Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

MIŁOŚĆ, FEMINIZM, KOBIETA W KRAJU RAD i …

Będąc gorącym zwolennikiem kobiet, feminizmu, wszelkiej miłości i Wandy Nowickiej, pogrzebałem nieco w starych dokumentach, aby sprawdzić jak sprawy kobiet wyglądały w państwie – zwanym do niedawna – państwem przodującego ustroju. Państwem, które już, na szczęście, mimo wysiłków mojego przyjaciela, Władimira Putina (vide”: Kim jest Putin. Wielki blef generałów), do którego, zapewne podświadomie, tęskni pewien rzecznik partii o imponującej nazwie, ksywa „Siusiak”,  jest martwe niczym Atlantyda. Ale od rem:

Jakże się to zaczyna… Jak to się zaczyna?… Tam do diabła, c`est la question, ma tres chere. Wynotowałem nawet kilka ciekawostek. Oto fragment z Dekretu o uspołecznieniu kobiet:. Wszystkie kobiety przestają być własnością prywatną i stają się dobrem narodu. Wszyscy mężczyźni posiadają prawo nie częściej niż trzy razy w tygodniu, przez trzy godziny, korzystać z jednej kobiety.

W broszurze Rewolucja i młodzież przeczytałem: Dobór płciowy należy budować po linii rewolucyjno-proletariackiej celowości klasowej. Do stosunków miłosnych nie należy wprowadzać elementów flirtu, zalotów, kokieterii i innych metod specjalistyczno-płciowego podboju.

Jeszcze inny dokument ostrzegał: Pociąg seksualny do partnera z wrogiej klasy jest czymś nieprzyzwoitym, wywołującym niesmak, jest zboczeniem tak samo, jak pociąg seksualny do krokodyla lub orangutana.

W tym prostym, jak konstrukcja sierpa i młota dekretowaniu stosunku człowieka radzieckiego do kobiety, fałszywie pobrzmiewa anegdotka dotycząca Lenina i jego kochanki Inessy Armand.

Inessa, francuska komunistka pochodzenia rosyjskiego, była zauroczona Leninem i vice versa Nie tylko nie odmawiała wodzowi rewolucji francuskiej dupy, ale wyprawiała z nim takie brewerie, o których nie tylko „Siusiak”, ale nawet dzisiejsi hedoniści z Ruchu Palikota mogą tylko marzyć. Harce Lenina z nadsekwańską komunistką tak bardzo zniesmaczyły Stalina, że późniejszy generalissimus porozmawiał z tow. Iliczem, niczym komunista z komunistą. Od siebie dodam, że nie mogę wykluczyć, że Stalinem kierowała zazdrość. Nie należy się temu dziwić. Inessa była naprawdę piękną kobietą. Nie było porównania z “łupami” Stalina, w rodzaju naszej Wandy… Wasilewskiej, oczywiście.

Wprawdzie oficjalne dokumenty nic na ten temat nie mówią, to tajemnicą poliszynela jest, że Ilicz dla dobra rewolucji zrezygnował z miłości. Nie, nie rozwiódł się niczym Berluskoni, Sarkosy albo inny Marcinkiewicz ze swymi dotychczasowymi połowicami, wymieniając je na nowszy model. Ojciec rewolucji sowieckiej zrezygnował wprawdzie z oficjalnego udomowienia Inessy, ale nie zrezygnował z igraszek. Armand zaakceptowała układ, a Stalin wydał ustną dyrektywę, aby przeznaczone do publikacji zdjęcia Inessy zohydzać, retuszując je w taki sposób, że nawet najbardziej pijany onanista nie wyciągał ręki po fotografię kochanki Lenina.

A jak w przodującym ustroju radzono sobie z kłopotami związanymi z wykonywaniem Dekretu o uspołecznieniu kobiet [prawo mężczyzny do korzystania trzy razy w tygodniu przez trzy godziny z jednej kobiety]? Oto dzięki staraniom Aleksandry Kołłontaj [autorki Drogi dla skrzydlatego erosa] sprowadzono z Niemiec i Danii prezerwatywy oraz środek stosowany w kuracji antysyfilisowej.

Jak widać, szeroko rozumiana miłość, to problem, którego nawet taki łepski facet jak Lenin, nie potrafił rozwiązać samymi dekretami, ale musiał się skorzystać z pomocy wrednych kapitalistów. Warto, aby nasi związkowcy, pod światłym przywództwem P. Dudy i innych wodzów, którzy są najlepszymi związkowcami świata, z okazji kolejnych manifestacji w Warszawie, i nie tyko, wzięli doświadczenia niegdysiejszego przodującego państwa na świecie, do którego, być może, zmierzają, i ostrzej niż dotychczas, upomnieli się o prawa kobiet, by poparli feministki i wspólnie zbudowali matriarchat, czyli typ społeczeństwa pierwotnego, w którym dominujące znaczenie miały kobiety. Bo jak poucza F. Nietzsche: Kobieta doskonała jest wyższym typem człowieka niż doskonały mężczyzna; a także czymś o wiele rzadszym.

 

 

WAŁĘSA ZNOWU NA TAPECIE

Sądzę, że film A. Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, mimo chyba głupiego, bo szalenie pretensjonalnego tytułu, znowu wprowadzi na „rynek” postać, która nie ma odpowiednika w dziejach świata. Zanim obejrzę film, który jedni (nie widząc oczywiście dzieła Mistrza Wajdy) już określają mianem filmu kongenialnego, a drudzy obrzydliwą hagiografią, pozwolę sobie przypomnieć własne boje z „tym tematem”. Jestem przekonany, że, mimo starań głównego bohatera (vide: jego kontrowersyjne wypowiedzi), Wałęsa powoli przechodzi do lamusa. Film go na pewno w stamtąd wyciągnie. Czy wywoła histerię narodową? Mam nadzieję, że tak się stanie.

Odwołam się tu do Istvana Bibo, twierdzącego, że: Prawdziwa wielka histeria społeczna występuje wtedy, kiedy wszystkie typowe sygnały pojawiają się jednocześnie: fałszywe postrzeganie realiów przez wspólnotę, niezdolność do rozwiązywania problemów niesionych przez życie, niepewna lub przesadna samoocena, irrealność i brak miary w relacjach na bodźce ze strony otaczającego świata. Wajda dał sygnał. Z tego, co mówią wiewiórki reżyser rozstrzygnął alternatywę: BOHATER czy ŁAJDAK na korzyść bohatera. Reszta zależy od mediów.

Zanim posłucham spodziewanego wrzasku pozwólcie przypomnieć niewielki fragment książki Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW. Nie wiem, czy Lech Wałęsa był bohaterem, czy łajdakiem? Dla mnie był bohaterem. Dla innych łajdakiem. To jest czysty subiektywizm. Posłużę się przykładem Finów. Wiedząc, że prezydent (1956-1981) Urho Kekkonen  był sowieckim agentem, postawili mu pomnik i cenią  za dokonania. Nie wiem, czy po lekturze książki będziecie zdezorientowani, czy zorientowani. To musicie rozstrzygnąć w swoich sumieniach. Zanim wydacie sąd, zechciejcie zauważyć, że Wałęsa nie był politycznym safandułą czy dandysem. Nie był też Filipem z konopi. Był trybunem ludowym. Zagrał va banque. Postawił życie i to, co miał najcenniejszego – życie swojej rodziny, żony i ośmiorga dzieci na jedną szalę. A warto pamiętać, że z wielkich postaci “S” tylko on miał tak liczną rodzinę. Większość była samotna. I choć miał zaledwie jedną szansę na milion, wygrał! Dokonania Wałęsy mogą być porównywalne z Szekspirem. Przecież “nieuk” ze Stratfordu, miejscowości na angielskiej prowincji, po przybyciu do Londynu zadziwił i nadal zadziwia świat ponadczasowymi dziełami. A Wódz? Przybysz z hiperzapyziałego Popowa, po przybyciu do Gdańska przeskoczył płot, obalił komunizm i wprowadził kapitalizm do Europy Środkowo-Wschodniej i jak sam mniema, nikt nic już dla tego obszaru lepszego nie wykombinuje. Pod tym względem Wałęsa jest podobny do szekspirowskiego Makbeta, z jednym wszakże wyjątkiem – Makbet wyrzynał najbliższych, Wałęsa zarzynał jedynie bolszewię. A zagadka brzmi: jak to możliwe, że Wałęsa został Wałęsą? I czy po iluś tam wiekach ludzie będą zastanawiać się, tak jak to się dziś dzieje w wypadku Szekspira, czy Wałęsa był Wałęsą?         

            Znalem go z widzenie z 1970 r., ale na dobre moja przygoda z “tym tematem” zaczęła się dziesięć lat później. Jako kierownik działu w redakcji tygodnika WOP “Granica”, niedługo po zarejestrowaniu “S” otrzymałem polecenie publicystycznego skwitowania tego wydarzenia. Wezwałem personel. Miałem dwie cudowne współpracownice, Krystynę B. i Walentynę J. (personalia zmienione – HP). Krystyna była śliczna i miła. Sprawiała wrażenie wiecznej dzierlatki. Z cerą białą jak krem nivea, cudownymi bałamutkami zdobiącymi jej kibić niczym Giewont Zakopane, wyglądała jak istne bióstwo. Miała tak piękne oczy, że musiałem się  pilnować, aby się w nich nie utopić. Cechował ją brak zasad moralnych i co dzień budziła się w innym łóżku. Po każdej randce twierdziła, ze jest dziewicą. Nie wiem czy nie kłamała. Nie byłem mizoginem, ale nie sprawdzałem. Jednak nie można wykluczyć, że jej galopanci byli indolentni seksualnie. Ale Krysia B. była przy tym ciut ciut tumanowata, gamoniowata i zdolna do najgorszych rzeczy, co w tym zawodzie, w powiązaniu ze specsłużbami było uważane za zaletę. Krystyna jak nic nadawałaby się do pierwszoplanowej roli w filmie moralnego niepokoju, albo na współczesną prezenterkę telewizyjną lub nawet posłankę. Zdyskwalifikowałem ją od razu. Wybrałem nieco starszą Walentynę, która była pedantką.  Przerażało ją wszystko, co nie było w najlepszym gatunku. Liczyłem, że spodoba się Wałęsie. Wala jak każda – kiedyś piękna – kobieta z każdym rokiem stawała się jednak mniej ładna. Jej cudowne piersi coraz bardziej ulegały prawom grawitacji, a o silikonie jeszcze nikt wówczas w Peerelu nie słyszał. Równocześnie dziennikarka usiłowała być coraz lepsza, spolegliwa, miękka i ciepła. Była tak cholernie empatyczna i soczysta, że chciałoby się ją przytulić, a może nawet zjeść. Nie próbowałem tego. Teraz żałuję. Ilekroć na nią patrzyłem, przypominała mi się Marsylianka, kobieta półnaga, z gołym biustem lud na barykady wiodąca. Sądziłem, że właśnie ona była zdolna podejść Wałęsę, który wprawdzie zajęty był przygotowywaniem mas do walki o nadanie ludzkiej twarzy socjalizmowi, ale nigdy nie odmawiał damom, byle młodszym od piramid. Poleciłem Walentynie skontaktować się z Wałęsą i napisać reportaż. – O, to świetnie się składa. Chcę zostać pisarką. To może być dobry temat na literaturę faktu – powiedziała redaktorka. Jak większość szefów, miałem w sobie coś z chama. Powiedziałem: – Na pisarkę jesteś za głupia, na grafomankę już za brzydka. Lepiej pozostań tym, kim jesteś. Masz okazję napisać dobry tekst.

