecy” i Katyń, Monte Cassino, obozy, Gułag i rozstrzeliwania (literatura martyrologiczna). Potem polskie miesiące: Czerwiec i Październik,   Sierpień i Grudzień, drugie odzyskanie niepodległości… Jeżeli chodzi o mity, nasz charakter jest niczym sztorm wokół przylądka Horn. I wszystko błyskawicznie ulega zbrązowieniu, zmarmurzeniu. Emocjonalny ładunek matecznika archetypów czasami budzi niepokój. Może eksplodować  w rękach demagogów sprowadzając nieszczęścia. Żaden inny naród nie miał tylu nieudanych powstań i klęsk.

Ciągle odwołujemy się do martyrologii. Hołdujemy conradowskim fanaberiom, że trzeba być wiernym przegranej sprawie. Mając do wyboru Lalkę albo Trylogię wybieramy Sienkiewicza. Nie uznając pozytywnego bilansu ostatniego dwudziestolecia przekonujemy, że historia odnotowuje przypadki, kiedy rzeczywistymi zwycięzcami są pokonani. Zawołanie Gloria victis – chwała zwyciężonym, dobre na dzień zaduszny lub wszystkich świętych, nie pcha kraju w kierunku nowoczesności. Wrogowie Wałęsy i nowoczesnego państwa tęsknią za lamentowaniem, krwawiącym sercem, desperacją, kwileniem, uskarżaniem się, odchodzeniem od zmysłów, spazmowaniem, kwękaniem, marudzeniem, biadaniem, jęczeniem.

To orgia prostactwa. Indywidua, nadużywając  niebezpiecznych narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa nie zdają sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się nazywać Prawdziwymi Polakami. Na takie dictum de omni et de nulle (twierdzenie o wszystkim i o niczym) może skutkować powiedzenia Przecława Smolika – Przywdziej kontusz, rycz “Polska”… i  urżnij się zdrowo. Chęć przybliżenia raju na ziemi prowadzi do ustanowienia piekła. Pompowanie narodowego mistycyzmu –  mówi Eustachy Rylski –  jakąś tanią transcendencją  bardzo bolesnej kraksy komunikacyjnej, wynikającej z kompleksów, frustracji, nonszalancji, braku wyobraźni, podwórkowej brawury i podręcznikowej wręcz niekompetencji, jest nonsensem. Jesteśmy narodem parafialnych megalomanów.

Nasz naród do szczęścia nie potrzebuje sukcesów. Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęścia. Tu pod klawisze ciśnie się wers Krasińskiego: Gdy narodu duch otruty – to dopiero ból bólów. Wiele mówiąc o Biblii nie uznajemy słów Księgi: I przekują swoje miecze na lemiesze (Iz. 2,4 i Mi  4,3)  wysyłamy za pożyczone pieniądze naszych zuchów do Afganistanu, gdzie tubylcy wcale nas nie chcą i spiorą nam tyłki, że hej! Już to czynią. Już pół setki naszych zuchów powróciło na ziemię ojców w trumnach. Większość polityków akceptuje taki scenariusz. Świadczą o tym ich wystąpienia.

            W sprawach historycznych uderza amnezja elit. Zakłamuje się historię. Nawet  rozsądni politycy, ale także ludzie mądrzy, często sprawiają wrażenie ignorantów, dyletantów i niedouków. Ludzie nie zawsze chcą  zrozumieć, iż im większą wagę narody przykładają do swoich dziejów, do narodu, traktując historię niczym fetysz, tym okrutniej się zachowują. Jest to toksyczne stanowisko. Tym bardziej, że na początku drugiej dekady XXI wieku nad światem zawisł miecz Damoklesa w postaci kryzysu. Wprawdzie może on (w sprzyjających warunkach) sprawić, że ukształtuje się naród europejski. Ale nie można też wykluczyć nieszczęścia – umacniania się państw narodowych, opartych na dzikim nacjonalizmie znajdującym silne oparcie w Kościele antysoborowym bądź w islamie. Przekonują o tym dzieje Niemiec, Rosji, niektórych państw arabskich.

            Polak Wieczny Dureń – by użyć określenia Aleksandra Małachowskiego – węszący wszędzie działanie tajemniczych sił,  łaszący się do kleru, wymachujący sztandarem narodowym z wypisanymi na nim hasłami: Bóg! Honor! Ojczyzna! wierzący w zabobony i ideologie czarnosecinną jest na najlepszej drodze do zbudowania z Kraju Pieroga i Zalewajki modelowego ciemnogrodu europejskiego. Mit Powstania Warszawskiego sprawił, że ówczesny prezydent Warszawy Lech  Kaczyński wyasygnował duże środki, aby wybudować pomnik chwały  narodu, którego nie załamała klęska – wspaniałe muzeum. Nie starczyło mu już wyobraźni, aby upamiętnić wydarzenia 1989 r., dzięki którym Polska wybiła się na niepodległość i jest dziś bezpieczna jak nigdy. Można mieć żal także do Wałęsy, że niczego w tej sprawie nie zrobił.

            Przeczytajcie opis powstania widziany oczami zwykłych ludzi. Miasto waliło się na oczach jego mieszkańców jak zużyte dekoracje teatralne. Nie było dokąd uciekać. Znikąd nie było ratunku. Nie tak to miało być. Tego nie obiecywali wodzowie powstania.  Przeczytajcie książkę Mirona Białoszewskiego. Przed wojną Warszawa liczyła 1 300 000  mieszkańców,  przed powstaniem – 900 000,  a po powstaniu jedynie 150 000.  Przyjrzyjmy się faktom. Powstanie, trwające od godziny 17.00 1 sierpnia 1944 r. do  2 października 1944 r., wywołane przez Komendę Główną AK,  zaakceptowane przez Delegata Rządu, upoważnionego do podjęcia takiej decyzji przez rząd RP na uchodźstwie, nie osiągnęło celu. W tych warunkach nie mogło! Klęska była kolosalna (straty powstańców: 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych, 5 tys. ciężko rannych, do niewoli poszło 16 tys.; zginęło 150-200 tys. osób cywilnych; zniszczono ok. 70 procent majątku miasta). Straty osobowe blisko dziesięciokrotnie przekraczają uszczerbki doznane przez ludność Polski spowodowane przez 45 lat komuny! Czapki z głów przed ludnością stolicy. Bo waleczność to piękna cecha. Ale ważniejszy jest rozum. I dlatego – bezpardonowy sąd dla organizatorów barbarzyńskiego dreszczowiska, nie mającego odpowiednika w dziejach świata!!!

            Zbyt łatwo rozgrzeszamy się zrządzeniem losu. Mówimy: Los może wszystko! Robi, co chce! Spójrzmy, jak nasze skłonności do martyrologii, cierpiętnictwa, masochizmu i męczeństwa widzi Bohumil Hrabal: To właśnie jest interesujące u Polaków, że chociaż zawsze przegrywają, to jednak uważają się za zwycięzców, ponieważ przeklinają – i dlatego są wierzący – tego, kto ich pokonał; To Bóg musi zemścić się na nim za to, że przegrali wszystkie bitwy i wojny. Na tym polega piękno Chopina. Zresztą piękno to nie jest to słowo, to przecież padół łez. Chopin… Jak tylko zacznie grać, już chce się człowiekowi beczeć, i nawet te mazurki to coś takiego, że tańczy się przy nich mniej więcej tak, jak Nerudzie z tą śliczną panną, która skoczyła na chwilę do domu, bo umarła jej mamusia

            Czy takimi rezultatami można się szczycić?

 

E. Gierek

Pozwólcie E. Gierkowi smażyć się w piekle

 

Z okazji dyskusji nad projektowanym ogłoszeniem roku 2013  rokiem Edwarda Gierka, nie od rzeczy będzie przypomnieć najkrótszą historię Polski.

Było tak: po zakończeniu drugiej wojny światowej, Bolesław Bierut ksywa „Tomasz” z  towarzyszami, ale na spółkę z Sowietami, zbudowali na terenie ogołoconego z kapitalizmu kraju barak. Otoczyli go zasiekami z drutu kolczastego, zamknęli na kłódkę, a wyrżnąwszy niepokornych wprowadzili komunistyczny reżym stalinowski i zabronili Polakom śmiać się z wzniesionej budowli. „Tomasz” dyrygował narodem, ale partyturę pisał Kreml.

21 października 1956 r. rządy w PZPR objął Władysław Gomułka ksywa „Wiesław”. Szef partii porzucił mordowanie niepokornych, kazał zlikwidować zasieki, a drut kolczasty oddać do zamrażalki, bo może się jeszcze przydać. „Wiesław”, na wszelki wypadek zostawił kłódki oraz część zakazów, a rozpoczynając budowę siermiężnego socjalizmu zagnał rodaków do pracy za minimum wynagrodzenia. W 1967 r. wypędził z Kraju Pieroga i Zalewajki tych nielicznych Żydów, którym udało się jakimś cudem przetrwać niemiecki Holokaust. W 1968 r. dołączył Front Polski, powstały na bazie Śląskiego Okręgu Wojskowego do Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, który pouczał braci Czechosłowaków, ze nade wszystko należy miłować i słuchać Wielkiego Brata, a dwa lata później przekonał komilitonów, że narodowi należy dać nauczkę i nakazał postrzelać trochę do niepokornego społeczeństwa. „Wiesław” dyrygował narodem, ale partyturę pisał Kreml.

W grudniu 1970 r. „Wiesława”, który spóźnił się z nieco z wyciąganiem drutu z zamrażalki, nie bez pomocy Moskwy, zluzował Edward Gierek ksywa „Śląski Książe”. Był to facet tak inteligentny, jak Gerard Depardieu lub Brigitte Bardot. Gierek, który reprezentował tych pięćdziesiąt procent rodaków, którzy nie splamili się przeczytaniem ani jednej książki, wyrzucił kłódki i zredukował część zakazów. Nie był zwolennikiem nadmiernych represji, ale w 1976 r. przetrzepał nieco skórę robotnikom Ursusa i Radomia, wprowadził bony towarowe (kartki na żywność i nie tylko) i podał komendę do wprowadzenia do Konstytucji PRL obowiązku jeszcze większego sławienia Sowietów oraz nakazał zintensyfikowanie  budowy rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego w Kraju Pieroga i Zalewajki. Zezwolił też na umiarkowane śmianie się ze stalinizmu, ale nie z niego samego, jego konfratrów i przede wszystkim z Wielkiego Brata, któremu cały czas oddawał służalcze hołdy, miedzy innymi nadając (1974 r.) gensekowi gen. L. Breżniewowi Krzyż Wielki Orderu Virtuti Militari. „Śląski Książe” dyrygował narodem, ale partyturę pisał Kreml.

”Ś”””

W 1980 r. generał Wojciech Jaruzelski ksywa „Wojciech Szabelka” (na wyraźne przyzwolenie Sowietów) wydał Kiszczakowi  prikaz do wyciągnięcia zasiek z lodówki. Na szczęście drut okazał się skorodowany. Wykorzystało to społeczeństwo tworząc „Solidarność”, która zmroziła Jaruzelskiego. Generał był wówczas cały oblodzony. Wyglądał jakby połknął olbrzymi sopel lodu. Nie wiedział co robić. Wahał się. W końcu powziął decyzję o rozwiązaniu problemu przy pomocy siły. To wówczas figlarze ukuli hasło: Wracaj Edziu do koryta! Lepszy złodziej niż bandyta!.

  To TT   „Wojciech Szabelka” dyrygował narodem, ale partyturę pisał Kreml.

Co by jednak nie powiedzieć o Petrelu, był to, może z wyjątkiem okresu bierutowskiego, najweselszy barak w demoludach. 4 czerwca 1989 r. naród przejął losy Polski i Polaków w swoje ręce. Jednak świętem niepodległości ogłosiliśmy dzień 11 listopada, związany z II RP. I wszystko potoczyło się tak jak zawsze. Szkoda, że nikomu nie wpadło do głowy, by uhonorować datę 4 czerwca 1989 r. Datę, która dała asumpt narodom europejskim do zerwania więzów komunizmu.