L. Wałęsa!? Raz jeszcze. Jak było?

30.01.2017

[Ten zapis powstał zanim zapoznałem się z ekspertami grafologów badających „pudła Kiszczaka”]. Włączam radio – Wisłocka i, zupełnie nie socjalistyczne namawianie na rżnięcie . Odpalam telewizor – Wisłocka i, to samo. Otwieram gazetę – Wisłocka i, znowu seks, taki jakiś zupełnie nie z socraju, a jeszcze nie demokratyczny, genderowaty. Boję się uchylić drzwiczki lodówki. Zupełnie niesłusznie, bo tam jeno notatki do książek o Wałęsie.

Oj Piecuch, Piecuch! Co ma Wisłocka do Wałęsy?

I tu, i tam chodzi o rżnięcie.

Odpuszczam sobie Wisłocką, bom absolutny ignorant w sprawach seksu, ale nie przeczę, sprawa jest interesująca na tyle, że uprawiają go prawie wszyscy. A Wałęsę rżną też wszyscy. A przynajmniej większość Polek i Polaków. A i za granicą, tu i ówdzie jakieś dziwadło się znajdzie, które głos w sprawie sławnego naszego rodaka zabierze. Nie chciałem być gorszy. Od kilkudziesięciu lat różnie o byłym prezydencie pisałem. Nie. Nie, żeby rozstrzygać cokolwiek o czymkolwiek, ale aby podzielić się z czytelnikami tym, czego byłem świadkiem naocznym, co powiedzieli mi opozycjoniści, ale i oficerowie tajnych służb, i co wyczytałem w tajnych dokumentach, na długo przed tym, nim je „sprywatyzował” gen Kiszczak, a jego małżonka chciała „opchnąć” IPN. A swoją drogą dziwny to był człowiek, ten generał Kiszczak. Zamiast kraść szmal (miał ogromne możliwości) ukradł jedynie kilka pudeł dokumentów. Po co?

W tym miejscu tylko kilka przypomnień. W Książce „Wałęsa i… Kryptonim <Bolek>. Operacja tajnych służb MON i MSW” (wydanie 2012 r.) w „przedsłowiu” napisałem: „Wałęsa, który przez całe życie, aż do sierpnia 1980 r., rzucał kamienia z upoważnienia, choć raz chciały coś zrobić bez pozwolenia.”

Kto Lechowi Wałęsie dał upoważnienie do rzucania kamieniami w przedstawicieli władz? Głównie w grudniu 1970 r.? Gdy to pisałem – wiedziałem. Teraz mam wątpliwości. Niemiej, resztę książki, około 400 stron znormalizowanego maszynopisu, poświęciłem na omówienie tego, w jaki sposób rządzący, przy pomocy tajnych służb, usiłowali spacyfikować niepokornego rebelianta w latach 80. Wniosek był oczywisty: władza, w starciu Wałęsą, mimo stosowania brutalnych chwytów, poniosła porażkę. Jest w tym zasługa samego Wałęsy, ale jeszcze większa jest zasługa Wolnych Związków Zawodowych, które Lechowi Wałęsie, tak jak i innym opozycjonistom, wskazały drogę postępowania i uzbroiły w argumenty, w jaki sposób wciągnąć masy do walki z reżimem.

W drugiej książce „O czym wiedziały tajne służby? Zdumiewająca niefrasobliwość Instytutu Pamięci Narodowej” (wydanie 2016 r.) starałem się uzupełnić niektóre wątki, również dotyczące L. Wałęsy. Pisałem: Był grudzień 1970 r., zbliżały się święta i rządzący zrobili narodowi paskudną niespodziankę. 12 grudnia ogłoszono podwyżkę cen detalicznych przetworów mięsnych oraz innych artykułów spożywczych. Decyzję w tej sprawie podjęto 30 listopada 1970 na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR.  Od 8 grudnia w ministerstwie obrony narodowej i ministerstwie spraw wewnętrznych rozpoczęto przygotowania w ramach „ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego”. 11 grudnia jednostki MSW  zostały postawione w stan pełnej gotowości. Płk Stanisław Mańka powiedział mi, że jego żona, która pracowała w jednym ze szpitali na Wybrzeżu, mówiła, że  od początku grudnia w jej szpitalu wypisywano do domów nawet ciężko chorych pacjentów. Personel przypuszczał,  że szykuje się jakaś większa akcja. Być może ze strzelaniem. Tak jak w 1956 r. w Poznaniu. Trzeba było zrobić miejsce dla ewentualnych rannych. 12 grudnia wieczorem, za pośrednictwem radia poinformowano społeczeństwo o podwyżkach cen żywności, głównych artykułów, średnio o 23% (mąka o 17%, ryby o 16%, dżemy i powidła o 36%). 13 grudnia komunikat o podwyżkach cen podała prasa. Tak zaczęła się rewolta. Jej efektem była tragedia społeczeństwa i mianowanie na I sekretarza KCPZPR Edwarda Gierka.

Warto pomyśleć, czy jest związek między rewoltą ’70 a Sierpniem ’80. Jeżeli tak, to jaki? Czy Grudzień 1970 r. był wynikiem inspiracji specsłużb, zmierzających do obalenie Gomułki na rzecz Gierka, ukrytego za parawanem kwartetu (Babiuch, Jaruzelski, Kania, Szlachcic), który wykonał brudną robotę na Wybrzeżu? W którym momencie gra wymknęła się spod kontroli? Czy podobnego manewru nie powtórzono w 1980 r.? Może z innymi personami, ale podobnymi metodami i z podobną agenturą, częściowo odziedziczoną po Grudniu ’70? Ile było autentycznego, spontanicznego wybuchu niezadowolenia społecznego, a ile cynicznej, zimnej gry polityków, którzy posłużyli się służbami specjalnymi?  Jaką rolę w tych rozgrywkach odegrała ówczesna agentura KW MO w Gdańsku, kierowana przez Pożogę? Wszak Pożoga awansował niespodziewanie z dyrektora departamentu kontrwywiadu na wiceministra, szefa najważniejszej służby i pierwszego zastępcę ministra.  Czy fala strajków  na południu Polski w 1980 r. była inspirowana przez kontrwywiad? Jeżeli tak, to dlaczego przeniosła się na Wybrzeże? Jaka była działalność “kwartetu” (już mocno skłóconego) w przededniu powstania “Solidarności”? Czy podwładni  Pożogi, po przejściu tego funkcjonariusza do Warszawy i objęciu przez niego stanowiska dyrektora Departamentu II, a następnie szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, nadal “pilotowali”  agenturę w Trójmieście? Jeżeli tak, to po co? Komu służyła ta agentura? Stanisławowi Kowalczykowi ? Mirosławowi Milewskiemu? Edwardowi Gierkowi? Lub Stanisławowi Kani i gen. Jaruzelskiemu? Kiedy Pożoga zmienił pryncypała na Jaruzelskiego i Kanię? Jaka rola przypadła  w grze z „Solidarnością” wcześniej złowionym agentom m.in. o pseudonimach „Franciszek” i „Bolek”, wyrejestrowanym z kartotek na długo przed sierpniem ‘80?  W jaki sposób i dzięki komu Służba Wywiadu i Kontrwywiadu objęła kontrolą najważniejsze krajowe i zagraniczne kanały łączności “S”?

          Kanały te były w drugiej połowie lat osiemdziesiątych kontrolowane w około 80. procentach przez MSW. Jaka była rola agentów wywiadu, uplasowanych w kierowniczych gremiach “S”, a zajmujących się łącznością krajową i zagraniczną?       

Zaraz na początku rewolty na Wybrzeżu do akcji wkracza Lech Wałęsa. Były prezydent dziś mówi, że już w 1970 r. był szefem strajku i radowała mu się dusza, gdy widział milicjantów bodzonych przez tłum. Tymczasem nie jest to takie pewne. W tamtym okresie nie było tak wyraźnego przywództwa. Naprawiono to w sierpniu 1980 r. powierzając Wałęsie kierownictwo „Solidarności”, pomimo że było wiadomo…

No, było wiadomo, że w czasie spotkania z podopiecznymi płk. Pożogi nie spisał się najlepiej. Wybaczono mu. I powierzono  niekwestionowane wodzostwo strajku.  I prawdą jest, że on był prawdziwym młotem na władzę. L. Wałęsa powoli stawał się żelazkiem do prasowania pospolitości strajkowej. Starał się wziąć na klatę problemy, troski, kwestie, zmartwienia, udręki, zgryzoty, strapienia, przykrości, bolączki, dokuczliwości, kłopotliwości, komplikacje, zagwozdki, łamigłówki i sęki. Bo kiedy Wałęsa  ma młotek w ręce, wszystkie problemy wyglądają jak gwóźdź.

  1. Wałęsa już w grudniu 1970 r. wykazał się zdolnością do koncyliacyjnego załatwiana spraw z władzą. Dowodem tego jest jego udział w niedopuszczeniu do groźnego starcia tłumu z siłami porządkowymi przed Komendą Miejską MO w Gdańsku. Wówczas to padły pierwsze strzały na Wybrzeżu. Wówczas nie zawsze milicjanci ścigali i pałowali tłum. Czasem było odwrotnie. To tłum ganiał milicjantów, zaganiając ich do komend niczym psy do budy. W czasie jednej z takich akcji w grudniu 1970 r. były przewodniczący wpadł na czele tłumu goniącego milicjantów do budynku komendy milicji, wdarł się na drugie piętro. I wtedy go dopiero bezpieka zauważyła. Ówczesny płk  Pożoga pozwolił mu wygłosić mowę. I Wałęsa  podszedł do okna, otworzy je i przemówił do tłumu, który na dźwięk jego słów uspokoił się. Aczkolwiek w jego stronę poleciało kilka inwektyw i kamieni.

Na tym spotkaniu z bezpieką L. Wałęsa wyszedł jak Indianie na spotkaniu z Europejczykami. Kto strzelał, nie bardzo wiadomo. Władze twierdzą, że strzały padły z tłumu. Strajkujący, że strzelali milicjanci. A może strzelali tajniacy? Dość powiedzieć, że na placu boju pozostał jeden funkcjonariusz z przestrzelonym tyłkiem.       Była to zaledwie druga osoba urzędowa w całej historii Peerelu tak zraniona, po generale Karolu Świerczewskim, Człowieku, który się kulom nie kłaniał, który w Bieszczadach otrzymał trzy postrzały od UPA. W tym jeden w dość  wstydliwe miejsce, a konkretnie prosto w dupsztal. W Bieszczadach generał był pijany, a w Gdańsku milicjant trzeźwy i darł się jak szekspirowski ranny łoś. Świerczewski podobno zachowywał się spokojnie. Może w pijanym widzie, a może już w malignie, usiłował jeszcze dowodzić żołnierzami spieszącymi mu z odsieczą.

  1. Wałęsa wie, że wiele spraw po Grudniu było niewyjaśnionych. Nieznany był los pomordowanych. Nie było wiadomo, kto kierował akcją pacyfikacji w Gdańsku oraz w Gdyni i w Szczecinie. Już wtedy, w 1970 r., gdy po zatrzymaniu podpisywał „jakieś tam” dokumenty, postanowił sobie, że te sprawy wyjaśni. Próbował to wyjaśniać nawet w czasie rozmów w Magdalence przed „Okrągłym Stołem”. Wówczas zdarzało mu się siedzieć tete a tete z Czesławem Kiszczakiem, a nawet z samym Jaruzelskim, nie licząc innych prominentów i Wałęsa, silny „Solidarnością”, mógł im pokazywać nie jeden, a dwa środkowe palce. I Kiszczak, który respektował poruczenie W. Jaruzelskiego mówiące, że życie wymaga od generałów ustępstw, a czasem nawet przyznania sobie prawa do błędu, świadom, ile od tych rozmów zależy, przepełniony był najszlachetniejszymi zamiarami, czystymi, nieszkodliwymi i tak koncyliacyjnymi, że miało się wrażenie, iż szef bezpieki w duchu jest kobietą, która dodaje sobie cech macho, żeby utrwalić swój wizerunek twardego faceta. Szefa “Solidarności” uderzyła gościnność ministra. Gdy się zebrali w reprezentacyjnej sali Magdalenki, to generał powiedział, że tu zwykle naradza się ze swoimi najważniejszymi oficerami i przyjaciółmi z demoludów i że jest pełna demokracja i każdy może mówić to, co jest ustalone, a pić ile dusza zapragnie. I „CzeKiszczak”  dodał, że pierwsze dziesięć kolejek każdy musi wypić obowiązkowo.