Reporterka obraziła się, ale po tygodniu miałem na biurku reportaż i taśmę magnetofonową z nagraniami jakichś nieznanych dupków. Nie było w nim dobrego słowa o Wałęsie. Dziennikarka z nim w ogóle nie rozmawiała. Było dużo o kontrrewolucji, stratach gospodarki i knowaniach zachodnich rewizjonistów. Niektórzy uważają, że taki słowotekst charakteryzuje jedynie osoby z zaburzeniami macicy. W tamtym czasie miałem za długi język i krótki rozum. Nie bacząc, że jestem legatem ancien regime, wezwałem dziennikarkę i powiedziałem, że to, co napisała jest wredne, plugawe, napawające wstrętem, bo… too much sheet, naprawdę, za dużo gówna  i… wyrżnąłem maszynopisem o ścianę. Dziesiątki kartek sfruwało niczym sępy na padlinę, pokrywając podłogę, na której rozłożyłem serwis zdjęciowy mający ilustrować tekst o Wałęsie. Wala była teraz niczym łapka kocia. Gdyby się ją lekko przycisnęło, dałoby się wyczuć pazurki. Sprawiała wrażenie dobrodusznej wariatunci. Spojrzała na mnie w sposób szczególnie obraźliwy, wydzierając się przy tym niczym konduktorka w pociągu. W tym momencie przypuszczałem, że mam do czynienie z sukubem – demonem pod postacią pięknej kobiety. Wala odwołała się do szefa Zarządu Politycznego WOP Władysława Jury, generała z koncyliacyjnymi skłonnościami, działacza partyjnego z ortodoksyjnymi poglądami, wroga “S”, Wałęsy i KOR-u. Jura lubił mówić o niczym. Była to jedyna rzecz, na której się znał. Jego wystąpienia były nie do strawienia. Ciągle mylił fakty z mitologii z zabobonami komunizmu. Mógłby z powodzeniem powtórzyć za filozofem: Jeśli się mylę, to jestem.  Generał zwołał na temat mojego postępku naradę aktywu zarządu. Organizowanie narad było ulubionym zajęciem Jury. Od takiego gremium szef ZP WOP wymagał powagi i nabożnego skupienia. Był na tym punkcie nadczuły. Już na początku  urzędowania, pomyliwszy piąte zadanie – wytępienie ptaków stymfalijskich, nakazane przez wyrocznie Heraklesowi, ze szpakami i gołębiami rozkazał wytruć wszystkie ptaki siadające na parapetach okiennych. Uważał, że ptactwo swoim świergoleniem uwłacza powadze obrad. Było gorąco i aktywiści myśleli raczej o piwie niż o imperialistach, Żydach z KOR-u, “S” i Wałęsie usiłujących zrobić kuku pękającej od nadmiaru perspektyw ojczyźnie. Socjalizm wydawał się być wieczny a Peerel – nieśmiertelny. Wałęsa sprawiał wrażenie osoby niepoważnej, którą, w myśl zapewnień ministra Kowalczyka, resort, wraz z opozycją, nakryje czapkami. Ktoś podsunął generałowi fraszkę Jana Sztaudyngera. Jura, mówiąc o Wałęsie, KOR-e  i “S”, z upodobaniem ją cytował: Tak uradziła babka z babką: / Gówno najlepiej przykryć czapką. Koledzy nie chcieli mi szkodzić. Atakowano umiarkowanie. Nawoływano do złożenia samokrytyki. Najzacieklej bronił mnie płk dr Andrzej Błażej wymyślający karkołomne argumenty na moje usprawiedliwienie. Mimo że uważałem Wałęsę i “S” za stado rajskich ptaków wpuszczonych do komunistycznego kurnika, nie zdradziłem się. Uznałem swój błąd. Powiedziałem towarzyszom, że do Trójmiasta powinienem wysłać diabła a nie babę. Złożyłem autokrytykę. Udając kulawego trzmiela grałem głuptaka, którego ominęło objawienie marksizmu. Osiągnąłem kompromis. Materiał powędrował do kosza. Mnie uznano za “adres niepewny” i wpakowano w rubrykę: “z tym towarzyszem rozmawiamy rzadziej”. Dotknął mnie też wskazujący palec sprawiedliwości społecznej, pozbawiając dodatku funkcyjnego i awansu na kolejny stopień wojskowy.

Po latach, gdy Wałęsa, do którego nikt nie był podobny, a on był podobny do wszystkich i u którego podziwiałem pruskie cnoty służby państwu, bawarską jurność życia i coraz większy klerykalizm – nadal mnie interesował, ukradłem pomysł Walentynie. Nie zamierzałem pisać książki antycypacyjnej. Chciałem postawić kilka pytań, na które każdy sam musi sobie odpowiedzieć, aby nakreślić obraz Polski w przyszłości. A nie da się tego zrobić bez retrospekcji. Musiałem to zrobić najprościej jak się da. Chciałem opowiedzieć o najwybitniejszym żyjącym Polaku. Ale jego się nie da opowiedzieć. On do niczego, oprócz siebie podobny nie jest. Myślę, że takie pisanie jest nudne jak seks. Nie wierzycie? Zapytajcie zawodowców. Spytajcie pisarzy, reżyserów. Popytajcie prostytutki. Ta książka, jako prawda nie ma sensu. To jest tylko mój ogląd subiektywny widzianej, przeczytanej i zasłyszanej rzeczywistości. A prawem paradoksu – im ogląd jest sztuczniejszy, im miej chce naśladować prawdę, a raczej być prawdą, tym bliższy jest prawdy. Więc tu ostrzeżenie. Ursula LeGuin napisała szalone zdanie, które nicuję na własne kopyto. Jestem reporterem… a więc łgarzem. Nie wierzcie żadnemu mojemu słowu. Mówię prawdę. Jedyna prawda, jaką potrafię zrozumieć i wyrazić, z punktu widzenia logiki jest kłamstwem, z punktu widzenia psychologii – symbolem, z punktu widzenia estetyki – metaforą. Dlatego muszę wyjaśnić, że moje zainteresowanie Wałęsą było altruistyczne. W jego postaci intrygowało mnie to coś, co powodowało, że ludzie zamykając oczy skaczą na główkę z wysokiej skały, mimo że wiedzą, iż woda sięga do kostek. W fascynacji Wałęsą było to coś, co sprawiało, że w dziejach świata spośród tysięcy osób o nieprzeciętnych dokonaniach wybieramy takie, jak Sun Tzu, Sokrates, Platon, Chrystus, Nietzsche, Napoleon, Marks, Kant, Lenin, Stalin, Hitler czy Mao Zedong. O ile jednak wymienione osoby dysponowały słusznym doświadczeniem, a niektóre solidnym wykształceniem, to były prezydent III RP był pod tym względem niezdeflorowany jak Dziewica Orleańska.

Mijał rok za rokiem. Materiałów przybywało. Zapełniłem nimi cały regał. I ciągle byłem w lesie. Nie chciałem pisać paszkwilu ani panegiryku. Wałęsa przeszedł przez wszystkie piekła zgotowane mu przez wrogów i przez niektóre raje zafundowane przez przyjaciół. Parafrazując Miłosza powiem, że biografia Wałęsy jest tak ważna Jak życiorys świętych i proroków, /Bo wykracza poza tak zwane zjawisko literackie. Usiłuję przedstawić, co ludzie, w tym oficerowie służb, szpiedzy, wrogowie i przyjaciele mówili i sądzili o Wałęsie. Wiedziałem, że od pierwszych dni strajku iskrzyło miedzy Lechem Wałęsą a Andrzejem Gwiazdą. Obaj przywódcy “S” rodowód opozycyjny wywodzili z Wolnych Związków Zawodowych. Obaj pretendowali do miana absolutnego władcy. Inżynier Gwiazda, jako inteligent nie miał szans w rywalizacji z niefałszowanym robotnikiem. Przegrał w głosowaniu. Czuł niesmak. Decydowały względy ambicjonalne. Nie było możliwe znalezienie porozumienia, skoro nie było tolerancji. Wprawdzie spory były związkową codzienności, ale relacje Wałęsa – Gwiazda wykraczały pomiędzy to, co nazywamy kontrowersjami. Obaj przywódcy, nieortodoksyjno refleksyjni, miesiącami, a nawet latami, jak dwa owady, zajęte wzajemnym kłuciem, ranieniem się i rozszarpywaniem obrzucali się wyrzutami, oskarżeniami i okrucieństwem. Było to niezrozumiałe, absurdalne, granicy szaleństwa. Wódz przekonywał: Wszelkie rozmydlania władzy na górze osłabi związek. Władza musi być w rękach jednego człowieka. Adwersarze ripostowali: U Wałęsy to, co robi, nie zgadza się z tym, co mówił. Chciałem pokazać, w jaki sposób usiłowano grać Wałęsą. Jak on się przed tym bronił? Jaki był wynik podchodów? Chciałem nazwać to, co z uczuć i myśli Wałęsy jeszcze nie zostało nazwane. Problemem były góry materiałów. Każdy z rozmówców inaczej widział te same wydarzenia. Relacje świadków różniły się diametralnie. Skupiłem się na przeciwnikach Wodza, rekrutujących się ze służb specjalnych oraz z aktywistów opozycji. Łączyła ich jedna cecha – chęć zredukowania życiorysu Wałęsy do metafory dotyczącej jego działalności agenturalnej. Z moich wynikało, że jest to opozycja fałszywa. Ale może się myliłem.  

            I było jak u Philipa Rotha. Wstawałem o piątej rano i na podstawie słów Wałęsy, wczorajszych rozmów lub doniesień agencyjnych pisałem zdanie o przewodniczącym. To było moje życie. Pisałem zdanie i długo je obracałem, aż do pozyskania następnych wiadomości donoszących o czymś zupełnie przeciwnym. Następnie znowu obracałem napisane zdanie. Potem pisałem zdanie na podstawie informacji donoszącej o czymś innym. I teraz obracałem dwa zdanie. Po obiedzie kładłem się na tapczanie i myślałem, że myślę. Następnie wracałem do pracy i skreślałem napisane zdania. Po kolacji znowu pracowałem. Napisałem inne zdanie na podstawie kolejnych depesz. Napisałem i obracałem… i znowu słuchałem Wałęsy, który przekonywał wałęsizmami: …ta rewolucja jest pomieszana z poplątaniem; w sprawę chleba czy kiełbasy nie mieszajmy patriotyzmu; jak zaistnieje potrzeba, to będę pełnił każde stanowisko, włącznie z hyclem (gdyby się namnożyło za dużo psów); wiemy, że rząd wyszedł z naszego korzenia (chodzi o rząd Mazowieckiego – H.P.), ale – jak to się kiedyś czytało w gazecie – za długi żony mąż nie odpowiada; chcę, żeby Polska dopchała się wreszcie do europejskiego stołu. Sukcesem Wałęsy, który bujał się od lewicy do prawicy niczym pasikonik na koniuszku trzciny był Okrągły Stół. Wówczas udało mu się wsadzić do buzi duży palec prawej stopy. A podczas prezydentury poszukał lewej nogi. Chciał ostudzić gniew klasy robotniczej, która w zetknięciu z inteligencją była już dawno sprzedana, tylko o tym jeszcze nie wiedziała.