Miesięczne archiwum: Styczeń 2016

„LUNA”, czyli kobiety w służbach specjalnych.

(Zanim film „Zaćma” Ryszarda Bugajskiego trafi na ekrany)

Najpierw ciało, potem wizja i znowu ciało. Takie jest życie mężczyzny

Erica Jong

W peerelowskich służbach specjalnych, co tu dużo mówić, wybitnie seksistowskich, służyło wiele kobiet. W większości byłych delatorek, np. z Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Były to głupie żurawice z wielkimi dziobami, którymi kłapały ciurkiem. Tym klangorem żywili się oficerowie obiektowi NKWD, KGB, GRU, Informacji WP, WSW i Bóg wie kto jeszcze. Ale i larwice się trafiały, i diablice, i sekutnice, i piekielnice, i zołzy, przy których żona Sokratesa, Ksantypa, była oazą spolegliwości. Szczególnie utkwiła mi e pamięci taka jedna. Przyszła wprost z PSZ w ZSRR. Była myszowatą jędzą ze szmacianymi kędziorami. Za arcydzielne kapowanie wszystkich i wszystkiego wysłano ją na 6-miesięczny kurs prawniczy Teodora Duracza i skierowano do prokuratury. Do lat siedemdziesiątych budziła postrach nie tylko podwładnych, ale także innych, wykształconych prawników.

Uff! Byle co mogło tę dziewoję rozsrożyć barbarzyńsko. Widziałem rozdrażnionego lwa i rozjuszoną kobietę. Mogę przysiąc, że lwy są bezpieczniejsze. Boże, one miały w sobie to coś, oj, wielki Boże, miały…

Jednak żadna z białek Firmy, oprócz Julii Brystygierowej, ksywa „Luna”, „Krwawa Luna”, „Daria”, „Ksenia”, „Maria”, która używała także nazwisk: Brystigier, Brystyger, Bristigier, Brustyger i Brastyger, nie osiągnęła w MBP i MSW wybitnej pozycji.

Zresztą podobnie było i jest w „Solidarności”… Tylko w polityce i resortach siłowych coś się w ostatnim pięcioleciu zmieniło. Duża w tym zasługa feministek, pragnących odegnać „męskie szowinistyczne świnie” od koryta, aby je samemu zająć…

Różny ogląd cudownowonnej pułkowniczki

„Luna” była przyjaciółką Wandy Wasilewskiej, wpływowej stalinistki, znanej bardziej z wściekłej ideologii niż z urody, która zrobiła z niej aktywistkę na lukratywnej posadzie personalnej w Związku Patriotów Polskich w ZSRR. Wiele wskazuje na to, że Brystygierowa do NKWD przykleiła się sama, a po wyzwoleniu na wniosek W. Gomułki została skierowana do MBP. Była dyrektorem Departamentu V MBP, dyrektorem Departamentu III MBP oraz dyrektorem Departamentu III Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Po zwolnieniu ze służby postanowiła zostać pisarką. W publikacjach używała pseudonimu literackiego „Julia Prajs”. Nie bardzo jej to wychodziło. Jej książki były marne i przeszły bez echa. W literaturze nie zbliżyła się do pozycji, jaką osiągnęła w MBP oraz w życiu erotycznym.

Historycy spod znaku IPN uważają „Lunę” za funkcjonariuszkę bardzo krwawą, która nigdy nie życzyła swojemu wrogowi źle, lecz zawsze najgorzej. Zaś literaci, z Koźniewskim na czele, którym „Luna” uratowała kiedyś dupy lub pomogła w karierze, sądzili wręcz przeciwnie. Przekonywali, że była to łagodna, wysoce kulturalna i empatyczna niewiasta, kosząca mężczyzn jak zboże. Mówili: była kosą zawsze trafiającą na swoją osełkę.

Na żywo zobaczyłem „Lunę” po 1968 r…

U chwackiej bazarowej kwiaciarki ulicznej kupiłem bukiecik fiołków i poleciałem na schadzkę do kawiarni Hortexu przy Placu Konstytucji w Warszawie na spotkanie z byłą kochanką najważniejszych person w Peerelu, ale nie tylko. Gdy zobaczyła kwiatki, uniosła głowę, a w jej oczach zalśniła najwyższa satysfakcja. Nie, nie zauważyłem u niej ani krzty lubieżności, o której tyle słyszałem. Mimo przelotnego błysku w oku wiało od niej smętkiem.

Wedle powszechniej w Firmie opinii „Luna” baraszkowała z każdym, ale nie była zwykłą gamratką (rozpustnicą). Wybierała kochanków spośród przypadkowych znajomych. Rozglądała się za gaszkami (kochankami) wśród podwładnych, a nawet znajdowała ich w gronie zatrzymanych. Miała nieskomplikowany podział mężczyzn. Kwalifikowała ich na tych, którzy przypadli jej do gustu i na tych, którzy nie rokowali nadziei, że sprawdzą się w łóżku. Kobiety takie jak „Luna” traktowały kochanków jak udoskonalonych mężów.

Spotkanie miało miejsce wkrótce po tym jak ją dopadli resortowi antysemici, nazywając ją okropnym babusem i z pułkowniczki raptownie wyparowała wojowniczość. Przyjmując fiołki, „Luna” uśmiechnęła się melancholijnie, ukazując pięknie wykonaną sztuczną szczękę, znamionującą niezgorszego dentystę. Zęby były chyba ostrzejsze niż u rekina ludojada, dobre do kąsania. Ale teraz funkcjonariuszka już nie była groźna. Kąsano raczej ją. Musiało jej być smutno. Było widać, że łaknęła dobrego słowa. Mówiła, że jest zmęczona życiem…

Mało się nie załzawiłem, jednak jej opowieść odebrałem jako ostrzeżenie. Od Kornela Makuszyńskiego wiedziałem, że jeżeli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć. Można to było interpretować w rozmaity sposób. Po ipeenowsku, albo przykładając miarę seksualną, bo i takie plotki o funkcjonariuszce chodziły. Podobno kilku jej kochanków rozstało się życiem na jej dupie…

***

„Luna”, z nieco tylko rozmazaną barwiczką (szminką), była młoda. Młodsza od Kolumny Zygmunta, ale za to z długim stażem komunistyczno-łóżkowym. Byłem bałamutem, ale nie aż takim, by z nią flitować, atoli basowałem umiarkowanie.

Po marcu ‘68 nieco zsentymentniała. Na wspomnienie Jana Rodowicza, ksywa „Anoda”, który – jak zapewniała – na jej oczach „wypadł z okna” na IV piętrze budynku MBP w Warszawie, udało się jej wycisnąć trochę wilgoci z oczu…

Słuchałem pułkowniczki, a z mojego mózgu wypadły frazy Witkacego: cycata Cyrce i parabera rejentalna. To także kobieta, ale jaka?

***

Płk „Luna”, ponadprzeciętnie inteligentna, z doktoratem i niezwykłym tupetem, cudownowonna, pachnąca niczym łąka niegdysiejszej kandydatki na fotel prezydenta III RP dr Magdaleny Ogórek, owijała sobie mężczyzn wokół małego paluszka. Politycy, m.in. B. Bierut, J. Berman, E. Szyr, B. Pasecki, generałowie NKWD i MBP, ale także wybitni literaci z P. Jasienicą na czele, tańczyli tak, jak im zagrała. Była w stanie zaciągnąć do swego łóżka każdą osobę. Przy jej aparycji wymagało to niezłych kwalifikacji z dziedziny ars amandi…

Chciałem o tym napisać. Miałem już gotową dedykację: Kochanej „Lunie”, która podobnie jak Mata Hari też się kurwiła w interesie tajnych służb. Niestety, ubiegł mnie mistrz inwektywy rasowo-seksistowskiej płk Henryk Walczyński, pisząc książkę Plamy i plamki.

Inne kobiety tajnych służb nie były aż takimi damami. Daleko im było do aparycji „Luny”. Większość przypominała dorsze zawinięte w Trybunę Ludu. Jednak funkcjonariuszki były zdolne. Zdolne do wszystkiego. Nic więc dziwnego, że kilka doczekało się stopni pułkownikowskich, ale żadna ważnego stanowiska. Wynikało to być może z seksistowskiego podejścia kierownictwa MBP/MSW oraz MON. Firma radziła sobie, organizując tak zwane pogotowie seksualne. Do tej enklawy angażowano damy, które cnotę miały za nic, ale aparycję pierwszorzędną. Przy nich nawet „Luna” wyglądała niczym niektóre posłanki przy posągu Wenus z Milo.

Dziś sytuacja jest inna. Kobiety wybiły się na niepodległość. Mają spryt, siłę, bigiel, zaradność i… parytety. Niewiasty objęły stanowiska premiera, marszałka Sejmu, ministra spraw wewnętrznych… Czy to oznacza koniec instrumentalnego traktowania kobiet?

***

W Firmie od początku organizowano „pogotowie seksualne”. Nie jest to licencja peerelowska. Na świecie uprzedmiotowienie niewiast w służbach specjalnych było znacznie większe niż w innych dziedzinach życia.

Kręcąc się przy resortach siłowych, chyba także przesiąkłem seksizmem.

Przypatrując się niektórym operacjom z udziałem „pogotowia”, nietrudno zauważyć, że damy na tle oficerów Firmy prezentowały się jako osoby z wielką ogładą, obdarzone uczciwością i talentem, że nie wspomnę o umiejętności robienia właściwego użytku z szarych komórek i nienagannej aparycji.

Podstawą „pogotowia” były „stajnie” złożone z damskich dziwek klasy lux. Najwspanialsze okazy i najliczniejsze „stajnie” były przy centrali MSW. Dominowały tu specjalistki od bara-bara, „polonistki”, rusałki i biurwy. W województwach było skromniej.

„Pogotowie seksualne” złożone z dziwek męskich funkcjonowało jedynie w Warszawie.

W porównaniu z damskim męskie „pogotowie” było nieliczne, rzadko wykorzystywane i chyba niedoceniane. Oficerowie obiektowi „pogotowia” czuli się wśród dam jak pedofile w przedszkolu. Niektórzy funkcjonariusze bardzo im zazdrościli.

***

Inaczej było z wykorzystywaniem osób o skłonnościach homoseksualnych. Na przykład w czasach Światły homoseksualizm nie był jeszcze modny. Wręcz przeciwnie, pedalstwo było trefne jak wieprzowina wśród Żydów. Głośne mówienie o homoseksualistach było passe. Nie znaczyło to, że tego głęboko ludzkiego procederu nie praktykowano. Praktykowano. I to jeszcze jak! Aczkolwiek kochający inaczej i tak byli sfrustrowani, i zazdrościli Zachodowi. We Francji na przykład Karol Szymanowski ubolewał: Już mi się chłopaczki znudziły, a trzeciej płci jak nie ma, tak nie ma.

W Firmie dziwki męskie były zawodowcami, często byli to oficerowie biseksualni, obsługiwali obie płcie. Ale nigdy nie było ich dużo. Na poważnie angażowanych było zaledwie kilku funkcjonariuszy. Raz przyszło im obsługiwać zachodnich dyplomatów preferujących miłość homoseksualną, a drugim razem bzykali żony wytypowanych do werbowania pracowników ambasad.

Czasami rolę uwodzicieli przejmowali oficerowie operacyjni. Niektórzy z nich byli obojnakami. Poświęcali się dla sprawy w imię socjalistycznego patriotyzmu. Jeden z nich powiedział mi, że chętnie „przeleciałby” nawet samego Kiszczaka. Ubolewał, że mu się to nie udało.

Fragment rozdziału 10 „Seks w <Wielkim lesie>, ale na polityczne zamówienie, z udziałem <pogotowia seksualnego> Firmy pod egidą ministra Kiszczaka” z książki „Lot nad szpiegowskim gniazdem”. Wyd. Nowy Świat