A. FEJGIN & J. ŚWIATŁO

Interesując się umiarkowanie wielkimi postaciami peerelowskich służb specjalnych nie mogłem pominąć takich postaci, jak płk Anatol Fejgin i ppłk Józef Światło. Znałem, niestety, obu. Co prawda Światłę widziałem tylko dwa razy, i to w dzieciństwie, ale było to „widzenie” wystarczające, abym go zapamiętał na całe życie. Z Fejginem znajomość była o wiele dłuższa, bo dwudziestoletnia.

Poniższy fragment pochodzi z przygotowanej do wydania książki „Portret z kanalią. Świat J. Światły, czyli randka z nieboszczykiem”.

***

W wypadku Światły kluczowe zdaje się być pytanie: dlaczego 4 grudnia 1953 r., w Berlinie Zachodnim podpułkownik opuścił bez pożegnania A. Fejgina, swojego bezpośredniego przełożonego?

Światło, co by o nim złego nie powiedziano, nie był typem człowieka rzucającego się na głęboką wodę wiedząc, że nie umie pływać. Ale nie chciejcie, abym tłumaczył czyn Światły, bo będę musiał opowiedzieć starą ormiańską anegdotkę: Wisi na drzewie i piszczy. Co to znaczy? Śledź. Dlaczego na drzewie? Bo ktoś powiesił. Dlaczego piszczy? Żeby trudniej było zgadnąć.

***

  1. Fejgin nie brał pod uwagę, że w pewnych okolicznościach nawet małpy spadają z drzew. Świato ps. „Kogut” się z tym liczył. Dlatego, po śmierci Stalina, nadsłuchując złowieszczych jak brzęczenie komarów wieści z sowietów „Kogut” ulotnił się. Przeniósł się za ocean, zaś Fejgin od momentu dezercji podwładnego dryfował w dół. Z pułkownika gwałtownie uszło powietrze. To tak jakby z silnika samochodu wyciągnąć akumulator.

Dyrektora Departamentu X trzymała w Polsce tylko ambicja. A ambicja to ostatnie schronienie bankruta. Fejgin nigdy nie zrozumiał, że gdyby nie wspinał się po ścieżkach kariery komunistycznej, toby nie spadł.

Ucieczka Światły podcięła Fejginowi nogi. Czuł jej ciężar na swojej piersi. Po samotnym powrocie z Berlina chodził po swoim gabinecie narzekając, że wszystko jest bez sensu, wszystko jakoś pogmatwane. Był jak okręt podwodny, zatopiony we własnych myślach. Nie mógł pojąć, co się stało.

Praca i heterodoksja elit rządzących sprawiły, że życie straciło dla Fejgina sens. Jako nieukończony medyk wiedział, że życie zaczyna się oddechem. Noworodek płacze, by złapać oddech. Kończy wydechem. Wówczas inni płaczą.

Pułkownik nie bardzo wiedział, czy płakać, czy kończyć z życiem. Nawet bez piórka wymiotnego ciągle brały go mdłości. Jego smutek był rozpaczliwy i nieuleczalny. Był niczym facet rozjechany przez los. Znienawidził go nawet własny pies. Nemezis oddała go na pastwę sił, które sam tworzył i nad którymi utracił kontrolę. Więc dopiero po trzydziestu latach zwierzył się żonie, że często myślał o śmierci. Przy życiu trzymała go tylko miłość do dzieci.

Ze słów pułkownika stale wyzierało pragnienie mówienia o swoim nieszczęściu, którego przyczyną był „Kogut”. Ale Fejgin nie miał za bardzo do kogo gęby otworzyć. A że martwego lwa i zające mogą ciągnąć za grzywę, to przełożeni, podwładni, ale i zdawało się dobrzy koledzy omijali go jak dziurę w drodze. Kłaniali się już innym panom wypinając na pułkownika tyłki.

Były dyrektor departamentu, mając usta zamknięte, co bolało bardzo, ale uszy otwarte, co potęgowało ból, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Z radia ciągle dolatywały słowa o kulcie jednostki.

-„Pan jednostka”, czyli B. Bierut, któremu on, dyrektor Departamentu X MBP oddał ciało i duszę i którego był filarem, podporą i ostoją olał go w pierwszej kolejności – mówią po latach jego dawni znajomi.

– Fejgin mógł się tego spodziewać – wtrącają inni oficerowie – Tak jest zawsze. W Firmie sukces ma wielu ojców. Klęska tylko wytypowanego do odstrzału.

Płk Fejgin, uwierzywszy, że od losu nie ma ucieczki silił się na eksplikację wydarzeń politycznych. Te jednak przekraczały jego możliwości intelektualne. Teraz dopiero zrozumiał, że nie powinien wierzyć we wszystko, co widział, ani w połowę tego, co słyszał od Bieruta i Bermana oraz innych krzewicieli nauki leninowsko-stalinowskiej.

Wieczorem, w domu, po kryjomu przed żoną, mógł posłuchać w radiu szyderczego głosu Światły. Wówczas płakał. Płakał z bezsilnej złości. Zdarzało się że miał ochotę kopnąć radioodbiornik. Ale zwyciężał pragmatyzm. Więc pułkownik, doszedłszy do wniosku, że radia szkoda, kopał jedynie szafę.

Były dyrektor Departamentu X MBP, siedząc na ławie oskarżonych próbował ratować własny tyłek

Odwoływania się Fejgina do przyjaźni z B. Bierutem ksywa „Tomasz” i J. Bermanem ksywa „Jakub” nic nie dały. Oskarżony czuł się jak szmata. W czasie procesu zarówno Bierut jak i Berman sypali piasek w tryby jego obrony. Blizny po takim postępowaniu najważniejszych towarzyszy partyjnych Fejgin nosił do końca życia, ale się z nimi nie afiszował.

Dopiero w czasie procesu zrozumiał, że popełnił błąd traktując Bieruta i Bermana jak cesarzy rzymskich. Dobitnie przekonał się, że najgrubsze ryby pływają najgłębiej i są trudne do złowienia. W sieci wpada co najwyżej średni sort. A że myśli, nawet zatwardziałego komunisty w kajdany okuć nie dają się, dlatego, już w celi Fejgin przygotowywał na piśmie obronę. Było to oskarżenie wypaczeń systemu twardego stalinizmu. Więc zabrano mu notatki. Pomimo wielokrotnych próśb notatek  nie oddano. Pułkownik podejrzewał o to swoich przyjaciół.

***

Gdy ćwierć wieku później, spacerując z Bermanem po Łazienkach od nieokreślonego punktu X do niejasnego odcinka Y zahaczyłem „Jakuba” o sprawę Fejgina, niegdysiejszy członek BP KC PZPR i druga osoba w kraju, dysponująca ogromnym wpływem  na to, co się działo w służbach specjalnych, mająca jeszcze wiele innych, równie ekstrawaganckim funkcji potrzebnych do współrządzenia państwem, z grzecznością i uprzejmością, o którą go od dawna podejrzewałem dał mi do zrozumienia, że rozmowa ze mną jest poniżej jego godności.

Cóż, dużo osób związanych ze służbami specjalnymi też tak sądziło. Ale w końcu przełamywali się. Berman również. Nie zmienia to faktu, że „Jakub” był wściekle inteligentny. Ja nie bardzo. Nie starczyło mi talentu, aby z rozmówcy wydobyć coś interesującego. Nie udało się to nawet Teresie Torańskiej. Berman naplótł je o tym, o czym i tak wszyscy wiedzieli.

Nic więc dziwnego, że Fejgin, mając do czynienia z takimi przeciwnikami z jakimi miał, przed sądem bronił się chaotycznie. W tej sytuacji jego ostatnie słowo, któremu wyrok na długie lata zasznurował usta brzmiało niczym monolog byka prowadzonego na szafot – wspominał były dyrektor wywiadu płk Witold Sienkiewicz.

„Tomaszowi” z „Jakubem” nie śniło się nawet aby pomagać Fejginowi. Musieli się troszczyć o własne tyłki, pod którymi buzował już ogień podłożony przez Nikitę Chruszczowa. Rządzący Krajem Pieroga i Zalewajki wartko zapomnieli o umizgiwaniu się i wchodzeniu generalissimusowi w tyłek bez mydła.

A jeszcze tak niedawno ulicom, pałacom, szkołom, fabrykom, uczelniom, instytutom, ba całym miastom nadawano imię Wielkiego Językoznawcy. Powodowało to powstanie tysięcy anegdot. Tu tylko jedna. Do milicjanta podchodzi mężczyzna i pyta:

– Panie posterunkowy…

– Nie mówi się panie posterunkowy tylko towarzyszu milicjancie – zwraca uwagę funkcjonariusz.

– Dobrze, towarzyszu milicjancie. Jak dojechać do Katowic?…

– Nie mówi się do Katowic tylko do Stalinogrodu.

– Dobrze, towarzyszu milicjancie, a jak dość do Alei Ujazdowskich?…

– Nie mówi się Alei Ujazdowskich tylko alei Stalina.

– Dobrze, towarzyszy milicjancie, ale czy most na Wołdze jest już przejezdny, bo ja chciałbym na Pragę?

Dziwne, że tak wielu ludzi uwierzyło, że świat sporządniał

Po śmierci Stalina wielu funkcjonariuszy Firmy żyło w sadystycznym oczekiwaniu na zmiany. Wydawało się, że przytrafiła im się groźna umysłowa menopauza. Można by ją nazwać odlotem od rozumu. Nikt nie był w stanie przewidzieć, w jakim kierunku zmiany pójdą.

Tajny referat nowego władcy Imperium – Chruszczowa był jak syk dżina uciekającego z flaszki. Rozsiewał trujący jad na wyznawców Wielkiego Językoznawcy. Tłumy ludzi łykały niczym różowy pelikan ryby wszystko to, co powiedział Chruszczow. Był to swoisty majstersztyk propagandowy. Aby wystraszyć rasę ludzką trzeba pozwolić, by zaczęła działać wyobraźnia. Trzeba ją wyzwolić. To podstawowa zasada roboty operacyjnej i propagandowej. Świeży władca Imperium wypuścił dżina z butelki nie po to, aby zmienić system władzy, ale po to, aby system umocnić.

***

Miliony osób na całym świecie, w tym takie tuzy, jak Jerzy Giedroyc, ksywa „ Książe” oraz „Redaktor” i Jan Nowak-Jeziorański, dały się uwieść nowej retoryce sowieckiej.  Obie postaci miały zasługi. Podkreślało to ogólne wrażenie ich pogody ducha i kompetencji. Wiele osób sądziło, że można im powierzyć  obowiązki wymagające najwyższej odpowiedzialności, ale i zawierzyć ich słowu. Obaj intelektualiści marzyli o wiecznym pokoju w Europie na zasadach Kanta. Tymczasem po wojnie mieli Hobbesowską „wojnę wszystkich ze wszystkimi”. Śmierć Stalina dawała szansę na zmianę. Giedroyc i Nowak, zawierzając Chruszczowowi i Gomułce chcieli wesprzeć zmiany w Imperium i Polsce.

Być może redaktorzy antycypowali, że N. Chruszczow, sekretarz generalny KC KPZR (gensek) zakończy epokę w dziejach świata, która zaczęła się od zbudowania muru chińskiego czy muru Hadriana, szła przez linię Maginota, Zygfryda, wał atlantycki czy pomorski.

Tymczasem to guzik prawda. Wielkie rzeczy dzieją się z szybkością światła. Nie minęło pięć lat i świat w 1961 r., realizując rozkaz genseka, zafundował sobie budowę muru berlińskiego, pozornie zakończoną w 1989 r. jego rozpadem. Następna dekada była bez mała spokojna, okraszona jedynie lokalnymi wojnami i terroryzmem.

Ogień jednak cały czas buzował

Tak doszło do wydarzeń z 11 września 2001 r. , które piętnaście lat później zapoczątkowały wznoszenie innych murów. Tym razem w wielu państwach. W niebyt poszedł wniosek zgłoszony ponad dwieście lat temu przez Immanuela Kanta o pełnym obywatelskiego zjednoczenia gatunku ludzkiego (vollkommene burgerliche Vereinigung in der Menschengattung) czego dalekim od doskonałości jest Unia Europejska, której szlak biegnie od kryzysu do kryzysu.

Wszystko wskazuje jednak na to, że Europa już od dawno jest trupem. Unia usiłuje go tylko reanimować. Europa już sto lat temu popełniła samobójstwo. Agonia zaczęła się w momencie wybuchu pierwszej wojny światowej. Wtedy to dwa najbardziej cywilizowane narody, francuski i niemiecki zafundowały sobie bezsensowną rzeź. Sygnalizowali to wystarczająco wcześnie Freud i Tomasz Mann.

A w Kraju Pieroga i Zalewajki? W drugiej połowie lat czterdziestych rzeź opozycji uznano za zwykłe posunięcie administracyjne. Przez cały Peerel aktywiści partyjni mówili: Trzydzieści tysięcy? To i tak mało! Porównajcie to z innymi rzeziami. Przecież w czasie drugiej wojny Niemcy, w czasie tygodnia potrafili zaszlachtować więcej Żydów niż my zdołaliśmy zlikwidować wrogów przez całą pierwszą dekadę. Trudno. Spróbujmy polubić taką historię, jaką mamy.

Propagandyści gardłowali, że nasz naród wzbogacił się o: trzydzieści tysięcy poległych wrogów i kilku zdrajców, których udało mam się podporządkować. Miło było z propagandystami podyskutować. Mówili z finezyjnym udawanym znawstwem  o wszystkim. Również o wpływie przyciągania księżyca na rozwój dorożkarstwa w Polsce Ludowej. Życie bez takich rozmów cóż byłoby warte?

Dzisiejsza wędrówka ludów z Afryki i Bliskiego Wchodu do Europy jest już tylko kancerowaniem zwłok, które przypominają mumie zgromadzone w muzeum kairskim. I tylko patrzeć jak prozelityzm chrześcijański zostanie wyparty islamskim. Bo – jak uznał ajatollah Chomeini – islam będzie polityką albo nie będzie go wcale.

***

Ha, być może Nowakowi nie warto nadmiernie dziwić się. To propagandysta najwyższej klasy, znający kulisy manipulacji. Mógł więc uznać, że potrafi odróżnić każdy blef sowiecki, każdą manipulację i potrafi ją zdemaskować w RWE.

Ale Giedroyciowi dziwić się należało. Był to facet składający się z samej logiki i kasandrycznej umiejętności przewidywania pociągnięć kremlowskich kłamców. Był to człowiek posiadający zdumiewającą ostrość widzenia padołu ziemskiego w całej jego złożoności. Tak, było to duży redaktor. Inteligentny okrutnie. A duży redaktor, w dodatku inteligentny, to wielka rzadkość. Dziś takich redaktorów już nie ma. Gdyby było pod dostatkiem takich ludzi jak „Redaktor”, świat były miejscem, w którym można by żyć bezpiecznie, a zarazem miejscem dość ciekawym, aby żyć w nim było warto.

***

Przy pobieżnym oglądzie Nikita Chruszczow jawił się ludziom jako polityk mający jakąś wrodzoną przyzwoitość i swobodną, niewymuszoną uprzejmość. Ale wystarczyło zajrzeć do jego życiorysu. Zorientować się kto współodpowiada za głód na Ukrainie, aby dostrzec  prawdziwe oblicze aparatczyka. Uwierzenie takiej postaci było naiwnością. Ale cóż, nawet najlepszy koń może się potknąć, najlepszy pływach może utonąć, a Giedroyc uwierzyć genialnie skrojonej bujdzie.

Tak, Giedroyć być może tylko na moment zapomniał, że nie ma człowieka, który by czegoś nie ukrywał.

Przez mgnienie oka wydawało się, że kruszą się filary komunistycznej wiary

Dla niektórych oficerów MBP było jasne, że mała rewolucję Firmy przyspieszyła dezercja Światły. Natomiast A. Fejginowi ucieczka zastępcy przetrąciła kręgosłup. Uczyniła go niepełnosprawnym. Były potężny dyrektor Departamentu X MBP upadł niczym inwalida ze swego wózka i na dobrą sprawę nigdy się już nie pozbierał.

– Byłem zdruzgotany. Zniechęcony. Cały obolały. Pogruchotany przez pospolitość towarzyszy, którym wierzyłem – wspomina Fejgin. – Przy mnie człowiek poddany przymusowi fizycznemu prze pułkownika Duszę  wyglądałby jak kwietny pyłek.

– Wśród funkcjonariuszy zauroczonych stalinizmem – wtóruje mu po cichu Zenon Witrowy, były prokurator, będący z oficerami tajnych służb za pan brat – nie wszyscy wiedzieli, że wśród komunistów są mordercy sprytni, tacy jak Światło i oficerowie – zbóje, przeznaczeni na ofiary, tacy jak Fejgin. Pierwszy był reprezentantem komunizmu enkawudowskiego. Drugi kominternowskiego. Anatol samootumaniał się z kretesem. Uważał się za lepszego od innych.

Obie wersje były mordercze, aczkolwiek odmiana kominternowska mordowała subtelniej. Światło, który był typem a la Kuklinowski, ale równocześnie recydywistą, zorientował się o klęsce stalinizmu wystarczająco wcześnie. Uciekł i uratował skórę.

Po śmierci Stalina Światło od razu dostrzegł, że stalinowski „Titanic” tonie. Fejgin jeszcze przez kilka miesięcy słyszał tylko orkiestrę. Pułkownik, patrząc na mnie wzrokiem błyszczącym inteligencją przekonywał:

– Zdawałem sobie sprawę z możliwości zapłacenia za uczynki w stosunku do towarzyszy partyjnych. W tym Gomułce. Miałem możliwości ucieczki na Zachód. Proponowali mi to Amerykanie. Nie chciałem. Odrzuciłem ofertę wyprowadzenia. Czułbym się jak szczur uciekający z tonącego okrętu. Ale nie przewidywałem jednego. W głowieni się nie mieściło, że zdradzą mnie Bierut z Bermanem. Zawsze traktowałem ich z czułością i szacunkiem. Nienawidząc Stalina wykonywałem ich polecenia. Wierzyłem w nich jak w Boga

Myślę, że Fejgi trochę przesadził w swojej roli mędrca ubeckiego na emeryturze. Weterana tajnych służb. Może to już była kawiarniana strategia. Ale nie mogę wykluczyć, że naprawdę tak myślał..

***

  1. Bierut, który po objęciu rządów w Peerelu z marszu odebrał ludziom chęć do śmiechu. Potem odebrał uśmiech. Potem nadzieję. Na końcu, na początku lat pięćdziesiątych, po osiągnięciu przez Polskę apogeum degrengolady, zostawił społeczeństwu melancholię i smutek. 12 marca 1956 r. spłonął na Kremlu zabity chruszczowskim ogniem. Zgorzał na chorobę zwaną przez wtajemniczonych „przyjaciółką starych działaczy partyjnych”, czyli na epidemię zapalenia płuc. I nic nie szkodzi, że zapalenie płuc nie jest zaraźliwe. W komunizmie nawet epidemie nie chodziły utartymi ścieżkami.

Również część lewicowych intelektualistów, składających się z marksistów w stanie śmierci klinicznej, szczególnie od momentu, w którym bohaterskie oddziały Armii Radzieckiej w 1956 r. dały pokaz Węgrom, co potrafią, coraz częściej dochodziło do wniosku, że stalinowsko-leninowska ideologia jest passe, bo nie mają logicznego sensu i przechodziły na pozycje rewizjonistyczne.

Ale nie da się ukryć – każda ideologia jest formą religii polegającej na oddawaniu czci szakalom przez osły.

Od tego czasu w Polsce było już tylko lepiej

Bermanowi, działaczowi partyjnemu o wybitnej osobowości, który tak, jak inni przywódcy komunistyczni żywił bardzo mało sympatii do ludzkiej rasy, ogień chruszczowowski, aczkolwiek zbawienny dla Polski, nie zaszkodził tak bardzo jak innym. Najwięcej ucierpieli Romkowski, Fejgin i Różański.

  1. Berman odznaczał się, stosownie do zajmowanej funkcji, wytwornym wyglądem, świetnymi manierami i ponadprzeciętnym zasobem informacji. A jest to cnota, której nie należy lekceważyć. Obyczajom Bermana trudno było coś zarzucić, no, może oprócz wyznawania idei zbrodniczego stalinizmu. No, może jeszcze to, że pomysły B. Bieruta dokraszał własnymi konceptami i opromieniał wdziękiem, też własnym.

Jego żardki charakter prawdopodobnie pozwolił mu wyjść zwycięsko z tarapatów w jakich znalazł się po śmierci Bieruta. Nie powinno to nikogo dziwić. J. Berman był o niebo inteligentniejszy od prezydenta PRL  Tak, Berman był za cwany by ponieść całkowitą klęskę, lub stracić życie jak prezydent. Wierząc, że lis, w zależności od pory roku, tylko sierść zmienia a nie obyczaje, pozostał chyba do końca życia wierny wiecznie żywym ideą Lenina. Umarł tak jak żył w ostatnich latach, dyskretnie, ale stanowczo. Zmarł we własnym łóżku 10 kwietnia 1984 r.

***

Spotykałem go niekiedy w Łazienkach. Był już pogodzony z losem i z Fejginem. Kilka razy nawet rozmawialiśmy w trójkę  jak czekiści. Gdy tylko usiłowałem zwekslować rozmowę na tematy tajnych służb „Jakub”, spoglądając na mnie wzrokiem błyszczącym inteligencją, odwracał się na pięcie i odchodził bez słowa.

W czasie takiego łazienkowego gaworzenia Fejgin zazwyczaj milczał. A milczenie, szczególnie takich osób jak pułkownik, potrafi kłamać lepiej niż słowa. Fejgin nigdy też nie dał się namówić na komentarz do tez wypowiedzianych przez Bermana. Prychał za to chętnie na wypowiedzi Światły zawarte w książce Błażyńskiego.

Pamiętam też, że Fejgin, komentując fakt posadzenia go na ławie dla oskarżonych w kontekście zachowania Bermana, użalając się na antysemityzm. Kilkakrotnie zwracał mi uwagę, że jego aresztowanie i wyrok miało uspokoić opinię publiczną domagającą się generalnych rozliczeń systemu.

– Widzicie, towarzyszu pułkowniku, z moim aresztowaniem to było… To mógłbym skomentować przytaczając przysłowie łacińskie Pars pro toto (część zamiast całości). W moim przypadku wyglądało by to tak: Parch (Żyd – H.P.) pro toto.  Żyd zamiast całości – podkreślał Fejgin.

Tłumaczenie Fejgina, martwego od lat niczym Atlantyda, przypominało harce uda martwej żaby pod wpływek impulsu elektrycznego. Ale biorąc to łacińskie przysłowie za lejtmotyw książki nie opisuję wszystkiego co wiem. Nie bywałem ma salonach warszawki i nie powtarzam plotek. Wszak istnieje coś takiego, co Niemcy nazywają Salonblodsinn, czyli salonową głupotą. Nie sięgam do najdrobniejszych szczegółów. By poznać smak wina nie musimy wypić całej beczki. Wystarczy kilka flaszek.

Aby poznać smak służb specjalnych wystarczy przedstawić część procesów rządzącym służbami. Opisać kilka przykładów kombinacji i gier operacyjnych. Silenie się na opisywanie wszystkiego, co dotyczy tajnych służb jest bez sensu. Całość, z logicznego punktu widzenia i tak jest nie do ogarnięcia, a człowiek, który chciałby to osiągnąć łatwo mógłby popaść w schizofrenię.

Przyglądając się tajnym służbom, można ekstrapolować i antycypować. Można domniemywać i spekulować. A i tak wyjść na durnia. Można też dojść do wniosku, że używanie logiki lub tylko znanych schematów do roztrząsania problemów, na przykład związanych ze Światłą (ale również z innymi oficerami służb specjalnych, którzy zazwyczaj są pesymistami sądzącymi, iż wszyscy są takimi samymi draniami, jak oni i dlatego nienawidzą bliźnich) jest równie bezsensowne, jak próba czerpania wody durszlakiem.

Węsząc

W latach osiemdziesiątych tropiąc tematy związane z resortami siłowymi, coraz częściej czułem się niczym Aladyn. Chodziłem z kagankiem. Zapalałem świece, ale i tak widziałem tylko: Ciemno, prawie noc, mimo że była to cała Polska, a nie jedynie Wałbrzych.

Nie zdołałem oświetlić niczego, co nie byłoby znane publicznie lub chociażby pewnym ludziom. Przeczuwając, że czas ucieka, wieczność niekoniecznie czeka, a jak czeka, to nie wiadomo, co się za nią kryje, musiałem coś zrobić. Dlatego usiłowałem sklecić z dostępnych materiałów książkę non fiction. Jednak z każdej strony, w każdym akapicie wyzierała fiction.

I było tak, że ja, kpiarz, paszkwilant i cynik, podniecony jak dziewica na wiosnę, wyglądający jak krzak gorejący zza którego wychynął niegdyś Chrystus, byłem po prostu zbyt głupi, aby zrozumieć, co było/ Co jest? I co będzie. Byłem znacznie głupszy niż ci, którzy dopadłszy jakiś dokument, nawet fałszywy, od razu wszystko zrozumieli.

W takim stanie dopadła mnie „Dobra Zmiana”. I wszystko stało się jasne.

 

PS

Następny blog za tydzień: Kilka refleksji na 35 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *