W. JARUZELSKI I JEGO CÓRKA MONIKA; „TRÓJKA”; UPIEPRZANIE MESSNERA

Mierząc się z problemami państwa gen. Jaruzelski, który nic nigdy nie robił na niby, widział beznadziejność swoich wysiłków. Fatalna polityka kadrowa, którą można podsumować w trzech słowach: „bywa i tak”, umacniała marazm i beznadzieję. Niektórzy z betonów określali to, jako szajspolitykę. Gdybym nie wiedział, że generał na dźwięk wymienienia nazwisk więcej niż jednego filozofa dostaje kokluszu powiedziałbym, że kieruje się myślami Lao-Tsy: umieć nie umieć, Sokratejskim: wiem, że nic nie wiem, Erazma z Rotterdamu: Pochwałom głupoty czy Mikołaja z Kuzy: Docta ignorantia. Najgorsze okazało się oddanie premierostwa Messnerowi, który pasował na to stanowisko jak siodło do krowy i malowniczo dorzynał gospodarkę. Aby zmienić Messnera, sięgnięto po materiały służb specjalnych. Słynna „trójka” w składzie: Ciosek, Pożoga i Urban, których zasady etyczne były równie niezłomne jak zjełczałe sadło wygenerowała trzy raporty dla generała. Autorom raportów udało się jednak spuścić nieco powietrza z policzków partyjnych betonów, nadętych do granic możliwości. Były to eleganckie analizy, w których słowo „socjalizm” pojawiało się nie więcej niż tuzin razy na każdej stronie, ale było w tych deskrypcjach o wiele, wiele więcej informacji o niedostatkach państwa niż wiedziało o tym społeczeństwo. W tym czasie Ciosek, chyba w celu zaczerpnięcia prawdziwych wiadomości ze świata, wielokrotnie pomykał do gabinetu szefa Wywiadu i Kontrwywiadu. Ostrze personalne trójki wymierzono w Messnera, którego uznano za chodzące nieszczęście.

Przez jakiś czas, wypracowania „trójki” były najważniejszym sposobem hipotetyzowania na temat natury pospolitości polskiej zaś metodologia pracy zespołu była nieskomplikowana. Zbierano się w Magdalence. Gospodarzem był Pożoga. On dawał materiały faktograficzne pochodzące ze źródeł tajnych, w tym z ambasad państw zachodnich. Generał, powtarzając za Goethem, że wszechwiedzy nie ma, ale dużo wie, inspirował pozostałych. Może wówczas Jaruzelski & Kiszczak uznali, że szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu myśli zbyt wiele, a tacy ludzie są niebezpieczni i postanowili to zmienić. Pożoga otrzymał od ministra propozycję objęcia stanowiska szefa Służby Bezpieczeństwa. Generał odmówił i chociaż nie czuł się komfortowo nie fiksował. Zrozumiał, że to był początek jego końca. Upadek z wysokiego konia dużo bardziej boli niż z małego. Kiszczak go zbodiczkował (w hokeju rzucenie rywala na bandę – H.P.) i Pożoga był wówczas mroczny i skupiony na sobie. Miał już siódmy krzyżyk na karku, ale nic w nim jeszcze nie wystygło ani nie umarło. Walczył. Jednak z szefem Firmy nie miał szans. Minister dbał o to, by żaden dokument stawiający Pożogę w korzystnym świetle nie trafił do Biura „C” (dziś IPN) i cierpliwie czekał okazji, aby wysłać go na ambasadora do Bułgarii. Nie było to zesłanie przypadkowe. W przededniu rozpadu świata dwubiegunowego kraj ten stał się terenem, na którym rozgrywano niewyobrażalne geszefty związane z transformacją. Ważną rolę w tym procesie odgrywały służby specjalne demoludów. W Sofii rej wodzili tzw. niebułgarscy Bułgarzy, czyli pracujący na Bałkanach oficerowie KGB & GRU udający Bułgarów. Elita PZPR, czyli partii – nieboszczki, m.in. M. Rakowski, L. Miller, W. Huszcza, J. Oleksy przy wsparciu W. Jaruzelskiego czyniła intensywne starania o pozyskiwanie funduszy na przyszłą partię. 12 stycznia 1990 r. na lotnisku Okęcie w Warszawie wylądowali funkcjonariusze KC KPZR Szewczenko oraz Swietłow, eskortowani przez dwóch oficerów KGB. W trzech walizach taszczyli 1.2 mln USD oraz 500 mln zł polskich. Gen. Pożoga orientował się w tych układach znacznie lepiej niż jakikolwiek inny polski funkcjonariusz lub polityk. 

Relacje Pożogi notował i raporty ubierał w słowa  J. Urban, najinteligentniejszy łeb z tego towarzystwa pamiętając, że propozycje „trójki” muszą być homogeniczne z pierestrojką Gorbaczowa. Ciosek nie wnosił niczego. Będąc umiarkowanym aparatczykiem odgrywał rolę przyzwoitki. Ogłady medialnej nabrał dopiero po zejściu z urzędów. Media mianowały go ekspertem od Rosji. Pożoga twierdził, że Ciosek panicznie bał się Jaruzelskiego. Patrzył na generała jak żaba na węża, która w każdej chwili może być połknięta.

Opracowany raport Urban dawał Pożodze, ten Kiszczakowi, a on Jaruzelskiemu, który myślał… A że generał miał takie pojęcie o ekonomii jak perszeron o skokach przez przeszkody, to konsultował się z Rakowskim. Przyszły premier proponował raczej metody ekskluzywne (dobre dla nomenklatury) niż inkluzyjne (przydatne dla ogółu). Tak powstawały projekty reform, w których nawet nazwy były zmilitaryzowane, jak na przykład słynne manewry gospodarcze. Było z tym tak: jednego dnia generał podejmował istotne decyzje gospodarcze, które następnego dnia, pod wpływem gdakań drapieżnych „betonów” partyjnych, samozamrażał. Reformy Jaruzelskiego to tylko jeden z wielu sensów generalskich nonsensów. Ale równocześnie W. Jaruzelski w latach osiemdziesiątych posiadł coś na wagę złota, co generała i jego komilitonów, a także szeroko pojętą nomenklaturę uratowało przed wpadnięciem w nicość, w gospodarczy niebyt, towarzyskie nieistnienie, można by to nazwać „wyczuciem rzeczywistości w świecie dwubiegunowym”. Jaruzelski wiedział, że musi wyprzedzić swój czas.

 Interesującą propozycją tria było namawianie generała, aby dokonał swoistego zamachu stanu. Władza (czyt. Jaruzelski) miała dokonać przewrotu w obrębie formacji. Miała zamachnąć się na siebie… Na ratowanie systemu było za późno. W końcu Jaruzelski, wykopawszy Messnera ofiarował premierostwo Rakowskiemu, aby mógł przygotować kraj do reform mających uwłaszczyć nomenklaturę. I on, obstawiony agentami Kiszczaka, pojechał do Gdańska. I spotkał się z Wałęsą oraz działaczami jeszcze zdelegalizowanego związku. I w pełnej buty, wściekłości i wrzasków oracji pouczył zebranych, czego władza oczekuje od narodu. A oczekiwała pokory i czołobitnego wykonywania poleceń. I było widać, że po takim wystąpieniu przyzwoitym ludziom zbierało się na wymioty.

Mając za plecami M. Rakowskiego, W. Jaruzelski przystąpił, za zgodą M. Gorbaczowa, do wyprowadzania kraju z socraju. Generał, gdy mi o tym opowiadał, był już mniej krwisty niż w czasie szefowania WRON-ie. Był bledszy i chudszy. Sprawiał wrażenie zasuszonego arystokraty, który zniedołężniał, ale wciąż prosto się trzyma. Kilka razy wracał do przemówienia, w którym uzasadniał wprowadzenie stanu wojennego, a którą J. Urban skomentował, jako zimną mowę – wygłaszaną z intonacją generalską sucho, twardo, bez mimiki i gestykulacji, jakby przez kukłę.

Tak, mam ambiwalentny stosunek do generała. Dawałem temu nieraz wyraz. Jednak to, co pod koniec jego życia niektóre media robiły z Jaruzelskim wzbudza grozę. Brutalne zajmowanie się prywatnymi najintymniejszymi szczegółami stojącego na grobem, schorowanego i niemogącego się bronić starca musiało budzić niesmak. Co kogo obchodzi, że ludzie w wieku ponad 80–ciu i 90-ciu lat, po długim małżeństwie mają zamiar, albo i nie, się rozejść? Jednak to, co wyprawiała, mieniąca się katolicką, tłuszcza w czasie pochówku W. Jaruzelskiego przed Archikatedrą WP i na cmentarzu przyprawiało o mdłości, było świadectwem ludzkiej nienawiści i podłości. Przeciwko komu były te protesty? Nieboszczyk już ich nie słyszy. Więc przeciwko córce? Wnukowi? Gdy generał sprawował autorytarną władzę tych osób nie było widać. „Spóźnieni bohaterowie” – skomentował L. Wałesa. Ale nie tylko o generała tu chodzi. Coraz częściej obserwujemy zdziczenie obyczajów. Zakłócanie uroczystości na cmentarzach, bezczeszczenie grobów, pomników. Nie darowano nawet pomnikowi płk. Kuklińskiego, kilka razy sprofanowano jego grób. Wstydzę się za tych ludzi.

 Wiem, że niełatwo było zrozumieć Jaruzelskiego. Znałem go pół wieku, a od lat dziewięćdziesiątych często z nim rozmawiałem i także go nie poznałem. Myślę, że kluczowym dla jego postępowania był moment styku ze służbami specjalnymi. Czy było to NKWD czy może już Informacja WP, a potem KGB, GRU, WSW, bezpieka…? Mówi się o nadaniu mu ksywy „Woski”… W czasie zsyłki, pracy w tajdze i później, w czasie służby wojskowej, każdy musiał mieć, świadomie bądź kapturowo z tymi służbami do czynienia…

Jeszcze niedawno starałem się poznać motywy, którymi kierował się generał. Starałem się pamiętać, że obok czynów wrednych, mrocznych i złych, pełnych bólu, z których żadna nie skończyła się szczęśliwie (znaczący udział w czystce antysemickiej, wydanie rozkazu do udziału LWP w tłumieniu Praskiej Wiosny i do strzelania do ludzi na Wybrzeżu, mało eleganckiego zachowanie w latach siedemdziesiątych, zmajdrowanie WRON i zarządzenia stanu wojennego, zaniechania przy wyjaśnianiu śmierci G. Przemyka, ks. Popiełuszki, innych osób) Jaruzelski miał niepodważalne zasługi. On pierwszy zdenominował w Polsce socjalizm. Ośmielił tym inne kraje Imperium Zewnętrznego. Już za to samo powinien zostać świętym.

Generał analizował i komentował, interpretował i reinterpretował, eksplikował i perswadował. Było to ulubionym hobby generała, przypominało teodyceę marksistowską. Odniosłem wrażenie, że Jaruzelski samym gadaniem mógłby otworzyć sejfy z tajnymi dokumentami i tak je spreparować, aby sobie zapewnić godne miejsce w historii. I myślałem: generale! Gadaj zdrów! Może się wyłgasz z tego, co zrobiłeś. Liznąłem już na tyle historii Polski, aby wiedzieć, że w naszych dziejach tragedia goni tragedię. Po powstaniu „Solidarności” nie mogło być inaczej. Myślałem: jak dziesięciomilionowa „Solidarność” przegra, cała rewolucja na nic. Jeżeli wygra? Prawdopodobnie też na nic. Sytuacja była patowa. Tragiczna. A tragizm, to konieczność przedwczesnego zniszczenia wielkiej wartości. To triumf nadmiernej potęgi zła.

Było jasne, że po objęciu rządów absolutnych generał nie mógł powiedzieć, aby „Solidarność” się uspokoiła, bo Moskwa zakręci kurki z ropą i gazem oraz innymi dostawami. To byłoby gorsze niż wojna. Więc Jaruzelski jednoosobowo zmienił przepisy, bo nawet do bezprawia chciał sobie zapewnić prawo. 13 grudnia 1981 r. wygłosił przemówienie klarowne i zrozumiałe, adresowane do głupich i do mądrych. Tłumaczył, że WRON weźmie sprawy w swoje ręce i obroni ojczyznę. Na dźwięk tych słów wielu ludzi zastrzygło uszami życząc generałowi by sczezł, ale w uszach niektórych górników z kopalni „Wujek” przemówienie generała brzmiało przenikliwie niczym świst pocisku karabinowego. I nawet najzagorzalsi zwolennicy tworzenia socjalizmu z ludzką twarzą zrozumieli, że stan wojenny naprawdę zrzucił kurtynę afer peerelowskich, ukazując całą nędzę systemu i przekonał społeczeństwo, że nic od tzw. przeciętnych obywateli nie zależy i ludziom, nawet tym, którzy do tej pory nie mieli żadnych szczególnych próśb do Boga, pozostaje tylko się modlić i prosić Stwórcę, aby zesłał zarazę na komunistów albo zmienił geopolitykę. Rano 13 grudnia, usłyszawszy z telewizora krakanie WRON pojechałem do redakcji. Nie było nic do roboty. Ostatni numer „Granicy” nie wyszedł. Po pewnym czasie dowódca WOP gen. F. Stramik pozwolił nam na kilka godzin odwiedzić rodziny. Był 1 stycznia 1982 i cały świat, za wyjątkiem Polaków, leczył kaca…

Bóg się w końcu zlitował. Sprawił, że tron Piotrowy objął Karol Wojtyła ksywa „Lolek” przybierając imię Jana Pawła II. Papież, ujmujący ludzi humorem i inteligencją, erudycją i starannie zamaskowaną hipokryzją był największym hiperkonserwatywnym moralistą końca XX wieku. Jego nauki w zakresie poszanowania życia, planowania rodziny czy homoseksualizmu są przez miliony ludzi uznawane za anachroniczne, nieprzystające do ducha XXI wieku. Mimo to wiele osób uznało, że JP II to żywy dowód na istnienie Pana Boga. Niestety, dziś, po kanonizacji Karola Wojtyły, w Polakach niewiele została z ducha Jana Pawła II. Papież jest „skremówkowany”, „zapomnikowany”, „zplacowany”, „zuliczniony” a la polska remiza. Święty Jan Paweł II ma tysiące pomników. Na wielu z nich mój papież wgląda na bardzo skrzywdzoną osobę. Monumentów ciągle przybywa, a co jeden to szkaradniejszy. Setki placów, tysiące ulic, niezliczonym szkołom i różnych innym placówkom nadano jego imię, ba, nawet nazwę ciastka z mim się kojarzy. W Kraju Pieroga i Zalewajki Polacy uwielbiali papieża słyszeć a nie słuchać. Zapomniano, że to po prostu inteligentny gość i najpierw był dobrym człowiekiem a dopiero później przywódcą wielkiej religii, a po śmierci ogłoszono go świętym. Miał dużą wiedzę, co czyniło go skromnych człowiekiem z przedmurza Beskidów. Można się wprawdzie spierać, dlaczego w sprawach swoistych, wąsko pojmowanych wartości był nieprzejednanym fundamentalistą, ale zapominanie o jego naukach, będących filarem jego pontyfikatu jest wyjątkową nieuprzejmością w stosunku do naszego najwybitniejszego rodaka.… 

Kilka lat po osadzeniu Karola kardynała Wojtyły na stolcu Piotrowym władzę w imperium zaoceanicznym przejął Ronald Reagan, mąż twardy jak kowboj, szybki w podejmowaniu decyzji niczym rewolwerowiec i blefujący jak zawodowy pokerzysta. Na Kremlu zasiadł Michaił Gorbaczow, poglądami o lata świetlne odbiegający od swoich poprzedników. Jan Paweł II nawoływał do zmian oblicza Ziemi. Na pomoc przyzywał świętego Ducha. Reagan dążył do zniszczenia Imperium Zła blefując „Wojnami Gwiezdnymi”. Gorbaczow, zlecając Jaruzelskiemu przepoczwarczenie Peerelu w laboratorium dla pierestrojki próbował jedynie oświecić komunistyczny feudalizm. Ludzie byli przekonani, że nigdy w dziejach nie zdarzyło się, aby tak staroświeccy mężczyźni w tak pięknych opakowaniach, reprezentujący tak różne poglądy i cele, podążali ręka w rękę do jednego marzenia – zakończenia zimnej wojny.  

Ta trójka, zmieniając geopolitykę, obaliła świat dwubiegunowy, a ja tępiałem coraz bardziej widząc jak nasi opozycjoniści z L. Wałęsą na czele, w myśl porzekadła, że gdy „konia kują, to żaba nogę podstawia, przekonują naród, iż transformacja ustrojowa jest ich zasługą… Można powiedzieć, że jest to taka sama prawda jak teza, że Światło obalił w Polsce stalinizm, a Putin jest demokratą.

Trzecie tysiąclecie skradało się jak złodziej i wiele osób bało się, że nastąpi koniec świata a ja, ani trochę nie wierząc w wieszczenia nadal starałem się notować słowa gen. Jaruzelskiego. To, czego nie zanotowałem umieszczałem w głowie. Jednak mój mózg, po operacji nie był już tak gęsty jak niegdyś. Po godzinie wszystko wyparowywało. Widząc to, generał podarował mi „Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa” z bukoliczną dedykacją: „Panu płk Henrykowi Piecuchowi z żołnierskim pozdrowieniem”. Zapamiętałem ostatnią rozmowę. Zmęczone oczy generała zdawały się mówić: „Nie szukam ukojenia. Nie szukam zapomnienia. Niczego nie szukam. Jakoś to będzie. Jakoś się potoczy… Beze mnie”.

Wedle mojej oceny W. Jaruzelskiemu udały się w życiu trzy rzeczy: szlak bojowy (chapeau bas przed jego frontowymi dokonaniami), doprowadzenie do „Okrągłego Stołu” i spolegliwe oddanie władzy oraz córka Monika. Generał, który, wedle jednych opinii był bawidamkiem a wedle drugich – purystą seksualnym, długo brzydził się obrączką i dziećmi, ale w końcu się przełamał. W Centralnym Zespole Artystycznym WP upatrzył sobie niespecjalnie uroczą Barbarę. Była tancerką. Szalenie ambitną. Wziął z nią ślub. Przedtem umówili się, że w ich małżeństwie ona będzie decydować o sprawach mniej ważnych, a on o rzeczach ważnych. I przez 50 lat generał nie miał okazji, aby w domu zabrać głos. Tak się jakoś dziwnie układało, że w ich rodzinie nic się ważnego nie wydarzało. Więc Jaruzelski przez pierwsze 25 lat małżeństwa ulepszał socraj a przez kolejne ćwierć wieku szukał argumentów na obronę swoich dokonań, których nigdzie nie mógł znaleźć. Po zejściu z prezydentury wypracował sobie filozofię, aby od życia nie mieć żadnych konkretnych oczekiwań. Jednak jedno trzeba przyznać, Barbara i Wojciech Jaruzelscy byli wzorowym małżeństwem. Od czasu ślubu nikt nie słyszał, aby generał pozwalał sobie na skoki w bok. Zniesmaczył tym M. Rakowskiego ubolewającego, że gdyby Jaruzelski miał kochankę, to kraj odniósłby z tego wiele korzyści…

 Niedługo po ożenku przyszła na świat córka – Monika, co szalenie zdziwiło płk Gotówkę uważającego, że wątpliwe jest, aby generał sypiał w jednym łóżku z żoną, bo jego pryncypał nie znosił spoufalania się z drugim człowiekiem. Ale prawdą jest, że każdy chciałby mieć taką córkę.

Mijały lata, aż stało się. W 2013 r. Monika pozazdrościwszy ojcu wydanych książek ogłosiła książkę zatytułowaną Towarzyszka Panienka. Dzieło tradycyjne w treści i minimalistyczne w formie. To książka ze średniej półki tego typu literatury wspomnieniowej, w której dzieci prominentów starają się wybielić czyny rodziców. Jeżeli jednak czytanie dzieł generała przypomina spożywanie piwa dwa razy pitego i trudno od jego książek nie być mądrzejszym, to studiowanie Moniki jest piciem czystej wody z górskiego źródła nieskalanego ideologią.

Autorka, kobieta półwieczna, z żywiołowym poczuciem humoru, nie unika trudnych momentów ze swego życia. A pytania-stwierdzenia, postawione na przedostatniej stronie, że …każdemu potrzebna jest chwila refleksji, czemu służy w naszej kulturze funkcja „wroga publicznego”. Dlaczego tak łatwo ferujemy wyroki, często nie znając faktów, często nie znając wszystkich faktów, że o niuansach już nie wspomnę.  

To stwierdzenie biorę także do siebie. Tyle tylko, że Monika nie podaje żadnych nowych faktów, które usprawiedliwiałyby dramatyczne decyzje jej ojca. Nie zgadzam się z wieloma sądami autorki Towarzyszki Panienki (rażą mnie m.in. oceny dotyczące niektórych generałów i znajomych państwa Jaruzelskich). Nie roniąc łez nad uciążliwym dzieciństwem pani Moniki to jednak uważam, że gdyby na przykład gen. E. Molczyk lub inny polityk zajął stanowisko W. Jaruzelskiego (mogło tak być, gdyby w 1981 r. zwyciężyli twardogłowi) to w pierwszej kolejności postawiliby generała przed plutonem egzekucyjnym…        

Niestety, Monika poszła za ciosem i błyskawicznie zmajstrowała kolejne dzieło zatytułowane Rodzina i już się przymierza do następnej. Jeszcze chwila a wyrośnie mam Katarzyna Grochola – bis. Te książki są lepsze niż się można było spodziewać, ale nie tak dobre jakby mogły być, gdyby autorka pozbyła się troski o dobro rodziny. W Rodzinie Monika zapisuje rozmowy z ojcem i, pozorując wiwisekcje, skutecznie unika kontrowersyjnych wydarzeń z życia rodziny państwa Jaruzelskich. Szkoda. Trudno uwierzyć, by generał o swoich dramatach nie wspominał własnej córce, skoro dzielił się nimi z czytelnikami swoich wspomnień. Ot chociażby takim passusem: Nieraz kładłem dłoń na chłodnej rękojeści pistoletu.  Ale to wspomnienia osobiste… Na szczęście generał nie zrobił użytku z pistoletu… No, bo przecież pani Monika również usiłowała popełnić samobójstwo… Połknęła wszystkie pigułki, jakie miała. Tyle, że nie umarła. Obudziła się i zrozumiała, że musi żyć dalej. I słowa ojca, a może matki: „Moniczko, jeżeli nie przestaniesz tego robić, któregoś dnia zrobisz sobie krzywdę.”

Nie ma w Rodzinie niczego, o czym opinia publiczna nie wiedziałaby z wynurzeń samego generała, z doniesień propagandowo – hagiograficznych oraz paszkwilanckich, którymi nadal faszerują nas media. W opowieści córki jej ojciec jawi się, jako człowiek pełen dobrych chęci, które są falsyfikowane przez jego wrogów, czasami przez otaczającą rzeczywistość, a raczej pospolitość, w którą generał nie bardzo sobie radził. Dzieło Moniki znakomicie wpisuje się w nurt lekko hagiograficzny. Wolne jest jednak od tłumaczeń i usprawiedliwień czynów i uczynków, dlaczego generał postępował tak a nie inaczej. Nie ma w nim szwarccharakterów, za to aniołów zatrzęsienie. Zdumiewa porażająca empatia do przedstawionych osób, w tym ewidentnych drani, o których autorka musiała słyszeć. To styl książki telefonicznej. Nie można nic opuścić, bo później nie będzie się można dodzwonić. Rodzi się pytanie, czy taki zabieg nie ma na celu zamulenie szczegółów z życia generała?

Dla mnie Rodzina jest odkrywcza jednego powodu. Autorka twierdzi, że jedną z lektur ojca były Przygody dobrego wojaka Szwejka Jaroslava Haska i cytuje ulubione fragmenty generała. Jeden z nich brzmi: Bardzo mi przykro, ale w wojsku byłem poddany superarbitracji z powodu idiotyzmu i urzędowo zostałem przez nadzwyczajną komisję lekarską uznany za idiotę. Ja jestem idiota z urzędu. Trudno orzec czy akurat ten fragment był profetycznym nawiązaniem generała do faktu, że dal się ustawić służbom specjalnym, a w dalszej kolejności zajął się polityką. Analizując ostatnie dni życia W. Jaruzelskiego (zmarł 25 maja 2014 r.) wolno powiedzieć, że być może odkrywał siebie sobie samemu, tylko nie zdążył nam o tym opowiedzieć. Więc ograniczył się jedynie do Boga.

Rozpatrując własną biografię muszę przyznać, że w tym było coś na rzeczy… Boć i ja zachwycam się Szwejkiem, bohaterem niebohaterskim, patetycznie odpatetycznionym, ale żeby i generał… Przez pół wieku znajomości z generałem ani razu nie słyszałem z jego ust żartu. Zawsze uważałem, że W. Jaruzelski humoru bał się jak diabeł święconej wody, dopuszczałem jedynie myśl, że generał miał przeczucie, że na świecie istnieje humor, ale go nie uprawiał….

Wspominam dzieła M. Jaruzelskiej jeszcze z innego powodu. Oto pod koniec lat 80. pisząc Byłem gorylem Jaruzelskiego, książkę opartą o rozmowy z płk. A. Gotówką i innymi osobami, m.in. z generałami M. Janiszewskim i F. Siwickim i po rozmowach z generałem wyrzuciłem z autoryzowanego tekstu (ale w porozumieniu z A.G.) około 100 stron typowego „magla” made in służby specjalne. Autorem tekstu był A. Gotówko. Fragment dotyczył rodziny Jaruzelskich. Sporo stron pułkownik poświęcił Monice. Wielu adwersarzy krytykowało mnie za cenzurowanie autoryzowanego tekstu. Jednak po przeczytaniu książek M. Jaruzelskiej utwierdziłem się w przekonaniu, że postąpiłem słusznie. Starość dopadła mnie już w momencie podpisania kontraktu na dożywocie z armią, więc teraz, przepatrując własne życie transponuję słowa Marii Antoniny i wmawiam sobie, że jestem spokojny, jak każdy, którego sumienie gryzie nie bez powodu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *