Miesięczne archiwum: Maj 2013

WYBORY 04 CZERWCA A OFICEROWIE SŁUŻB SPECJALNYCH

Po 4 czerwca 1989 r. pozornie wydawało się, że prawda o społeczeństwie spadła na esbeków z elegancją żelbetonowego bloku, a peerelowskie służby specjalne osiągnęły dno. Ale tak jedynie się wydawało. Niektórzy zaradni oficerowie udowodnili, że dno może być także twardym gruntem. Najinteligentniejsi funkcjonariusze już dawno zrozumieli, ze prawdę narzuca się innemu człowiekowi siłą samej prawdy, a nie przemocą prawa, przymusu ekonomicznego lub działalnością operacyjną. Czekali tylko okazji, aby pomaszerować pod nowymi sztandarami.

Wściekacie się, bo bulwersuje was oddanie nadzoru nad służbami specjalnymi III RP w ręce kramarzy z kiszczakowskiego zaciągu! Jednak, dlaczego mieć za złe kramarzom, że są tym, czym są? Przecież już dawno technika i dolary zmanierowały służby specjalne. Mówicie, że trudno to wytłumaczyć. Może należy pamiętać, że ci, którzy rozumieją tylko to, co da się wytłumaczyć, nic nie rozumieją. Specsłużby są jak magia, czarna i biała. W związku z tym w bezpiece oficerowie dzielili się na pod- i nadludzi. Kontrwywiad stanowił magię czarną – podludzi, którzy nie byli wolni od stosowania brutalnych metod, niekiedy tortur. Natomiast magię białą reprezentował wywiad z zaradnymi asami na czele. Jedni i drudzy nigdy nie szczędzili krwi. Oczywiście, nie własnej. 

Oni pierwsi zrozumieli, co jest warunkiem sukcesu. Jednym z zaradnych był ówczesny podpułkownik Sławomir Petelicki, który szybko zrozumiał, że warunkiem sukcesu jest upór, bo skrajna wrażliwość niesie w sobie tylko porażkę. Petelicki i spółka chcieli żyć w innym świecie, w którym cierpienie jest bezsensowne, a szczęście obowiązkowe. Rozważałem też, dlaczego Petelicki z komilitonami, stanowiącymi arystokrację polskiego szpiegostwa, z przyszłymi generałami Gromosławem Czempińskim, Henrykiem Jasikiem, Wiktorem Fonfarą, Marianem Zacharskim, płk Aleksandrem Makowskim i innymi, nazywanych czasami franciszkanami bezpieki (od nazwiska min. Franciszka Szlachcica – przyp. H.P.), a uznanymi przez ministra Kiszczaka za beztalencia, którzy mieli aspiracje orłami być, sokole loty mieć, są aż tak dyskretni w ujawnianiu dawnych tajemnic resortu?

Oni, którzy gnali do kariery jak wicher po łanie zboża, dla których socraj był czymś tak oczywistym jak Związek Radziecki, słońce albo powietrze, pierwsi zczłowieczeli i dostrzegli, że system dogorywał. Chybko porzucili komunizm, socjalizm i marksizm a schwyciwszy źdźbło czasu zmian wzięli je do siebie i postanowili przejść z filmu czarno-białego na obraz kolorowy. Zaczęli szermować takimi pojęciami jak honor, godność, Polska, niepodległość, Bóg, ojczyzna, moralność, wiara…

Ci mężowie, w swoich życiorysach mają interesujące fakty, które byłyby cudowne gdyby nie to, że nie są prawdziwe. W okamgnieniu zapomnieli, że wylęgli się ze Służby Wywiadu i Kontrwywiadu i przyrzekli sobie, że prędzej piekło zlodowacieje niż wrócą do bronienia socraju! Błyskawicznie przepoczwarczyli się w ugłaskane króliczki, które naczelne władze III RP bez wahania przytuliły do piersi awansując ich oraz nagradzając wysokimi stanowiskami.

Będąc najinteligentniejszymi z inteligentnych, wyraźniej niż inni funkcjonariusze widzieli wylęganie się demokracji. W przededniu powstania III RP znowu uwierzyli, że świat ma dla nich coś lepszego do zaoferowania niż praca za frajerską pensję do emerytury lub do śmierci. Nie mylili się. I wówczas powiedzieli sobie: skoro czas przeszły przestał dla nas istnieć; teraźniejszość cieknie jak woda z dziurawego wiadra, a o przyszłości szkoda gadać, to trzeba postawić na innego konia. Wyrzekli się własnych przekonań, bo zmieniła się strategia Polski i geopolityka świata. Ich idea przegrała.

Boleli nad tym okrutnie, – ale byli bardzo dzielni i nie dali tego poznać po sobie. Potrafili przekuć klęskę w sukces. Błyskawicznie przesiedli się ze swoich zdezelowanych polonezów, fiatów i wartburgów na luksusowe modele samochodów zachodnich. Pomógł im Lech Wałęsa, który, wygenerowawszy Tadeusza Mazowieckiego i Leszka Balcerowicza, polityków antydemagogicznych i antypopulistycznych niezwłocznie sięgnął do komunistycznych kadr szpiegowskich. Nadał niektórym oficerom MSW stopnie generalskie. Znowu byli w awangardzie. To była elita elit metapeerelowskiego wywiadu. Zdawało im się, że są aniołami transformacji w MSW. Baczyli by nikt nie sypał piasku w tryby przemian. Zachowali się z klasą. Reszta służb specjalnych III RP została za tymi funkcjonariuszami o kilka drinków z tyłu. Oni trzymali bank i rozdawali karty. Uważali, że nikt nie powinien mieć do nich o to pretensji

Co prawda ich długoletni guru, Wojciech Jaruzelski, jeszcze w 1987 r. wspominał, jakim wstrząsem była dla niego śmierć Stalina i przekonywał, że generalissimus uczynił wiele dla sprawy socjalizmu, w tym Polski i, że …dystans historyczny pozwoli spojrzeć na postać Stalina spokojnie, bez obciążeń świeżymi jeszcze emocjami, to wymienieni oficerowie już Jaruzelskiemu nie wierzyli. Byli zbyt zdolni, zbyt pragmatyczni, zbyt przezorni, aby dłużej akceptować stalinowskie zachcianki perfidnego, wrednego, obłudnego, zakochanego w sobie „dwupaku generalskiego” Jaruzelski – Koszczak. Bo żeby w przededniu rozpadu komunizmu wychwalać Stalina, żeby coś takiego powiedzieć, trzeba być czeterogwiazdkowym generałem. To był system „Ge-Ge”. Generalissimus (Stalin) & generał (Jaruzelski). Żaden zwyczajny człowiek nie mógł być aż takim idiotą! Przecież już następca Stalina Nikita Chruszczow wiedział, czym był Stalin i stalinizm. Nie darmo, za czasów Chruszczowa rehabilitowano ponad 20 milionów osób. Większości pośmiertnie. Bo co innego założenia komunizmu w ujęciu Marksa, a co innego stalinizm! Znam inteligentów uważających, że komunizm to byłaby dobra rzecz, gdyby ludzie nie byli tacy, jacy są. Kłania się tu myśl prof. Leszka Kołakowskiego, że dobro i zło, sprawiedliwość i krzywda obecne są w świecie tylko przez nas samych.

W tej sytuacji konwersja dobrym momencie nie mogła być zła. Po 1989 r. żołnierze pierwszego rzutu partii, bezkompromisowo walczący w obronie socraju na tajnym froncie, rzucili się w objęcia Kościoła.

Nie, nie upatrywali w Kościele zbawienia. Upatrywali stanowisk. I dostali je. Jednym z najgorętszych konwertytów był Petelicki. Śmiało odwoływał się do chrześcijańskich tradycji Polski i Europy, których nie znał nawet z widzenia. Zawsze zdołał znaleźć kilka składnych słów by zrobić wrażenie patrioty i człowieka zaangażowanego w to, co robi i przekonać, że najbliższe mu są wartości chrześcijańskie, które wyssał z mlekiem matki. Zanurkowawszy w ramionach gen. bp. S.L. Głodzia podpułkownik być może zapomniał, że tradycje chrześcijańskie już dawno odeszły od Ewangelii, że to, oprócz niezaprzeczalnych pozytywów, również krucjaty, inkwizycje, pogromy, palenie na stosie, m.in. Jana Husa, Joanny d’Arc czy Giordana Bruna. To tortury i procesy o czary. To wojny religijne i  prześladowania Żydów, oskarżanie ich, jako narodu bogobójców.  A może o tym pamiętał i dlatego nie miał problemów z udzieleniem sobie rozgrzeszenia za to, co robił? 

Dziś, patrząc na postaci generałów z bezpieczniackimi rodowodami można pomyśleć, że to najspokojniejsi, najprzyzwoitsi, etyczni, moralni ludzie. Tacy, którym można bez obawy dać się ogolić brzytwą. I jedynie niedowiarkowie mogą sugerować, że można przy tym stracić głowę. I jeszcze jedna rzecz przemawia na korzyść byłych esbeków – oni naprawdę umieją pisać! Potrafią smażyć nie tylko donosy. Również książki. No, nie wszyscy. Petelicki na szczęście nie potrafił. Ale przeczytajcie dzieła Zacharskiego, a sami zobaczycie. Ostatnio jeden z nich, płk Makowski, dał się poznać, jako autor zadziwiającej pracy Tropiąc Bin Ladena. Opisał w niej część swoich przygód. Chyba szczerze. Jedynie gdzieniegdzie wzbogacił relację dobrym słowem. Ten oficer, podobnie jak Zacharski, potrafili napisać sakramencko dobre książki. Chryste! Z takimi zdolnościami powinni pracować dla CIA i wymyślać kody nie do złamania przez talibów i ferajnę Władimira Putina.  

Myślę, że znając Zachód, wiedząc, jak ludzie mogą, a nie jak muszą żyć, w chwili, gdy Gorbaczow polecił Jaruzelskiemu zmajstrować z Peerelu coś jakby laboratorium dla pierestrojki esbecy pierwsi przejrzeli na oczy. Gdy nadarzyła się okazja, postawili na nową rzeczywistość. Kombinując wykombinowali dobrze. I nie zawiedli się. Dzięki nowej władzy, a przede wszystkim dzięki Wałęsie mogli orłami być, sokole loty mieć. Więc dlaczego nie ujawnili wszystkiego? Czyżby uznali, że nie warto przeciążać mózgów rodaków?  Przecież zostawszy celebrytami mieli tysiące okazji, aby wytrącić oręż wściekłym lustratorom, używającym lustracji jak górale ciupag, do rozkwaszania głów przeciwnikom politycznym. A celebryta to współczesny alchemik – twierdzi Krzysztof Varga, – który z gówna robi złoto. Więc dlaczego…?   

 

Więcej w książce Rendez-vous z generałem Petelickim

LECH WAŁĘSA contra BOGDAN BORUSEWICZ

Opowiadanie prawdy jest największym dowcipem na świecie.       

                                                                       George B. Shaw

 

Zbulwersowały mnie doniesienia medialne o wzięciu się za łby L. Wałęsy z B. Borusewiczem, czyli, jakby powiedzieli specjaliści z niegdysiejszych służb specjalnych: „robol” skoczył do gardła „jajogłoweniu”. Bijatykę na słowa sprowokowała swoim niemądrym wystąpieniem Henryka Krzywonos, której – tak mniemam – zaszkodziła medialna sława zdobyta dzięki… nie, nie występowi w latach 80., a dzięki dzięki wspaniałemu, ale incydentalnemu i koniunkturalnemu wystąpieniu w 30 lat po wybuchu „Solidarności”, w czasie którego zaatakowała… Jarosława Kaczyńskiego.

W tym momencie nie sposób nie postawić pytania, czy nie była to aby opóźniona o  lata realizacja  kombinacji operacyjnych, opracowanych w MSW w latach 80.?  Kombinacji zakładających tak zwane lipowanie (w żargonie MSW preparowanie fałszywych wiadomości) na temat działaczy „Solidarności”, zmierzających do skłócenia przywódców związku.

Ty przypominam tylko, nieznacznie zmienione to, co pisałem w „Tajnej historii mojego życia…”                     

            W 1980 r. na początku był wielki gniew. Wprawdzie z telewizora błyskało, że sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna, bo krowy były tłuste, a wieprze zadowolone, tylko ludzie, nie wiedzieć, dlaczego, świń nie utożsamiali z trzodą chlewną, a z komitetami partyjnymi i z SB 14 sierpnia 1980 r. Wałęsa stanął przed murem, który ludzie bez powodzenia usiłowali przebić głową. Wałęsa – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – „wirtualnie go przeskoczył”. I zaraz po tym ucichł klangor żurawi stoczniowych i rozległy się okrzyki wzywające do rewolty.

W ślad za tym zabulgotało Trójmiasto. Potem zafurkotał cały Peerel. Pomyślałem, że natężonego ambicją znanego prowodyra Lecha Wałęsę, wraz z gronem doradców, którzy wprowadzali robotników w sposób zwykły w świat niezwykły, czeka trudne zadanie. Trzeba przekonać masy, że warto się bić. Bo może nie skończy się to tak, jak w czerwcu i październiku 1956 r., w marcu 1968 r., w grudniu 1970 r., w czerwcu 1976 r.? Wychowany na Polakach-doprzodowych myślałem, że zobaczę sukces Polaków-zwyklaków, tak jak własne uszy bez zwierciadła. Ciekaw byłem, czy robotnicy, wsparci inteligencją, którą można utożsamiać z dawną szlachtą, poradzą sobie lepiej. Nie wiem czy doradcy cytowali Wałęsie słowa Zygmunta Krasińskiego: Jeden tylko, jeden cud: / Z szlachtą polską polski lud, / Jak dwa chóry – jednio pienie!  Wiem, że Krzysztof Pomian pisał: “Solidarność” nie mogłaby się pojawić, osiągnąć swych celów, ani zaspokoić oczekiwań, jakie się w niej pokłada, bez udziału inteligencji.

            W powojniu połączenie “roboli” z jajogłowymi było nowością w awanturach z władzą. Do tej pory obie klasy walczyły oddzielnie. Robotnicy pięściami, intelektualiści – rozumem. Przypuszczałem, że doradcy będą musieli przekonać masy, jak przejść od kościoła komunizmu do kościoła kapitalistycznego. Gdyby w sierpniu 1980 r. doradcy powiedzieli ludziom prawdę, w jaki sposób zamierzają ich urządzić, nikt by za nimi nie poszedł. Musieli łgać. Można to było osiągnąć tylko w jeden sposób. Trzeba było, aby ludzie uwierzyli, że mają do czynienia z wybitnym przywódcą, z kimś na kształt Boga, który ich poprowadzi do ziemi obiecanej. Należało takiego kandydata znaleźć. I choć aspirowało wielu wybrano Wałęsę, bo, jak twierdziły masy – Wałęsa miał w sobie to coś, co umysł ludzki rozjaśnia i do klękania skłania. Działał jak hipnotyzer. Przerabiał człowieka w medium. Boskość Wałęsy miała się dokonywać poprzez opanowanie tłumów. Tak jak boskość Castro, Kim Ir Sena, a nawet Lenina. Udało się. To doradcy, media i służby specjalne są temu winne. Wciągając do zabawy krajowe i zagraniczne ośrodki propagandowe, sprawili, iż masy myślały, że:

            Lech Wałęsa to osoba niebywale sympatyczna

            Lech Wałęsa to osoba nieprzeciętnie inteligentna

            Lech Wałęsa to osoba niezwykle utalentowana

            Lech Wałęsa to osoba niespotykanie miła

            Lech Wałęsa to osoba prawdziwie szczera

            Lech Wałęsa to osoba wyjątkowo błyskotliwa

            Lech Wałęsa to osoba bardzo przyjacielska

            Lech Wałęsa to osoba zniewalająco urodziwa

            Lech Wałęsa to osoba całkowicie bezinteresowna

            Lech Wałęsa to osoba niesłychanie dowcipna

            Lech Wałęsa to osoba nad wyraz skromna

            Lech Wałęsa to osoba dająca się lubić

            Lech Wałęsa to osoba zdolna poprowadzić do zwycięstwa.

            Żaden z tych sloganów nie był prawdziwy – z wyjątkiem ostatniego. Ale ludzie uwierzyli. Okazało, że masy wierzą nie w to, co widzą, a w to, w co chcą wierzyć. Nie wiem, jak to się stało. Czasem nie można powiedzieć prosto, o co chodzi, w ogóle nie można tego wyrazić w zdaniach mających sens logiczny. Wydawało mi się, że Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienie z upoważnienia, choćby i B. Borusewicza, choć raz chciałby coś zrobić bez pozwolenia. I zrobił, i mówił: Nie wiem, czy jestem przywódcą, ale gdy tłum milczy, rozumiem, co chciałby powiedzieć, i sam to mówię. A z okazji trzydziestej rocznicy Sierpnia ‘80 skromnie zauważył:…Ja tylko walczyłem o możliwości. Wywalczyłem ją i przekazałem narodowi to zwycięstwo. Ja mogłem być jeszcze lepszy niż Castro, Kim Ir Sen czy nawet Lenin. Ja to potrafię, mogłem wodzem być. Przyznaję, III RP bez Wałęsy byłaby tylko olbrzymią dziurą w przestrzeni, jak staw Moneta pozbawiony lilii.

            Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że wielki człowiek to taki, który nikogo innego nie przypomina. I Wałęsa taki jest.

                                               ***

            Przez 45 lat Polska przypominała bilard. Kijem, trzymanym przez Kreml była partia. Kulami społeczeństwo. Szturchane przez kij kule zgodnie toczyły się w pożądanym kierunku. Aż przyszedł sierpień 1980 r. i jedna kula zaczęła podskakiwać przeciwko kijowi. Za nią poszły inne. Tak pojawiła się nowa gwiazda i nowa siła – Lech Wałęsa i “Solidarność”. Ich mit tworzył się na naszych oczach. Było to zagrożenie dla stworzonych przez Stalina układów. No i stało się. Nastał grudzień 1981 r. Zima była ostra. Mróz zmroził ziemię. Ściął rzeki. Gen. Jaruzelski zrobił coś gorszego. Ogłosił stan wojenny i zaczął wybijać kule. Ale nie wybił wszystkich. Panna “S” straciła dziewictwo dopiero za sprawą Wałęsy, który w czasie prezydentury wmontował związek we władzę. Jego wrogowie uważają, że tego nie powinien robić. Prawdziwi rewolucjoniści powinni patrzeć sobie prosto w oczy. Jeżeli nic tam nie widzą, powinni szczerze o tym porozmawiać i kolektywnie ustalić strategię.

Wódz tego nie zrobił. Uważał, że wie lepiej, co jest dla Polski dobre. Po latach idee „S” są nadal uwodzicielskie, lecz martwe niczym oko śniętego dorsza. Mają same zalety i jedną wadę – nie żyją. W 1989 r. Wałęsa, mający dziwną, pozaludzką siłę spojrzenia w przyszłość, miał do wyboru alternatywę: albo państwo, albo związek. Wybrał państwo. Zachowanie Wodza wskazuje, że im więcej ludzi było koło niego, tym większą samotność odczuwał. Gdy rozciągał parasol związkowy nad rządem, spadek realnych dochodów społeczeństwa przekroczył 25 proc. Żeby nie mówić o cenie transformacji, trajlowano o zwycięstwie nad komuną i agentach. Ale czy było lepsze wyjście? Jak przejść od praktycznego rozumu komunistycznego, który mimo całego absurdalizmu tak długo kręcił się po świecie i reprodukował, wiedział u nas tylko Balcerowicz. Ale i on, prawdę mówiąc, sprawę spieprzył.

            Aby scharakteryzować Peerel, uciekam się do sparafrazowania wypowiedzi Thomasa Bernharda. Wygląda to tak: Żyliśmy w tępych czasach. Nasz demonizm to był ustawiczny komunistyczny karcer, w którym głupota i bezwzględność stały się codzienną potrzebą. Państwo było tworem, któremu z góry sądzona była klęska, lud zaś skazany był na bezczynność i debilizm. Wałęsa postanowił z tym walczyć. Można go za to kochać albo nienawidzić. Nie da się przejść obok niego obojętnie. Już Hegel twierdził, że wielkie postaci historyczne w najważniejszych momentach nie pojawiają się przypadkowo. Niestety, z chwilą przyssania się Wałęsy do prezydentury było gorzej. Wódz dopuścił do tego, że III RP zamieniła się w krainę rozhisteryzowanych bab i wrzeszczących kombatantów. I tak jest do dziś.

            Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że nie mając wykształcenia, praktyki ani wzorców postępowania Wałęsa musiał stosować metodę prób i błędów. Tak, może i był słabo wykształcony, ale dzięki nieomylnemu instynktowi zrozumiał, na czym polega niesprawiedliwość socraju i postanowił to zmienić. Porwał się na coś, czego nikt inny przedtem nie zrobił. Postawił przed sobą ambitny cel: doprowadzenie do normalności porąbanej przez Stalina Polski.

W czym tkwi tajemnica sukcesów Wałęsy? Może w tym, że do czasów prezydentury ludzie nie wyczuwali w nim żadnego fałszu, żadnej wyższości, odmienności, dźwięku szlachetnego kruszcu cechującego intelektualistów. Z takiego poziomu pospolitości, szarości i zwykłości prości ludzie lepiej słyszą, co się do nich mówi. Pamiętam taki obrazek w stoczni: Wałęsa otoczony tłumem. Trajkocze jak karabin maszynowy lub wróżbita objaśniający sny. Mówi i gestykuluje. Przekonuje do wytrwania. Jego mowa ciała przypominała gestykulację szamanów syberyjskich bądź kapłanów wudu, wprowadzających tłumy w trans. Słuchający go ludzie nie mieli pojęcia czy słyszą głosy onomatopeiczne czy wieszczenia nawiedzonego trybuna ludowego chcącego ich kłamstwem zachęcić do boju. Nie mieli pojęcia czy to jawa metafizyczna, czy oniryczne widzenie świata.

Wałęsa potrafił mówić językiem podwórka, bazaru, warsztatu elektryka, baru mlecznego, autobusu, hotelu robotniczego, tramwaju czy portowej knajpy. Miał w sobie to, co Amerykanie nazywają street smart – język ulicy. Był to jego język. Nie musiał udawać. Była w nim odrobina cynizmu i cwaniactwa, robotniczej godności i strachu przed Panem Bogiem. Nie było hipokryzji i lęku przed rządzącymi. Jeżeli prawdą jest, że język jest zwierciadłem duszy, to język Wałęsy układał za niego słowa i myślał za niego. Słowa Wałęsy odciskały się w wyobraźni tłumów. Niczym Pan Twardowski „śmieszył, tumanił, przestraszał”. Bez takiej zachęty nie byłoby buntu mas. A bunt to dostojeństwo niewolnika. Gdy jednak w czasie prezydentury wydawało mu się, że upodobnił się do Chrystusa, stał się cyniczny, arogancki i zarozumiały, stracił wszystko. Gdy spadł ze stołka, znowu zrozumiał, że powinien pokpiwać z własnych wzruszeń i dokonań. Jest żywym trupem politycznym, który jeszcze chodzi. I taki Wałęsa znowu jest urokliwy i rozbrajający, ucapiający ludzi za serca.

            Jego wrogowie zauważyli, że w kulturze biblijnej na początku było słowo, w komunizmie – CzeKa (później NKWD), a u podstaw niepokalanego poczęcia IV RP legł agent. I przypuścili atak. On widział las. Jego rywale, w tym H. Krzywonos tylko pojedyncze drzewa. Wódz jest oskarżany nie tylko o agenturalność, ale także o to, że dopuścił, by dawni agenci zajmowali stanowiska umożliwiające im spenetrowanie i kontrolowanie części życia III RP – sektora bankowego, PZU, ZUS itp. W Peerelu Wałęsę uważano za destruktora i pasożyta socjalizmu. Oficjalnie mówiono, że to megaloman, bluźniercą i wariat, ale po kątach szeptano, że to może polityczny geniusz, który przyczynił się do obalenia Gierka i Kani. Dowodem na to są chociażby protokoły Biura Politycznego KC PZPR. W 74 protokołach (od 14 sierpnia 1980 r. do 20 grudnia 1981 r.) Wałęsą zajmowano się 72 razy, odsądzając go od czci i wiary, podczas gdy innymi opozycjonistami “S” razem wziętymi jedynie 19 razy (Borusewiczem – 1 raz, Bujakiem – 8, Gwiazdą – 6 i Walentynowicz – 4 razy. Krzywonos nie wymieniono ani razu). Czy Wałęsę martwiło to “wyróżnienie? Chyba nie. Stygmatyzująca łatka “wroga nr 1. socraju” stała się dla niego czymś pożądanym. Stanowiła argument do walki z wrogami wewnętrznymi. I H. Krzywonos, swoim niemądrym wystąpieniem usiłuje mu to odebrać, w tym miejscu pozostaje tylko postawić pytanie: dlaczego, wiedząc jaka jest rzekoma prawda milczała o tym przez kilka dziesiątków lat? 

            Aby wyjaśnić niejasności najnowszej historii, w tym ocenić zachowania ważnych osób, pożądane jest pozbycie się wszelkich tajemnic. Alternatywa jest taka: albo ukrywanie, albo jawność. Nie ma innej opcji. Jawność, poszanowanie praw człowieka i wolność wypowiedzi. Po spełnieniu tych warunków zobaczymy, kto jest bohaterem, a kto świnią. Każde społeczeństwo dzieli się na policjantów, złodziei, okradanych i manipulowanych. Rzecz jest tylko w proporcji.

            Więcej na ten temat w książce Tajna historia mojego życia. Wałęsa i … Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW.

Tylko do nabycia w wydawnictwie

 e-mail: cbwydawnictwo@home.pl

księgarnia internetowa: WWW.cbwydawnictwo.home.pl

 

WAŁĘSA, WUDU, GROTOWSKI, FILM I… BEZPIEKA

W „Newsweeku” (19/2013) ukazał się interesujący artykuł Dawida Karpiuka o filmie rozpoczynającym festiwal Palanete+ Doc. Myślę, że film Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego „Sztuka znikania” wzbudzi spore zainteresowania, a to ze względy na temat: religią wudu w kontekście Wałęsy, Grotowskiego, egzotycznej scenerii polsko-haitańskiej i …bezpieki.

Główny wątek osnuty jest na dziwnym osobniku, kapłanie wudu Amonie Fremonie, który jest magiem tajemniczej religii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo tajemniczych religii są setki, gdyby nie fakt, ze Freon ma polskie korzenie. Przed laty fakt ten skłonił MSW do zainteresowania się wudu. Zajmował się tym Departament III Służby Bezpieczeństwa oraz departamenty I i II, a także Biuro Paszportów ze Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. Bezpieka wpadła na trop Amona dzięki kontroli korespondencji teatru Grotowskiego. Niestety w filmie pominięto wątek związany ze służbami specjalnym. A chyba szkoda, bo to ciekawy trop.

Dlaczego? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

Przed laty, zainteresowany Teatrem Źródeł usiłowałem coś na temat rozpracowania Grotowskiego i jego teatru napisać. Wziąłem na spytki płk. Marcelego Wieczorka, który pod płaszczykiem dyplomaty kupował w Nowym Jorku i Chicago najnowsze technologie kluczowego przemysłu USA, zbierał materiały wywiadowcze, a łącząc zainteresowania prywatne (zen, joga, parapsychologia, tajemnice zombi, wudu, Hare Kryszna) interesował się różnymi dziwnymi sprawami będącymi przedmiotem badań CIA, również ja poświęciłem parapsychologii nieco uwagi.

Wieczorka nęciły sprawy mesjanizmu, parapsychologii, szamanizmu, wudu, kaznodziejstwa, grup religijnych, sekt itp. Pułkownik “zaprzyjaźnił” się nawet z generałami N. Twingiem i W.B. Smithem (ich zdjęcia publikowałem w „Tajnej historii Polski”), mającym służbowo podobne zainteresowania. Pułkownik powiedział mi, że wokół Wałęsy były jakieś kombinacje operacyjne z wykorzystaniem Jerzego Grotowskiego. Ten swoisty mag teatru polskiego był romantykiem przepuszczonym przez Młodą Polskę i nic dziwnego, że od początku międzynarodowej działalności budził zainteresowanie I, II, i III Departamentów MSW. Wieczorek twierdził, że w ramach “Teatru Źródeł” zainspirowano Grotowskiego do zaproszenia do Polski grupy Sain Solei. Było to łatwe przedsięwzięcie. Teatr Laboratorium Grotowskiego był na polecenie Szlachcica solidnie zinfiltowany i wedle pułkownika roiło się w nim od kapusi.

Na początku Grotowskim zajmowała się bezpieka w Opolu, a następnie we Wrocławiu. Twórcę otoczono wianuszkiem agentów i urządzeń technicznych rejestrujących mowę i wizję. Gdy nastał etap Wałęsy, Biuro Paszportowe otrzymało od Pożogi polecenie nie stawiania teatrowi przeszkód w kontaktach zagranicznych. Teatr zaprosił Haitańczyków do Polski

Po przyjeździe gości z Amonem Fremontem z wioski Cazale, kapłanem wudu o polskich korzeniach, zamierzano Fremonta wprowadzić w krąg Wałęsy. Z kierownictwa resortu zajmował się tym zastępca dyrektora “dwójki” płk Henryk Lewandowski. Jednym z wykonawców kombinacji był Wieczorek, który nie chciał się na ten temat rozwodzić. Mówił, że wszystko opisał w swoich liczących ok. 700 str. wspomnieniach, a resztę ujawni w biograficznym filmie kręconym przez Ignacego Szczepańskiego (którego byłem konsultantem).

Bezpieka prowadziła w latach 70.  i 80. długofalową grę z grupą religijną Hare Kryszna. Kiszczak był jednak zdanie, że ze względu na kościelne powiązania „Solidarności”, a w szczególności Wałęsy, nie da się połączyć operacji przeciwko tej grupie religijnej z “Solidarnością”. Postawiono na wudu i Fremonta (decydowały polskie korzenie kapłana). Chciałem się tymi sprawami zająć po wydaniu wspomnień Wieczorka i skończeniu filmu.

Nie wykonałem postanowienia tak, jak nie urzeczywistniłem 99 proc. innych planów. Pułkownik, leczony na przepuklinę, zmarł nagle na udar mózgu. Jego syn, który odziedziczył archiwum ojca, wkrótce po jego śmierci wpadł pod samochód i zginął na miejscu. Zbiory pułkownika, obejmujące różne szpargały, taśmy i zdjęcia, zdematerializowały się, podobnie jak i przygotowane do druku wspomnienia. Przez pewien czas interesował się tym IPN. Nie wiem też, czy w materiale roboczym kręconym przez Szczepańskiego są jakieś wątki dotyczące Fremona. Ograniczyłem się wiec do lakonicznego zasygnalizowania sprawy Amona Fremona w książce Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW (wydawnictwo CB, Warszawa 2012).