Gdy skończyli kolejny toast Kiszczak, z charakterystyczną dla niego klepaną dykcją i oblizywaniem warg, powiedział, że jak się tylko dogadają, to pierwszą rzeczą, jaką zrobi, będzie wpuszczenie do archiwum resortu wyznaczonej przez przewodniczącego “Solidarności” komisji. Ona wszystko wyjaśni. Przyszły prezydent Kraju Pieroga i Zalewajki miał prawo być zadowolony. Oferując tak mało, uzyskał tak wiele. W tym jednym wypadku „CzeKiszak” dotrzymał słowa. Wpuścił tzw. Komisję ds. zbiorów archiwalnych składającą się z Andrzeja Ajnenkiela, Jerzego Holzera, Adama Michnika i Bogusława Krolla, która w okresie  od 12 kwietnia do 27 czerwca 1990 r. miała dostęp do Centralnego Archiwum MSW. Komisja nie przepracowała się. Zostało po niej  dwie strony sprawozdania i wniosków (…).

  1. Wałęsa jest marką w polityce polskiej. Jak Kopernik w astronomii i Chopin w muzyce. Mimo całej bufonady i niechlubnych związków ze służbami w okresie młodości, buzuje w nim coś magicznego i profetycznego. W takich chwilach przed oczami często jawił mi się inny Wałęsa. Ten z dokumentów służb. Z opowieści oficerów bezpieki, a także z opowieści tych, którzy stali nad bezpieką. Ale i tych, również z WSW, którzy wykonywali różne polecenia mające na celu jedno: przeciągnąć na swoją stronę albo unieszkodliwienie byłego kaprala z Gdańska. Kaprala, który jak każdy podoficer był pokorny. Ale w pewnym momencie przestał być uległy. I pokąsał ludzi, którzy okazali mu tyle serca, w tym generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka, Pożogę i kilka tuzinów aparatczyków. L. Wałęsa po wkroczenia na drogę walki nigdy i nigdzie nie umizgiwał się do nikogo. Znam oficerów uważających Wałęsę za sympatycznego misia z Krupówek, przechwalających się, że miś jadł im z łapki. To nie jest prawda. Lech Wałęsa nie przyspieszał myśli, ale nie był misiem. To był święty awanturnik. To był buntowniczy wojownik. Wskazywał źródła niesprawiedliwości. Mówił ludziom, bo mu to ktoś podpowiedział, że najważniejsza jest wolność (w tym miejscu powinienem napisać książkę o roli doradców, bez których nie byłoby takiego Wałęsy jakim był, a odarty z tych rad pozostały „Bolkiem” z rewolty lat 70.). Powtarzał więc szef „Solidarności” za doradcami, że wolność to jest stan, kiedy żaden człowiek nie musi musieć, a drugim razem, że człowiek nie musi robić tego, czego nie chce. Lud mu uwierzył. Lud szedł za nim. Kiedyś lud poszedłby za nim do dziewiątego kręgu piekła Dantego. Były prezydent mówi, że do „Okrągłego Stołu” o czymkolwiek myślał, zawsze medytował, jak dokopać komunie. W czasie obrad „Okrągłego Stołu” L. Wałęsa był jak cumulus. Nigdy się nie powtarzał. Mimo braku wiedzy i doświadczenia, jakaś iskra boża (doradcy, wśród których pętali się również ludzie niekoniecznie związani z opozycją) pozwalała mu prześwietlić knowania generałów. Nie dał się przyszpilić Kiszczakowi. Geszeft nazwał sukcesem i “zwierciadłem transformacji polskiej”. Nie przeszkadzało mu to, aby po objęciu prezydentury, razem z Jarosławem Kaczyńskimi, rozbić to zwierciadło na kawałki i skłócić wszystkich z wszystkimi. Tak, L. Wałęsa doszedł na szczyt władzy, ale spadł po jednej kadencji.

Myślę, że Lecha Wałęsę stworzył Jan Paweł II. Stworzył go słowami wypowiedzianymi w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski. Słowa te padły w 1979 r. w czasie Mszy św. na ówczesnym Placu Zwycięstwa w Warszawie. Te słowa brzmiały: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi. Te dziesięć słów wypowiedziane przez Jana Pawła II stworzyły nie tylko Wałęsę, który pozbył się traumy z grudnia 1970 r. i przestał się bać. Te słowa natchnęły miliony Polsków, którzy także przestali się bać i ruszyli do walki. Minął rok i powstała „Solidarność”. Za Polakami ruszyła Europa. W odróżnieniu od dziesięciu słów papieża, trwało to dziesięć lat.

Nie dziwcie się zatem, że choć od tamtych wydarzeń minęło ponad trzydzieści sześć lat jedynymi Polakami znanymi na świecie są Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Zohydzanie Wałęsy, ściąganie go z piedestału nie ma sensu. Na tym postumencie nie da się go zastąpić kimś innym. Jeżeli Lechu spadnie, cokół pozostanie pusty. Wałęsa, przy całym skomplikowanym życiorysie, przy całej bufonadzie i nieobliczalności jest jak wzór metra w Sevres pod Paryżem. Po prostu los tak chciał.

Ale praca operacyjna tajnych służb nie poszła na marne. W miarę stabilizacji i zbliżania się do „Okrągłego Stołu” rosła liczba przeciwników Wałęsy. Wałęsa potrafił omijać pułapki. Wygrywał potyczkę za potyczką. Mówił, że woli, by mu zazdroszczono, niż żeby go żałowano. Potrafił przyciągać ludzi do swojej idei. Idei nigdy do końca niesprecyzowanych, entropicznych, mgławicowych. Ale równocześnie krwawiło mu serce, bowiem zrozumiał, że z wrogami, których nie mógł anihilować, będzie musiał żyć aż do grobowej deski.

Każdy, kto próbował przymierzyć się do życiorysu L. Wałęsy, musi przyznać, że to, co o nim wiemy i to, czego nie wiemy, jest zrośnięte jak syjamscy bracia. Ale trudno pojąć, dlaczego tak wiele osób wierzy resortowym halabardnikom. Tym facetom, od których nic nigdy nie zależało. Oni zawsze trzymali ruki pa szwam, nagle, po 1989 r., zaczęło się wydawać, że coś kiedyś znaczyli, coś zdziałali, coś od nich zależało, że byli ważni. Czasem muszą minąć wieki, nim niektóre tajemnice z przeszłości zyskają właściwe oświetlenie, nim naukowcy udowodnią kto, z kim i przeciw komu wojował. Oficerów obowiązywała zasada ograniczająca ich wiedzę do minimum. Wiedzieli tyle, ile było niezbędne do wykonania zadania. Każdy, kto zna życie resortu, wie, że w wypadku L. Wałęsy, który już w strajkach Grudnia 1970 r. odegrał poważną, ale nie najważniejszą rolę (…).

O czynnościach operacyjnych decydował naczelnik wydziału, który przedkładał pisemną prośbę zastępcy ds. SB KW MO. W wypadku L. Wałęsy był to W. Pożoga. Gdy Wałęsa obrósł w piórka, a to się wydarzyło po podpisania porozumień sierpniowych w 1980 r., w sprawę wmieszało się MSW. O losie figuranta początkowo decydował dyrektor Departamentu III, potem szef kontrwywiadu, a następnie szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu – gen. Pożoga. On najważniejsze decyzje konsultował z ministrem Kiszczakiem, a ten – z Jaruzelskim. Wolno tedy zapytać: gdzie są te pisma pisane ręką Wałęsy?

Nie ma ich!? Przeciwnicy Wałęsy mówią, że zostały zniszczone. A może ich nigdy nie było? Może to jest jedna wielka mistyfikacja oparta na tym, co kiedyś, w grudniu 1970 r., figurant podpisał? Ale wówczas różni ludzie, różne rzeczy podpisywali. Ofiary, wezwane na komendę milicji, szły z wizją ciał zamordowanych towarzyszy przed oczyma, mając świeżo w pamięci obraz masakry w Gdyni lub w Szczecinie. W takim stanie można podpisać wszystko. Opowiadał o tym gen. Pożoga, ale w czasie autoryzacji książki „Pożoga. W. Jaruzelski nigdy tego nie powie” wykreślił sporo fragmentów.

– Od grudnia 1970 r. te szpargały były w Gdańsku. Nie, nie było to nic ważnego. Ale dobrze nie pamiętam – wspominał, pod koniec 2014 r. były szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. – Po przyjściu do MSW gen. Kiszczaka on je ściągnął z Gdańska. Więcej ich nie wdziałem. Zastanawiałem się, dlaczego generał ich nie użył, aby złamać Wałęsę w czasie internowania. Ale nie rozmawiałem z ministrem na ten temat. To nie była moja sprawa. Krajowców rozgrywało Biuro Studiów i Służba Bezpieczeństwa. Mnie interesowała gra z zagranicznymi strukturami „Solidarności”. Mnie interesował bardziej „Franciszek”. Miałem wystarczająco wiele roboty.

  1. Wałęsa po cezurze 1970 r. stał się dojrzalszym człowiekiem. Wiedział ,gdzie kończą się jego możliwości. To nie były czasy normalnego funkcjonowania służb. Oficerowie szli na skróty. Werbowano masowo. Nikt niczego albo prawie niczego nie sprawdzał. Agentów i rzekomych agentów ewidencjonowano według widzimisię oficerów. Dobry śledczy musi potrafić zmienić człowieka w lalkę, z którą może zrobić co zechce. Między jednym uderzeniem figuranta a drugim musi umieć cisnąć finezyjnym aforyzmem niczym mistrz krótkiej formy literackiej. Po spektaklu przesłuchania nawet niewinna ofiara we własnych oczach powinna stać się osobą podejrzaną.

Ciągle nurtowały mnie wątpliwości, jak to jest z tą agenturą L. Wałęsy. Był agentem czy nie był? Tak długo męczyłem gen. Pożogę, aż usłyszałem: I tak, i nie. Zależy, co kto przez to rozumie. Podpisał „kwity”… A więc jednak… Nie. To nie takie proste. W grudniu 1970 większość zatrzymanych podpisywała. Nikt nie robi z tego problemu. Po prostu tak postępowaliśmy. Trzeba pamiętać, że werbowanie agentów odbywało się falami. Pierwsza większa fala, jaką zapamiętałem, była w roku 1968. Zwerbowano, to znaczy, zobowiązania podpisało blisko dziewięćdziesiąt procent wyjeżdżających Żydów. Skuteczność tych werbunków była rzędu połowy promila. Druga fala to właśnie grudzień 1970 r. Wówczas w nasze ręce wpadł Wałęsa. To były setki, o ile nie tysiące zewidencjonowanych figurantów. W miarę stabilizacji sytuacji, w miarę realizacji prośby nowego I sekretarza KC PZPR (E. Gierek prosił stoczniowców słowami: „No to jak? Pomożecie? – H.P.) taka masowa agentura już nie była przydatna. Wielu agentów wyrejestrowano. Chyba Wałęsę także. Nie pamiętam. Byłem już w Warszawie.

W porcie i w stoczniach na Wybrzeżu dobrą agenturą dysponowali zwiadowcy WOP. W ramach współdziałania z bezpieką można było zrezygnować przynajmniej z połowy współpracowników. Zostawiono tylko najlepszych. Najaktywniejszych. Mających z racji zajmowanych stanowisk największe możliwości bycia pożytecznym dla naszej służby. Wałęsa do tej grupy nie należał. Następna fala werbowania była po roku 1976?

– Nie pamiętam, jak było wówczas z Wałęsą – mówi gen. Pożoga. – Po powstaniu „Solidarności” w sierpniu 1980 r. osiemdziesiąt procent agentów pokazało nam gest Kozakiewicza. No, ale odbiliśmy to sobie po wprowadzeniu stanu wojennego. Zaroiło się wówczas od oferentów (figuranci z własnej, nieprzymuszonej woli oferowali usługi SB i Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu – H.P). Ale wtedy Wałęsa, mimo wielokrotnych podchodów, stosowania „kija i marchewki” już nie dał się złamać. Czy taka masowa agentura była nam potrzebna? – zastanawiał się szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. – Mojej służbie na pewno nie. Ale minister naciskał. Każdy oficer operacyjny musiał prowadzić przynajmniej 12 agentów. Spłycało to robotę. Ilość nie przechodziła w jakość. Wolałem mieć kilku agentów, ale sprawdzonych i dobrych w Lund, kilku w Londynie, pół tuzina w Paryżu itd. I wystarczyło. Po co miałem instalować agentów w pegeerach? Przecież to absurd. Ale minister naciskał. Postulowałem zmniejszenie Departamentu IV. Kiszczak go rozbudował. Skończyło się jak się skończyło. Śmiercią J. Popiełuszki i nie tylko.

No to jak jest z tymi „kwitami” L. Wałęsy? Czyżby ”kwity” zmartwychwstały w pudłach ujawnionych przez Marię Teresę Kiszczak? Rodzi się pytanie: co do prawdziwych oryginałów dodał „CzeKiszczak”? Wszak wiadomo, że specjaliści Firmy cały czas pracowali nad wzbogacaniem życiorysu przywódcy „Solidarności”. Majstrowali oryginały. Tyle że nieprawdziwe. Majstrowali perfekcyjnie. Oni zdolności do fałszerstw mieli we krwi. Dysponowali specjalistycznym sprzętem.

 Na początku lat 90. L. Wałęsa dostał milion dolarów za zgodę na zgodę na wykorzystanie jego wizerunku w filmie, jaki zamierzano nakręcić w USW.  I coś nie wyszło. W 2001 r. jeden z producentów w Hollywood Roman Harte, ten sam, który zaoferował Wałęsie milion USD, zgłosił się do mnie, abym napisał koncepcję  noweli filmowej. Konsultantem miał być prof. Paczkowski. Napisałem. Profesor wniósł uwagi. Uwzględniłem je. Harte osobiście przyjechał i odebrał poprawiony tekst. I zniknął. Widocznie coś znowu nie wyszło. Może Amerykanie stracili zainteresowanie Wałęsą, Polską, a nawet Europą. Może agenci CIA, których przedstawiłem w szkicu, byli nie tak wspaniali, a  SB i KGB nie tak krwawe, jak  wyobrażenia Amerykanów. Ani Paczkowski, ani ja nie dostaliśmy za pracę ani centa.

 W przypadku L. Wałęsy sprawa jest prosta. Homo sapiens to taki stwór, który po osiągnięciu sukcesu swoim działaniem sam prosi się o nieszczęście. I to jest  przypadek byłego prezydenta RP. Na pytanie: dlaczego Wałęsa? Bon mot mógłby brzmieć tak: Dlatego, że nie tylko Ameryka, ale i cały świat  niczego takiego przed nim nie widział. I już nie zobaczy. W filmie chciałem zdeszyfrować Wałęsę. Wedle mojej oceny, Wałęsa jest fenomenalnym trybunem ludowym i nawet banda diabłów nie dałaby mu rady. Dlatego powtarzam – tacy ludzie rodzą się raz na milion albo raz na sto milionów lat. Gdyby L. Wałęsy nie było, należałoby go wymyślić. To powinno wystarczyć za komentarz. Nawet jeżeli Wałęsa był draniem, bądź jego wybory życiowe i zawodowe obsadziły go w drańskiej roli, to bez niego nie byłoby III RP w takim kształcie, jak obecnie.

Przez pół wieku marzyłem o tym, co się stało 4 czerwca 1989 r. Dlatego nie dziwcie się, że wykorzystywałem każdą okazję, aby się czegoś o tym wydarzeniu dowiedzieć. Węszyłem za wiadomościami. Szukałem wiadomości o L. Wałęsie wszędzie. Nie tylko na diabelskim kołowrocie życia, ale nawet na szpitalnych korytarzach w czasie, gdy leżeli tam wielcy manipulatorzy Firmy. A wcześniej czy później każdy z nich tam trafiał. Zastanawialiście się kiedyś, ile czasu trwa wdzięczność, a ile mściwość i zazdrość? Życie dowodzi, że wdzięczność trwa krócej. No cóż, gust społeczeństwa nigdy nie wyprzedza geniuszy takich jak L. Wałęsa. Zawsze wlecze się za nim kulejąc. Dla miernot geniusz jest czymś niewybaczalnym.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *