GEN. JARUZELSKI, czyli cd. LOTU NAD SZPIEGOWSKIM GNIAZDEM

Mam wrodzony wstręt do grzebania w dokumentach rodzinnych i biograficznych. Na myśl, że miałbym śledzić księgi parafialne, zapiski lokalnych urzędników, wertować życiorysy podobne jak dwie krople wody do innych zapisków, czytać prywatne listy dostaję odruchu wymiotnego. Jednak w odróżnieniu od biografów, oglądających życiorysy przez mędrca szkiełko i oko, w każdym człowieku, nawet najbardziej kontrowersyjnym, paskudnym, budzącym agresje i złość bezgraniczną, staram się znaleźć coś dobrego, szlachetnego, poczciwego, subtelnego, staram się wykrzesać z siebie minimum empatii. Nie bierzcie mi tego za złe, że rozmawiałem z ewidentnymi bandytami i zbrodniarzami, a o każdym z generałów starałem się napisać, co najmniej jedno dobre słowo.

Zbyt dobrze pamiętam niepamiętne czasy, by nie wiedzieć, że niedoszły malarz – ludojad Adolf Hitler, kochał psy i malował landszaftowate akwarelki. Niewydarzony poeta, także nie- wegetarianin, Józef Stalin, układając grafomańskie strofy, patrząc na pląsających członków Politbiura czytał sprawozdania obrazujące śmiertelność w Gułagu. Sowiecki agent, pierwszy prezydent PRL-u Bolesław Bierut, nie mając żadnych artystycznych zdolności zachwycał się sarenką i uśmiechem znosił połajanki generassimusa zwracającego się do swojego namiestnika w Warszawie takimi słowy: Co ty, kurwa twoja mać, wyrabiasz w Polsce? Jaki z ciebie komunista, sukinsynu…

Wojciech Jaruzelski, który majdrując tzw. dyrektoriat, ciało, którego ezoteryczna delikatność należała do królestwa nie z tej ziemi, zasłużył na miano arcymistrza tępych decyzji personalnych, ogłaszając stan wojenny miał poczucie bezsiły wobec siły, ale zamiary – jak zwykle – szlachetne. A ja nie wiem, czy generał, który oczarowany był zwykłą wiewiórką w Parku Łazienkowskim, jako znawca piśmiennictwa rosyjskiego znał i wziął sobie do serca maksymę Wissariona Bieleńskiego: Zaczynam kochać ludzkość na wzór Marata: aby uszczęśliwić najmniejszą jej część, byłbym chyba gotów zgładzić resztę ogniem i mieczem. W stanie wojennym wrogowie generała szeptali, że Jaruzelski gotów jest wytrzebić połowę zbuntowanego ludu, aby móc rządzić drugą połową i wieszczyli, że doczeka on czasów, że masy postawią go przed sądem dla ludożerców.

Jest faktem, że od momentu awansowania Jaruzelskiego na pierwszy stopień generalski (1956 r.) wskoczył na deskę surfingową i fala go niosła umiarkowanie aż do chwili zostania premierem. Od 11 lutego 1981 r, znaczenie generała rosło coraz szybciej, tak jak ceny w sklepach przy szalejącej inflacji. Sam Jaruzelski, który cale życie borykał się ze słowani, ale nigdy nie znalazł tego właściwego, pozwalającego mu porozumieć się ze społeczeństwem bez wyciągania na naród czołgów przekonał się rychło, że może każdego pojedynczo zgnoić, każdego wykończyć, ale bitwy z narodem nie wygra. Mimo to wierzył, że trzeba wierzyć w komunizm. Choć jego wiara słabła z dnia na dzień, co widział, bo był generałem inteligentnym, z różnych względów zmuszony był wiarę w komunizm kochać. Były doradca ekonomiczny E. Gierka a za czasów Jaruzelskiego ambasador w Japonii, po ogłoszeniu stanu wojennego poprosił o azyl polityczny w USA, za co generał zafundował mu zaocznie karę śmierci tak scharakteryzował szefa WRON: Wojtek ma nastawioną antenę na Moskwę i tylko jej słucha.

Nie, nie polemizuję z generałem, nie czynię mu wyrzutów. Dla mnie był on zawsze rumakiem politycznym i pragmatycznym koniunkturalistą. Drażniło mnie jego chomąto, które mu bolszewizm doczepił. Jaruzelski nie potarli go zrzucić. Aż przyszedł ostatni rok lat 80. i generał zorientował się, że Imperium kona, a on przez 45 lat był ślepy i głuchy, nie zauważył, że w partii oraz rządzie otacza go bezmiar umysłów ciemnych i nikczemnych. Za nic nie chciał się zbuntować i, jeśli zbuntował się to, dlatego, że musiał. 4 czerwca 1989 r. dotarło do niego, że przegrał życie. Próbując ratować resztki godności oddał realną władzę za cenę prezydentury…

                                               ***

W tym miejscu uwaga metodologiczna: nie dzieląc ludzi na prawicowców i lewicowców, wierzących i niewierzących, zdrajców i bohaterów, a tylko na takich, którzy zrobili coś dobrego dla Kraju Pieroga i Zalewajki i Polaków i którzy tego zaniechali uważam, że polityków, generałów i ich giermków, którzy pod koniec kariery toną we własnej żółci, nie warto słuchać. Zwłaszcza, gdy mówią oficjalnie, gdy są śmiertelnie poważni, gdy zwracają się do narodu i gdy pieprzą o patriotyzmie. Bo, gmatwając prawdziwe dokonania zazwyczaj kłamią. Warto natomiast uważać na to, co mówią w zapamiętaniu i na marginesach. Warto próbować zrozumieć wtręty, pozornie nie na temat, wsłuchać się w dygresje, wykryć zamaskowaną głupotę i zawiść wyrażaną w tym, co Melchior Wańkowicz nazywał kundlizmem. Wówczas można wyłowić niekiedy słowo, którego by nigdy nie użyli, gdyby nie poniosły ich emocje. Na przykład, z dziesięciotomowej edycji wystąpień Jaruzelskiego, w której słowo socjalizm odmieniane jest przez wszystkie przypadki, a sam generał, uważany przez niektórych za słowopiewcę i logofaga (słowotwórcę), można wybrać dwa, trzy zdania zasługujące na uwagę.

Wygłaszając spicze, w których immoralizm społeczny był bez zarzutu, generał zwracał się do narodu jak do osłów i przemawiał jak osioł. A mnie, jak na naiwniaka przystało w przemówieniach generała najbardziej frapowały znaki przestankowe. Kropki jak strzały z pistoletu. Przecinki niczym serie z kałasznikowa. Myślniki jak salwy z Katiuszy. Wykrzykniki niczym zakończenie rozkazu bojowego. Bardziej niż treści pisane partyjną nowomową interesujące były opowieści ile długopisów zdarł autor pisząc po dwadzieścia i więcej wersji każdego wystąpienia.

Jednak po zejściu ze stanowisk generał zmienił front o sto osiemdziesiąt stopni. Potrafił być swobodny i koncyliacyjny. Chciał być naturalny, dobry, łaskawy i spolegliwy. Tak długo się sobie dziwił, aż całkiem zdziwaczał. Niektórzy „kupowali” przepoczwarczenie się szefa WRON. Jeszcze dziś, połowie społeczeństwa Kraju Pieroga i Zalewajki wydaje się, że generał był w stanie, wbrew logice, uzasadnić każdą soją decyzję. Duża w tym zasługa rozcmokanych akolitów i mediów.

W czasie rozmów z Jaruzelskim i innymi politykami nierzadko miałem wrażenie, że interlokutorzy faszerują mnie prawdziwymi zmyśleniami, bo polityka to jedno wielkie kanciarstwo. Generał na przykład tłumaczył, że w 1970 roku nakazał strzelać do strajkujących, ale polecił strzelać w powietrze. Musiałem przyznać mu rację. Sekcje zwłok wykazały, że powietrze, faktycznie było, ale w płucach zabitych…

W wyniku rozkazu wydanego przez ministra Jaruzelskiego zabito na Wybrzeżu 41 osób a raniono 1164 ludzi. Generał bolał nad tym, jednak był już człowiekiem sukcesu, a takie osoby nie myślą o drobiazgach. Liczyło się, że po masakrze Jaruzelski dostąpił zaszczytu bycia członkiem Biura Politycznego PZPR! Więc zastanawiałem się, czy w stosunku do Jaruzelskiego wolno użyć słowa „perfidia”. I doszedłem do wniosku, że generał nie jest perfidny. Jest tylko pokrętny. Szatańsko pokrętny. Jednocześnie diabelsko naiwny. Niewinny i niemal anielski. Być może Jaruzelski czytał Machiavellego i wziął sobie do serca, że fundamentem sprawiedliwości jest niesprawiedliwość, fundamentem moralności jest niemoralność, fundamentem prawomocności jest nieprawomocność, czyli przewrót (vide rok 1970 i 1980-1981), a fundamentem wolności jest tyrania. Stąd też u generała na początku był terror (strzelanie do ludności Wybrzeża w 1970 r. i stan wojenny w 1981 r.) i dopiero później harmonia i miłość („Okrągły Stół”). Jako dzieło zniszczenia, które wywołało serię dalszych zniszczeń i wielkiego zła zarówno terror i stan wojenny jak i „Okrągły Stół” były pociągnięciami genialnymi. Były arcydziełami szatańskiej myśli. Bo generał był niczym Mefistofeles Johanna W. Goethego, który będąc częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro. Jaruzelski posiadł podwójne nosiłki – doświadczenie bitych i bijących. Umiał być chytry, złośliwy, okrutny, a nawet barbarzyński i szalony. Doznał też cierpienia i bólu.

!9 lipca 1989 r. było gorąco i nie wiadomo, czy parlamentarzyści błądząc w upalne, czy w myślach wybrali go jednym głosem na prezydenta PRL. I naród myślał, że teraz władza będzie dobra a ludzie wspaniali. Generał odebrał wybór jednym glosem, jako afront. Po ściągnięciu z prezydentury III RP drugim policzkiem było nie zaproszenie go na „koronację” L. Wałęsy. Dobiły go słowa Henryka Goryszewskiego (byłego wicepremiera i dziś doradcę prezydenta B. Komorowskiego): Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, czy będzie dobrobyt – najważniejsze, aby Polska była katolicka. Ale nie protestował. Już wówczas był mądry, jowialny, delikatny i łagodny. Wydatnie przyczynił się do demontażu systemu w Polsce. A z ławy dla oskarżonych, na której posadziła go ci, z którymi majdrował III RP generał bronił się zaciekle teorią „mniejszego zła”, powoływał się nawet na Boga. Zapomniał tylko, ze Bóg, to świadek, który nie stawia się na rozprawy sądowe. Otwartym jednak pozostaje pytanie: czy wyrażając zgodę na dekompozycję socraju uczynił to w wyniku nieudolności, czy też taki był jego zamiar?

Po niektórych rozmowach z politykami, generałami… człowiek musiał popełnić jakieś plugastwo albo długo i ohydnie kląć. Mimo to wierzyłem, że wbrew stanowiskom, które piastowali moi rozmówcy, każdy z nich w głębi duszy pragnął być dobrym, mądrym i koncyliacyjnym. Tylko, że nigdy im się to nie udawało. Chociaż jeżeli chodzi o gen. Jaruzelskiego, to w końcu wyszło. Był dobry, mądry i koncyliacyjny, gdy zszedł z urzędów. Posłużę się tu słowami Jerzego Urbana, który dowodził, że Generał Jaruzelski stawał przed dawnymi przeciwnikami (z „Solidarności” – H.P.) jako prymus wśród dyktatorów (był bezsprzecznie najlepszym ministrem obrony w całych demoludach – H.P.). Najmniej ludzi zabił. Najsłabiej dręczył. Najkrócej rządził. Najochotniej oddał władzę pod najsłabszym stosunkowo naciskiem. I dalej: Dyktaturę generała cechowała aksamitność. Nie ma w Polsce wdów, które by płakały po ludziach, których kazał zabić Jaruzelski. Odbieranie wolności nakazywał na czas krótki, stosunkowo nielicznym. I to jest akurat prawda częściowo nieprawdziwa. Płaczących wdów ci u nas dostatek. Można się wprawdzie spierać, czy pięcio-, dziesięcioletnie wyroki, to czas krótki, a przecież i kary śmierci orzekano (nie wykonane), no ale na koniec Urban, zawsze chodzący pod prąd, chyba z przekory, mający sokole oko oraz dar poznawania ludzi i poza doktrynalny osąd,  przytapia generała stwierdzając, że Biuro Polityczne KC PZPR to była fasada, bo: Politykę określa i naznacza I sekretarz. Niezależnie od hagiografii Urbana, Prawdziwi Polacy zarzucają Jaruzelskiemu popełnianie największych zbrodni, nawet to, że splugawił narodowy epos A. Mickiewicza, zapisując na marginesach Pana Tadeusza uwagi w języku rosyjskim. Jednak z drugiej strony generał mógłby się bronić słowami Biblii. Przecież napisano: …niemal wszystko bywa oczyszczone krwią, i bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia (List do Hebrajczyków  9.22).

W następnym odcinku „Generał i jego córka Monika”

PS. Obsobaczenia proszę kierować: henryk@piecuch.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *