KILKA SŁÓW O SLUŻBACH SPECJALNYCH

Tym razem  wstęp do książki Portret z kanalią, która ukaże się (mam taką nadzieję) w I kwartale 2015

Nie piszę, żeby mówić o sobie czy próbować siebie zrozumieć. Nie ma w tym żadnego pragnienia introspekcji. Książka należy nie do tego, kto ją napisał, tylko do tych, którzy ją czytają.

                                                           Patrick Modiano 

Urodziłem się na długo przed historycznym zwycięstwem czarnego nad czerwonym, ale droga mojego życia była w większości prosta i tylko czasem ginęła za zakrętami historii. Lubiłem łagodność zmierzchu i błyskawiczność nocy, a gdy nad głową buzowała zawierucha gwiazd i w mózgu tańczyło żyto zwykle przed oczyma jawili się ludzie, których znałem lub wydawało mi się, że ich znam. Tym razem, starając się przeorać ugór w mojej głowie pragnę przedstawić subiektywny ogląd wyjątkowo oryginalnego typa, Homo tweetusa – człowieka ćwierkającego, który, nagłaśniając przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa (RP RWE) zbrodnie komunizmu, być może, położył dla świata zasługi kasujące jego własne zbrodnicze dokonania, a którego prof. Andrzej Paczkowski określił łagodnie jako „wredną twarz sowieckiej kanalii”. Chodzi o podpułkownika Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) Józefa Światłę. Oficera, który po zamianie NKWD & MBP na CIA zaczął przejawiać smocze cechy – pożerał dawnych mecenasów, egzegetów i kolegów dobrze mu życzących. Chodzi o prominentnego ubeka, zdobywcę damskich serc i zabójcę, zdolnego wznieść się ku gwiazdom na własnym krawacie..

Przez lata przepatrywałem życie Światły. Starałem się go rozszyfrować. Jeszcze teraz patrząc na jego fotografię z gębą otwartą, jakby to był diabeł jakowyś proszę Stwórcę: „Skoro już go stworzyłeś na swoje podobieństwo proszę Cię, Panie Boże, ocal go w mojej pamięci aż go nie opiszę, bo chcę go przedstawić tym rodakom, którzy go dziwnie nie znają”. Bo przecież prawdą jest, że Światło, po raz pierwszy w takim wymiarze, pokazał Polakom lustrzane odbicie B. Bieruta i jego towarzyszy. Zademonstrował na własnym przykładzie, czarno na białym, że tak zwana władza ludowa, w interesie Moskwy pokazuje narodowi nie świetlaną przyszłość, ale sowiecką dupę.

Wybaczcie, ale pragnę to zrobić na szerszym tle. To zaś nieuniknienie prowadzi do konieczności fragmentarycznego przestawienia słodkich sekretów oficerów operacyjnych tajnych służb, którzy są, najogólniej mówiąc, poszukiwaczami swojej prawdy o innych ludziach. Wybaczcie brutalną szczerość niektórych opisów związanych z seksem i zbrodniami. Bronię prawa do grubiańskości. Chyba lepiej jest być grubianinem niż nieszczerym hipokrytą.

***

Służby, czasem zwane Firmą, aby sprawnie werbować agentów muszą łgać i stosować niestereotypowe metody. Z reguły są to metody pozaprawne i bezprawne. Tłumaczenie, że służby specjalne większość materiałów otrzymują z tak zwanego białego wywiadu to pic na wodę i fotomontaż, bo każda licząca się Firma musi być oparta na kłamstwie. Obowiązującą zasadą jest: kłam, fałszuj, zmyślaj, koloryzuj, blaguj, fantazjuj, tak długo, aż ci uwierzą! Funkcjonariuszom prawda była potrzebna tak, jak atomowemu okrętowi podwodnemu wiosła.

Służby werbują agentów i najistotniejsze materiały otrzymują za pomocą przekupstwa, szantażu, zmyślnego blefu (np. pozyskiwanie agentów pod tzw. obcą flagą), a niekiedy torturując ofiarę, co czasami prowadzi do  utrupienia delikwenta. Niezwykle rzadko w grę wchodzi działalność z tzw. motywów patriotycznych lub ideologicznych. Aczkolwiek bywają takie przypadki.  Rzadko, bo rzadko, ale bywają.

Podpułkownik Światło, sceptyk o urodzie prowincjonalnego dentysty  miał w dziedzinie „łowienia” agentów wyjątkowe osiągnięcia. Był niezrównanym szarlatanem, kuglarzem, manipulatorem, mitomanem i fabularyzatorem. W dziedzinie łgarstwa mało kto mógł się z nim równać. Dlatego B. Bierut zlecał mu aresztowanie najważniejszych osób w państwie. I on potrafił  zbajerować samego W. Gomułkę, któremu nadał ksywę „Łysol” i wywiódł tego, modelowego komunistę w malinowy chruśniak, czyli do „obiektu” w Miedzeszynie, w którym UBP urządził tajne więzienie dla osób, na którym partii szczególnie zależało.

Co prawda jedne z najsłynniejszych służb, brytyjskie MI5 (kontrwywiad) i MI6 (wywiad), znane w historiografii jako SIS (Tajne Służby Wywiadu) ukuły skrót MICE (money, ideology, coercion, ego) czyli: pieniądze, ideologia, przymus i ego jako postawy werbunku współpracowników, ale to tak dla gawiedzi, dla zamaskowania prawdy, bo i morderstwa były w tych służbach nierzadkie.

Jeżeli chcecie poznać różnicę między tym, co było niegdyś a tym co jest dziś to powiem, że różnica jest jedynie w terminologii. Kiedyś zlecający akcję likwidacyjną mówił do wykonawców: „Zabijcie skurwysyna!”. Dziś, na przykład prezydent B. Obama albo inny Putin, kiwając smutnie głową, rozkaże z ponurą mądrością: „Zlikwidować cel!”

***

Będąc przekonanym, że prawda o Światle jest bardziej niezwykła od fikcji i, że prawdopodobieństwo, że go kiedykolwiek spotkam jest mniejsze niż prawdopodobieństwo wizyty na Ziemi przybyszów z poza Drogi Mlecznej ruszyłem tropem funkcjonariusza, przez jednych określanego, jako tego, który pierwszy zaczął rozwalać komunizm a przez innych, jako zbrodniarza, a jeszcze przez innych jako zdrajcę. Te określenia są tu przydatne niczym gofrownica na księżycu, bo w tym wypadku wszyscy mają rację. Światło był jednym i drugim, i trzecim, a biorąc pod uwagę, że wątpliwą rzeczą jest zakładanie, iż wie się wszystko o innym człowieku i rozpatrując jedynie ułomki życia Światły można uzasadnić wszystkie opinie.

Mając świadomość, że słodki jest miód, jeżeli akurat nie żądlą pszczoły to na szlaku Światły rychło przekonałem się, że pszczoły niekiedy żądliły umiarkowanie a niekiedy boleśnie. Wspominki o tym szpiegu przypominają opowiadanie o czarnej dziurze kosmicznej zanim stała się dziurą.

Gdy w latach osiemdziesiątych zacząłem pisać o Światle obrazili się na mnie generałowie, a gdy  już, w całkowicie wolnej Polsce, nie bacząc na nauczkę, kontynuowałem swoją grafomańską opowieść o szpiegu do pionu usiłował mnie sprowadzić prof. Andrzej Paczkowski…

Nie wziąłem tego pod uwagę. Zbyt kochałem ongiś ludzi, aby ich wyprowadzać na manowce niewiedzy. Ale miłość do człowieka wypaliła mnie do kości i zgasła. A że prawie równocześnie wymierają świadkowie moich grzechów, wskrzeszając umarłych często gubię po drodze prawdę. Zgrzybiały od tej miłości z mozołem składam spierzchniętą skórę słów i tęsknię, ale i tak nie ogarniam wszystkiego.

Nie, nie, nie. Nie za Krajem Pieroga i Zalewajki, nie za Polską tęsknię. Tęsknię za młodością. Żyjąc w epoce, w której dominowała prawdakłmstwo i kłamstwoprawda podpierana samonienawiścią, tym razem, chcąc wygładzić grzechy świata, na podstawie życia Światły przeżuwam obrazki dotyczące służb specjalnych…

***

Izak Fleischfarb vel Jozef Światło miał wiele ksyw. „Joskiem” nazwali go antysemici. „Jurodiwym” był w nomenklaturze NKWD, „Kogutem” w MBP, „Papierosem” w Miedzeszynie i „Juniorem” w Rozgłośni Polskiej RWE. Światło był ulepiony z innej gliny niż pozostali funkcjonariusze bezpieki i szpiedzy, o których wspominam na tych kartach. Przemykał przez życie jak robak przez gąszcz trawy i aż dziw bierze, że nikt go nie rozdeptał. Miał szczęcie. Zmarł we własnym łóżku.

Na żywo widziałem go tylko raz. W dzieciństwie. Na czele swoich zbirów przyszedł po mojego ojca. Osobiście pofatygował do naszego domu w Górzyńcu w Górach Izerskich. Wówczas zrobił coś, co kazało mi modlić się tymi słowy: „Kochany Panie Boże! Ten typ zabrał mi tatusia. Daj mu Panie Boże najdłuższe życie, abym mógł go dorwać i zabić. A potem daj mu wieczność. W piekle”. Ale Pan Bóg nie wysłuchał mojej prośby. Gdy Go wówczas prosiłem zapomniałem, że była sobota. Szabas. Pan Bóg odpoczywał.

Później był już tylko jego głos w radiu a także zdjęcia, dokumenty i lektury artykułów i książek i jakieś szczątki kronik filmowych oraz różne o nim opowieści. Do dziś pamiętam, że Światło niegdyś – zimny jak śnięta ryba, przed mikrofonami RWE przypominał bolszewickiego smoka plującego gorącą, ognistą śliną na dawnych towarzyszy.

Światło cale życie nawarstwiał i smakował zło. Teraz także posługiwał się partyjną nowomową, ale miał nienaganną dykcję. Nie żydłaczył. Wstawiał „ą” i „ę” nawet tam, gdzie nie było to potrzebne. Jego słowa nie tylko znaczyły, ale brzmiały dla komunistów niczym grzyb atomowy nad Hiroszimą dla Japończyków. Słuchaczom wydawało się, że „Junior” nawet gdyby był ptakiem, zawsze by wiedział, na czyj pomnik najpierw nafajdać. Mówił prawdy oczywiste. Nieznane jedynie tym, którzy ich znać nie chcieli.

***

Sądząc, że nawet martwe przedmioty opowiadają swoje własne losy, a nie chcąc zostawiać wszystkiego w rękach Boga, starałem się pomóc Stwórcy. Prawie w każdym tomie Tajnej historii Polski (THP, wydanej dopiero, co zrozumiałe, po 1990 r.) temat Światły był sygnalizowany. Zaliczywszy go do kategorii resortowych „mądrzygłupków” nie używałem w stosunku do niego wielkich kwantyfikatorów, zelżywości ograniczyłem do minimum. Jedynie w co drugim zdaniu używałem słów na k…, ch… lub s…, bo z tych słów prawda o Światle biła. Zdawało się, że on już w momencie poczęcia, a na pewno w chwili gdy wyciągano go, wrzeszczącego z łona matki wiedział kim będzie i co zrobi bliźnim. A że był cholernie zdolny. Zdolny do wszystkiego, to w krótkim czasie po mistrzowski opanował sztukę szkodzenia ludziom, wzniecania nienawiści i podejrzeń wobec innych.

Nie chcę Was uśpić prawdą. Chcę opowiadać uczciwie. Nie mam bowiem cierpliwości, ani zdrowego rozsądku, żeby kłamać. Więc staram się sprawy wyrazić dobitnie, żebyście je zapamiętali. Co? Nie chcecie niczego pamiętać? Nie chcecie grzebać się w przeszłości? Trudno się dziwić. Pamięć jest strukturą dynamiczną. Zmienia się pod wpływem potrzeb. Z każdą minutą stajemy się kimś innym. Ciągle wybieramy z pamięci takie elementy, które w danej chwili pasują nam do życiorysu. Nie chcecie wiedzieć, co zawdzięczacie Światle?

Ja zawdzięczam mu niewidzenie ojca przez kilka lat i… piękną nylonową koszulę uszytą przez mamę z powłoki balonu, który niósł Polakom przesłanie Światły. Koszula była nie do zdarcia. Po latach założyłem ją nawet na maturę. Przyniosła mi szczęście. Zdałem za pierwszym razem, aczkolwiek mój wychowawca Fryderyk Stradowski ksywa „Fred” nie wierzył, że mi się to uda. „Fred”, dwadzieścia lat później był podporą KW PZPR w Jeleniej Górze, ulubieńcem I sekretarza Stanisława Cioska, który piętnaście lat później odegrał pozytywną rolę w obradach „Okrągłego Stołu”, który doprowadził do półwolnym wolnych wyborów, ale wystarczających do rozpieprzenia komunizmu. O takiej chwili marzył chyba Jan Nowak-Jeziorański rozpoczynając, być może, akcję balonową.

***

Balonów było kilkanaście tysięcy a przesłanie, w formie broszury wydrukowano w trzech milionach egzemplarzy słano do Kraju Pieroga i Zalewajki z Austrii i Republiki Federalnej Niemiec. Aferę balonową zmajstrował Jan Nowak-Jeziorański, facet wyglądający na człowieka, nie bojącego się życia i zawsze gotowego stawić losowi czoła. Nowakowi pomogli   przyjaciele z CIA.  Taki balon stał się kiedyś moim łupem…

Wybaczcie, ale będę jeszcze musiał o tym wspomnieć. Bez tego opowieść o „Juniorze” byłaby pozbawiona ikry, bo w perspektywie zamierzam opisać nie tylko facjatę ale i zewnętrzną powlokę byłego zastępcy A. Fejgina, a także to, co lęgło się pod jego czaszką. Mogłem to zrobić tylko na podstawie rozmów z ludźmi, którzy Światłę znali. Były to osoby, przeważnie oficerowie służb specjalnych. Oni dorosłe życie przeżyli w kłamstwie. Zmuszała ich do tego Firma. Więc kłamali w każdej sytuacji uważając to za cechę nieodzowną w ich służbie. Wiedząc, że prawda jest tym, czego nie chcieli lub nie mogli powiedzieć słuchałem ich słów między wierszami. Musiałem się śpieszyć, bo wymierali. Pan Bóg już dawno brał z ich półki.

***

Maniakalnie zapisywałem każdą wzmiankę, każdą wypowiedź, każdą plotkę na temat  Światły. Kronikując układałem puzzle dotyczące „Koguta”. Światło, który chciał być bogiem „zakroniczył” mnie na amen. Ale nadal nie znajduję odpowiedzi na pytania: jak to było możliwe, że ten, być może najgłośniejszy funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa o nikczemnie niskim stopniu podpułkownika, do dziś fascynuje tak wielu ludzi? W jaki sposób  udała mu się zrobić to, co zrobił? Dlaczego, po zdradzie komunizmu i ucieczce do Ameryki nie wyprawiono go do piekła?

Poświęcono mu tysiące artykułów i kilka książek. W tych rozważaniach niewiele jest prawdy o duszy tajnych służb jak i samego bohatera. Niestety, nie jestem bez winy. Też o nim pisałem i na dodatek szczekałem o Światle w telewizji i radiu. Nie zawsze było to zgodne z tym, co o „Kogucie” pisali luminarze historii najnowszej. Jeden z ostatnio zmajdrowanych przez nich foliałów boleśnie bodnął mnie w plecy, a może i ciut, ciut niżej. Chodzi o książkę A. Paczkowskiego Trzy twarze Światły. Dzieło to dało asumpt Andrzejowi Friszkemu, też profesorowi z tej samej gildii, do zapiania, zabłyskania, zapiorunowania nad dziełem Paczkowskiego i roztoczyło nad książką i autorem pean we wszystkich kolorach tęczy. A że w Kraju Pieroga i Zalewajki nie każdy tęczę kocha, więc…

Przeżywszy dziewięćset miesięcy po raz ostatni usiadłem aby rozprawić się z życiem Światły. Wybaczcie moje zdziecinnienie. To taki rodzaj intelektualnej choroby morskiej. Nie przejmujcie się tym. Przecież każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie wie, że niedługo, za jakiś miliard lub sto miliardów lat grafomanów, profesorów, polityków, nawet Kraj Pieroga i Zalewajki, ba, nawet cały Układ słoneczny szlak trafi…

Zapisałem pięć tysięcy stron. Skóra na rękach wyschła jak pergamin. Mięśnie barków zwiotczały. Ramiona drżały. Zgięta klawiatura komputera przypominała księżyc a nogi słupy telefoniczne. Jednym słowem czułem się świetnie. Malo brakował a eksplodował bym niczym mina pod wozem pancernym naszych zuchów w Afganistanie. Ale i tak  nie miałem złudzeń, że uda mi się rozjaśnić niejasności związane z „Jurodywym”. Moje elukubracje mogą co najwyżej skłonić czytelnika do postawienia pytania: czy Światło był wysoki czy szczęśliwy?

W końcu zaniosłem maszynopis Andrzejowi Zasiecznemu. (Oby żył Wieczne!). „Skróć manuskrypt do dwustu stron” – powiedział szef Agencji Wydawniczej CB.

Jedno przemyślenie nt. „KILKA SŁÓW O SLUŻBACH SPECJALNYCH

  1. Szanowni Państwo,
    mamy teraz Rok Miłosierdzia Bożego, czyli katolicy zobowiązali się miłować bliźnich, miłosiernie im przebaczać – to tak w kontekście „miłości” do Wałęsy. I jeszcze jedno pytanie, czy jego błędy są większe niż dokonania? Poza tym – oskarżony Wałęsa nie przyznaje się do winy – ale został osądzony. Specjaliści jeszcze nie stwierdzili, że dokumenty są prawdziwe, a „miłosierni katolicy” wyrok już wydali.
    Tu zachęcam do czytania – studiowania książki H. Piecucha „Wałęsa i…” – książka ta pokazuje mechanizmy działania służb specjalnych. Poznajmy te mechanizmy i dopiero wtedy zacznijmy osądzać Wałęsę oraz szeroko rozumianą jego drużynę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *