Miesięczne archiwum: Maj 2016

ROZWAŻANIA NAD USTAWĄ ANTYTERORYSTYCZNĄ

Ustawa antyterrorystyczna daje wszelkim służbom specjalnym nieograniczone możliwości werbowania agentury, a tym samym pełnej kontroli czynów i myśli społeczeństwa. W 1990 r. myślałem, że wraz z rozwiązaniem bezpieki jest to już przeszłość. Napisałem wówczas w Tajnej historii Polski tekst zatytułowany AGENT NA AGENCIE NA AGENCIE AGENT. A NA TYM AGENCIE.

JESZCZE JEDEN AGENT. Było to wymyślone od „A” d „Z”. Przedstawiłem jak to mogło wyglądać i, w postscriptum jak w rzeczywistości sprawa wyglądała.

Czy dziś chciałbym coś do niego dodać. Tylko tyle, że w świetle ustawy cała sprawa wygląda jeszcze ciekawiej niż w Peerelu. Oto ten tekst:

Generał Czesław Kiszczak po objęciu stanowiska ministra spraw wewnętrznych wydał zarządzenie, aby dotychczasowe zadania, wykonywane przez Służbę Bezpieczeństwa w pasie granicznym, przejął zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza. Zachowując obowiązującą stylistykę, napisałem wtedy sprawozdanie z fikcyjnej podróży dziennikarskiej nad granicę państwa.

Wioska B. ma korzystne usytuowanie geopolityczne. Od południowego wschodu graniczy z Czechosłowacją, od południowego zachodu z Niemiecką Republiką Demokratyczną, a pozostała rubież ma jeszcze solidniejsze oparcie w tajnej bazie rakietowej Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej – ostoi światowego pokoju.

Sioło liczy cztery zagrody zamieszkałe przez osiem dorosłych osób i siedemnaścioro dzieci. Są wśród nich cztery kobiety i tyleż mężczyzn oraz dziesięciu chłopców i siedem dziewczynek (w tym pięć nad wyraz rozwiniętych czternastolatek).

Mężczyźni – to rezydenci wywiadów tworzący społeczny kolektyw rezydencki miejscowości B., zakonspirowany jako „Specjalnego Znaczenia Komitet Przeciwalkoholowy”, czuwający, aby nikt niepowołany nie dał żeru wrogom Polski Ludowej – syjonistycznym imperialistom prowadzącym aneksjonistyczną politykę za pomocą dobrze nam znanych metod.

Kobiety są agentkami zakamuflowanymi pod kryptonimem „Tajne Koło Gospodyń Wiejskich”, dzieci zaś, wykonujące na co dzień czarną robotę Tajnych Współpracowników, figurują w kartotekach służb specjalnych jako „Poufny Młodzieżowy Klub Krzywej Elipsy imienia Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego”.

Sołtys jest rezydentem Urzędu Bezpieczeństwa. Zastępca sołtysa pilnuje interesów bezpieki i Informacji Wojska Polskiego. Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej obsługuje Urząd Bezpieczeństwa, Informację i Wojska Ochrony Pogranicza. A jedyny bezpartyjny mieszkaniec miejscowości B., zwany dla kamuflażu Bezpartyjną Swołoczą, trudzi się dla bezpieki, Informacji, WOP-u i Milicji Obywatelskiej. Przychodzi mu to bez trudu, albowiem od urodzenia jest ślepy i głuchy, zaś przebywając w czasie drugiej wojny światowej w Związku Radzieckim przestał również mówić. Ponadto, wypełniając internacjonalistyczny obowiązek, dobrowolnie pozbył się lewej nogi, prawej ręki, dwóch palców u lewej ręki, prawej półkuli mózgowej, lewego płuca i trzeciej nerki, przeznaczając te walory dla żołnierzy Armii Radzieckiej dających bohaterski odpór buńczucznym ekstremistom afgańskim. Arabom walczącym z ekspansjonistyczną prowokacyjną soldateską izraelską podarował ślepe oko, pół wątroby i spory kawałek jelita grubego. Wietnamczyków wspiera datkami, a Kubę dobrym słowem.

Niepełnosprawny bezpartyjniak, nie mogąc się udzielać w pracach gospodarskich, cały czas poświęca dla dobra tajnych służb. Codziennie, od świtu do późnych godzin nocnych, z jego pokoju rozbłyska naftowy kaganek profilaktycznej oświaty służb specjalnych i dolatuje klangor maszyny do pisania. To bezpartyjny towarzysz wystukuje dwoma palcami relacje z tajnego frontu, a trzecim, w języku migowym, gdyż prawdziwy Polak potrafi, wydaje żonie polecenia wywiadowcze. W godzinach przedświtowych Bezpartyjna Swołocz twórczo transponuje na chłopski grunt przewodnią myśl marksistowsko-leninowską dbając, aby różne mydłki polityczne i chuligani syjonistyczni – politykierzy z tytułami naukowymi, nosiciele rewizjonizmu i bankruci polityczni – dojczgewandy, szlajfery, baumany czy brusy nie opluskwiali socjalizmu i Polski. Silna mądrością wszystkich Polaków Swołocz, bezkompromisowo niszcząc watahy brudasów z radia Freies Europa, codziennie wyrywa antysocjalistyczne żądło kołakowszczyźnie i szaffizmowi oraz innym gnojkom politycznym.

Żona Bezpartyjnej Swołoczy jest agentką podwójną, towarzyszka sekretarzowa – potrójną, a sołtysowa i wicesołtysowa – wielopiętrowymi.

Podstawowe problemy wywiadowczo – kontrwywiadowcze rozwiązuje kolektyw rezydencki zobligowany do bezpośredniego kierowania siatkami agenturalnymi. Członkowie kolektywu, bez przerwy, kosztem ogromnych wyrzeczeń, z czystej miłości do Ojczyzny, Pana Prezydenta i Ministra Spraw Wewnętrznych pracowicie odbywają tajne tete a tete z agentkami, i jeszcze tajniejsze spotkania kontrolne z Tajnymi Współpracownicami, mając najwięcej roboty z tymi nad wyraz wyrośniętymi.

Wyciągnąwszy właściwe wnioski z doświadczeń historycznych, wyrugowano w pierwszym rzędzie wyuzdany, zwyrodniały rewizjonizm, wypleniono z korzeniami fajerwerkowatą, niemiecko – żydowską reakcyjną działalność Lwa Dawidowicza Bronsteina, czyli fałszywego towarzysza Trockiego, co pozwoliło miejscowość B. o kilka wiorst zdystansować konkurentów współzawodniczących o Puchar Szefa Urzędu Rady Ministrów dlaNajlepszego Sioła w Donoszeniu.

Niestety, chlubne, patriotyczne działania mieszkańców mogą się niedługo skończyć. Tak, jak skończyły się pomysły na kolejne donosy pisane trzy razy dziennie, plus sprawozdania tygodniowe, plus zestawienia miesięczne, plus analizy kwartalne, plus opracowania roczne.

W miejscowości B. doszło do tego, że obecnie, nikt już nie może wymyślić niczego nowego na sąsiadów, aby sporządzić kolejny meldunek dla Centrali.

W tej beznadziejnej sytuacji na wysokości zadania stanął (dodajmy od siebie, że nie po raz pierwszy) szef szefów, czyli sołtys towarzysz Gromosław Wachadłowski, rozkazując pisać donosy na samych siebie. Zagrożona reputacja miejscowości B. została uratowana.

W 1989 r. życie dopisało puentę

Przeglądając przeznaczone do zniszczenia materiały z Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych ze Szczecina natknąłem się na sprawozdanie operacyjne, z którego wynikało, że w nadgranicznej wiosce R. na osiemnastu mieszkańców (w tym dziewięcioro dzieci), trzy osoby współpracowały z Urzędem Bezpieczeństwa, dwie z Informacją, jedna z Milicją Obywatelską, jedna ze Strażą Ochrony Kolei, jedna ze Strażą Portową, a wszystkie ze zwiadem Wojsk Ochrony Pogranicza.

Ponadto wioskę często odwiedzali „towarzysze radzieccy ze Świnoujścia, Szczecina i Chojny”.