„LUNA”, czyli kobiety w służbach specjalnych.

(Zanim film „Zaćma” Ryszarda Bugajskiego trafi na ekrany)

Najpierw ciało, potem wizja i znowu ciało. Takie jest życie mężczyzny

Erica Jong

W peerelowskich służbach specjalnych, co tu dużo mówić, wybitnie seksistowskich, służyło wiele kobiet. W większości byłych delatorek, np. z Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Były to głupie żurawice z wielkimi dziobami, którymi kłapały ciurkiem. Tym klangorem żywili się oficerowie obiektowi NKWD, KGB, GRU, Informacji WP, WSW i Bóg wie kto jeszcze. Ale i larwice się trafiały, i diablice, i sekutnice, i piekielnice, i zołzy, przy których żona Sokratesa, Ksantypa, była oazą spolegliwości. Szczególnie utkwiła mi e pamięci taka jedna. Przyszła wprost z PSZ w ZSRR. Była myszowatą jędzą ze szmacianymi kędziorami. Za arcydzielne kapowanie wszystkich i wszystkiego wysłano ją na 6-miesięczny kurs prawniczy Teodora Duracza i skierowano do prokuratury. Do lat siedemdziesiątych budziła postrach nie tylko podwładnych, ale także innych, wykształconych prawników.

Uff! Byle co mogło tę dziewoję rozsrożyć barbarzyńsko. Widziałem rozdrażnionego lwa i rozjuszoną kobietę. Mogę przysiąc, że lwy są bezpieczniejsze. Boże, one miały w sobie to coś, oj, wielki Boże, miały…

Jednak żadna z białek Firmy, oprócz Julii Brystygierowej, ksywa „Luna”, „Krwawa Luna”, „Daria”, „Ksenia”, „Maria”, która używała także nazwisk: Brystigier, Brystyger, Bristigier, Brustyger i Brastyger, nie osiągnęła w MBP i MSW wybitnej pozycji.

Zresztą podobnie było i jest w „Solidarności”… Tylko w polityce i resortach siłowych coś się w ostatnim pięcioleciu zmieniło. Duża w tym zasługa feministek, pragnących odegnać „męskie szowinistyczne świnie” od koryta, aby je samemu zająć…

Różny ogląd cudownowonnej pułkowniczki

„Luna” była przyjaciółką Wandy Wasilewskiej, wpływowej stalinistki, znanej bardziej z wściekłej ideologii niż z urody, która zrobiła z niej aktywistkę na lukratywnej posadzie personalnej w Związku Patriotów Polskich w ZSRR. Wiele wskazuje na to, że Brystygierowa do NKWD przykleiła się sama, a po wyzwoleniu na wniosek W. Gomułki została skierowana do MBP. Była dyrektorem Departamentu V MBP, dyrektorem Departamentu III MBP oraz dyrektorem Departamentu III Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Po zwolnieniu ze służby postanowiła zostać pisarką. W publikacjach używała pseudonimu literackiego „Julia Prajs”. Nie bardzo jej to wychodziło. Jej książki były marne i przeszły bez echa. W literaturze nie zbliżyła się do pozycji, jaką osiągnęła w MBP oraz w życiu erotycznym.

Historycy spod znaku IPN uważają „Lunę” za funkcjonariuszkę bardzo krwawą, która nigdy nie życzyła swojemu wrogowi źle, lecz zawsze najgorzej. Zaś literaci, z Koźniewskim na czele, którym „Luna” uratowała kiedyś dupy lub pomogła w karierze, sądzili wręcz przeciwnie. Przekonywali, że była to łagodna, wysoce kulturalna i empatyczna niewiasta, kosząca mężczyzn jak zboże. Mówili: była kosą zawsze trafiającą na swoją osełkę.

Na żywo zobaczyłem „Lunę” po 1968 r…

U chwackiej bazarowej kwiaciarki ulicznej kupiłem bukiecik fiołków i poleciałem na schadzkę do kawiarni Hortexu przy Placu Konstytucji w Warszawie na spotkanie z byłą kochanką najważniejszych person w Peerelu, ale nie tylko. Gdy zobaczyła kwiatki, uniosła głowę, a w jej oczach zalśniła najwyższa satysfakcja. Nie, nie zauważyłem u niej ani krzty lubieżności, o której tyle słyszałem. Mimo przelotnego błysku w oku wiało od niej smętkiem.

Wedle powszechniej w Firmie opinii „Luna” baraszkowała z każdym, ale nie była zwykłą gamratką (rozpustnicą). Wybierała kochanków spośród przypadkowych znajomych. Rozglądała się za gaszkami (kochankami) wśród podwładnych, a nawet znajdowała ich w gronie zatrzymanych. Miała nieskomplikowany podział mężczyzn. Kwalifikowała ich na tych, którzy przypadli jej do gustu i na tych, którzy nie rokowali nadziei, że sprawdzą się w łóżku. Kobiety takie jak „Luna” traktowały kochanków jak udoskonalonych mężów.

Spotkanie miało miejsce wkrótce po tym jak ją dopadli resortowi antysemici, nazywając ją okropnym babusem i z pułkowniczki raptownie wyparowała wojowniczość. Przyjmując fiołki, „Luna” uśmiechnęła się melancholijnie, ukazując pięknie wykonaną sztuczną szczękę, znamionującą niezgorszego dentystę. Zęby były chyba ostrzejsze niż u rekina ludojada, dobre do kąsania. Ale teraz funkcjonariuszka już nie była groźna. Kąsano raczej ją. Musiało jej być smutno. Było widać, że łaknęła dobrego słowa. Mówiła, że jest zmęczona życiem…

Mało się nie załzawiłem, jednak jej opowieść odebrałem jako ostrzeżenie. Od Kornela Makuszyńskiego wiedziałem, że jeżeli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć. Można to było interpretować w rozmaity sposób. Po ipeenowsku, albo przykładając miarę seksualną, bo i takie plotki o funkcjonariuszce chodziły. Podobno kilku jej kochanków rozstało się życiem na jej dupie…

***

„Luna”, z nieco tylko rozmazaną barwiczką (szminką), była młoda. Młodsza od Kolumny Zygmunta, ale za to z długim stażem komunistyczno-łóżkowym. Byłem bałamutem, ale nie aż takim, by z nią flitować, atoli basowałem umiarkowanie.

Po marcu ‘68 nieco zsentymentniała. Na wspomnienie Jana Rodowicza, ksywa „Anoda”, który – jak zapewniała – na jej oczach „wypadł z okna” na IV piętrze budynku MBP w Warszawie, udało się jej wycisnąć trochę wilgoci z oczu…

Słuchałem pułkowniczki, a z mojego mózgu wypadły frazy Witkacego: cycata Cyrce i parabera rejentalna. To także kobieta, ale jaka?

***

Płk „Luna”, ponadprzeciętnie inteligentna, z doktoratem i niezwykłym tupetem, cudownowonna, pachnąca niczym łąka niegdysiejszej kandydatki na fotel prezydenta III RP dr Magdaleny Ogórek, owijała sobie mężczyzn wokół małego paluszka. Politycy, m.in. B. Bierut, J. Berman, E. Szyr, B. Pasecki, generałowie NKWD i MBP, ale także wybitni literaci z P. Jasienicą na czele, tańczyli tak, jak im zagrała. Była w stanie zaciągnąć do swego łóżka każdą osobę. Przy jej aparycji wymagało to niezłych kwalifikacji z dziedziny ars amandi…

Chciałem o tym napisać. Miałem już gotową dedykację: Kochanej „Lunie”, która podobnie jak Mata Hari też się kurwiła w interesie tajnych służb. Niestety, ubiegł mnie mistrz inwektywy rasowo-seksistowskiej płk Henryk Walczyński, pisząc książkę Plamy i plamki.

Inne kobiety tajnych służb nie były aż takimi damami. Daleko im było do aparycji „Luny”. Większość przypominała dorsze zawinięte w Trybunę Ludu. Jednak funkcjonariuszki były zdolne. Zdolne do wszystkiego. Nic więc dziwnego, że kilka doczekało się stopni pułkownikowskich, ale żadna ważnego stanowiska. Wynikało to być może z seksistowskiego podejścia kierownictwa MBP/MSW oraz MON. Firma radziła sobie, organizując tak zwane pogotowie seksualne. Do tej enklawy angażowano damy, które cnotę miały za nic, ale aparycję pierwszorzędną. Przy nich nawet „Luna” wyglądała niczym niektóre posłanki przy posągu Wenus z Milo.

Dziś sytuacja jest inna. Kobiety wybiły się na niepodległość. Mają spryt, siłę, bigiel, zaradność i… parytety. Niewiasty objęły stanowiska premiera, marszałka Sejmu, ministra spraw wewnętrznych… Czy to oznacza koniec instrumentalnego traktowania kobiet?

***

W Firmie od początku organizowano „pogotowie seksualne”. Nie jest to licencja peerelowska. Na świecie uprzedmiotowienie niewiast w służbach specjalnych było znacznie większe niż w innych dziedzinach życia.

Kręcąc się przy resortach siłowych, chyba także przesiąkłem seksizmem.

Przypatrując się niektórym operacjom z udziałem „pogotowia”, nietrudno zauważyć, że damy na tle oficerów Firmy prezentowały się jako osoby z wielką ogładą, obdarzone uczciwością i talentem, że nie wspomnę o umiejętności robienia właściwego użytku z szarych komórek i nienagannej aparycji.

Podstawą „pogotowia” były „stajnie” złożone z damskich dziwek klasy lux. Najwspanialsze okazy i najliczniejsze „stajnie” były przy centrali MSW. Dominowały tu specjalistki od bara-bara, „polonistki”, rusałki i biurwy. W województwach było skromniej.

„Pogotowie seksualne” złożone z dziwek męskich funkcjonowało jedynie w Warszawie.

W porównaniu z damskim męskie „pogotowie” było nieliczne, rzadko wykorzystywane i chyba niedoceniane. Oficerowie obiektowi „pogotowia” czuli się wśród dam jak pedofile w przedszkolu. Niektórzy funkcjonariusze bardzo im zazdrościli.

***

Inaczej było z wykorzystywaniem osób o skłonnościach homoseksualnych. Na przykład w czasach Światły homoseksualizm nie był jeszcze modny. Wręcz przeciwnie, pedalstwo było trefne jak wieprzowina wśród Żydów. Głośne mówienie o homoseksualistach było passe. Nie znaczyło to, że tego głęboko ludzkiego procederu nie praktykowano. Praktykowano. I to jeszcze jak! Aczkolwiek kochający inaczej i tak byli sfrustrowani, i zazdrościli Zachodowi. We Francji na przykład Karol Szymanowski ubolewał: Już mi się chłopaczki znudziły, a trzeciej płci jak nie ma, tak nie ma.

W Firmie dziwki męskie były zawodowcami, często byli to oficerowie biseksualni, obsługiwali obie płcie. Ale nigdy nie było ich dużo. Na poważnie angażowanych było zaledwie kilku funkcjonariuszy. Raz przyszło im obsługiwać zachodnich dyplomatów preferujących miłość homoseksualną, a drugim razem bzykali żony wytypowanych do werbowania pracowników ambasad.

Czasami rolę uwodzicieli przejmowali oficerowie operacyjni. Niektórzy z nich byli obojnakami. Poświęcali się dla sprawy w imię socjalistycznego patriotyzmu. Jeden z nich powiedział mi, że chętnie „przeleciałby” nawet samego Kiszczaka. Ubolewał, że mu się to nie udało.

Fragment rozdziału 10 „Seks w <Wielkim lesie>, ale na polityczne zamówienie, z udziałem <pogotowia seksualnego> Firmy pod egidą ministra Kiszczaka” z książki „Lot nad szpiegowskim gniazdem”. Wyd. Nowy Świat

POLSKA BOMBA ATOMOWA

Człowiek pozbawiony złych nawyków może mieć gorsze

Mark Twain

Sporo rabanu medialnego narobiło doniesienie wiceministra MON Tomasza Szatkowskiego, że w ministerstwie obrony rozważane są konkretnie kroki  zmierzające do dostępie III RP do broni nuklearnej.

Różny domorośli eksperci wypowiadali się ta ten temat ocieniają bąknięcie  wiceministra jak najgorzej.  Jedynie Jacek Sasin, prominentny aparatczyk PIS, zawsze gotowy do poparcia czegoś głupiego, tym razem wykazał dość zdrowego rozsądku aby stwierdzić, że sprawa nie jest przecież nowa.

Już na początku lat 90. Polska planowała zakupić od Ukrainy jedną lub parę głowic nuklearnych. Gorącym zwolennikiem tego pomysłu był ówczesny  minister obrony narodowej Jan Parys, który przekonał prezydenta Wałęsę aby wyłożył milion dolarów na ten cel.

Sprawę majdrowały służby specjalne ostro zaprzyjaźnione ze służbami ukraińskimi. Wszystko było na dobrej drodze, bo bałagan na Ukrainie był sto razy większy niż w Polsce. Szybko doszło do obgadania najważniejszych spraw. Transakcja była jak najbardziej możliwa, ale spaliła na panewce.

O co poszło? Nie wiadomo. A Jak nie wiadomo, to chodzi oczywiście o pieniądze.

Ukraińcy zgodzili się na milion dolarów za głowice, ale zarządzali dodatkowo 300 tys. USD na łapówki  dla polityków,  generałów i celników zamieszanych w geszeft.

Wałęsa odmówił. Sprawa się ryła. Nie mieliśmy broni atomowej, ale mieliśmy wolną drogę do wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Nie muszę dodawać, że gdyby transakcja się udała byłoby to niemożliwe.

Kto stał za sprawą tej kombinacji operacyjnej? Nie bardzo wiadomo. Wolno przypuszczać, że byli to peerelowscy generałowie którzy otoczyli L. Wałęsę ciaśniej niż sekretarki.  Generałom nie należy się dziwić. Musieli mieć zakarbowane w pamięci, że był w Peerelu czas  gdy Ludowe Wojsko Polskie mogło użyć 90 ładunków jądrowych realizując plan natarcia na Zachód w ramach naszego Nadmorskiego Kierunku Operacyjnego.

Mieliśmy przecież dwie Brygady Rakiet Operacyjno-Taktycznych (BROT w Bolesławcu i Orzyszu). Rakiety były zdolne do przenoszenia ładunków jądrowych. Nie mieliśmy natomiast samych głowi. Ale, głowice były w pobliżu. W Świętoszowie koło Bolesława stacjonował sowiecki pułk czołgów strzegący magazynów z głowicami nuklearnymi.  BROT w Orzyszu miał być zaopatrywany w głowice zmagazynowane w Kaliningradzie.

O operacji zaczepnej frontu nadmorskiego LWP pisałem w kontekście sprawy płk. R. Kuklińskiego w książce wydanej w tym roku  (As CIA i…. W kręgu donosów, mitów i faktów o Ryszardzie pułkowniku Kuklińskim).  Tu maleńki fragment tej książki z niewielkimi zmianami:

… Ciekawe jest, dlaczego R. Kukliński po uchyleniu wyroku śmierci i pełnej rehabilitacji (była w tym duża zasługa Leszka Millera i prokuratury naciągającej prawo polskie niczym gumę w prezerwatywie), w czasie odwiedzin Polski nie chciał się spotkać nie tylko z dawnymi kolegami ze Sztabu Generalnego WP, ale także z oficerami z żeglarskiego klubu „Atol”, którego był członkiem i z którymi jachtem „Legia” odbywał wiele rejsów po Bałtyku i Morzu Północnym. Byli to oficerowie: Mieczysław Dachowski, Stanisław Radaj, Edward Rogala, Wiesław Witkow, Włodzimierz Bauer. To była wytworna paczka pułkowników Sztabu Generalnego WP i wilków morskich.

To byli oficerowie purytańscy. Purytanin na purytaninie siedział. Bratali się jeno jako żeglarze. Dodatkowo misje wywiadowcze ułatwiały zbratanie.  Słuchali jedynie szefa Sztabu Generalnego WP,  ale przykład z karności brali od najwyższego wodza.  Najwyższy  słuchał jedynie Moskwy. Oni również  jego.  Gdy Breżniew rozkazał Jaruzelskiemu: „Skacz”, to generał  pytał: „Na kogo?” I W. Jaruzelski skakał bez wahania.  W 1970 r. skoczył tylko na społeczeństwo Wybrzeża, a w jedenaście lat później na cały naród.

***

W tych rejsach, w których Kukliński był najczęściej kapitanem i miał największą wiedzę operacyjną, rozpoznawano nasz kierunek strategiczny. Być może po 1990 r. pułkownik był już zbyt dumny i nie chciał zadawać się z dawnymi kolegami, którzy go znali nie tylko z działalności wywiadowczej ale i z wcześniejszych poczynań.

Szpieg był skłonny do zwierzeń tyko przed tymi, którzy go podziwiali. Tak się składało, że wśród jego popleczników nie było niegdysiejszych kolegów. Nie chciał z nimi rozmawiać, żeby jego poczucie dumy nie znalazło się w niebezpieczeństwie.

Wojna jądrowa to ryzyko przejścia ze stanu człowieczeństwa w stan aniołów: nic do stracenia, wszystko do zyskania…

Trasy rejsów wiodły przez Kanał Kiloński i Łabę do Hamburga, na Morze Północne, do Cuxhawen i Wilhelmshawen, portów holenderskich: Den Helder, Amsterdamu. Hagi i Rotterdamu. Był to przydzielony Polsce w ramach UW kierunek pomocniczy nazwany Planem operacji zaczepnej Frontu Nadmorskiego, zabezpieczający północne skrzydło głównych sił uderzeniowych Zjednoczonych Sił Zbrojnych UW na północnym i centralnym kierunku strategicznym.

Ta myśl S. Dalego przytoczone w tytule tego podrozdziału przyświecała oficerom Sztabu Generalnego WP, którzy opracowywali plany udziału LWP na wypadek wojny i którzy, w znakomitej większości, nawet bez upodlenia się boską obrazą znajdowali się w stanie chronicznego przyćmienia umysłu.

Wedle zatwierdzonego 28 stycznia 1965 r. (z niewielką modyfikacją przyjętą na początku 1970 r.) planu operacji zaczepnej Frontu Nadmorskiego kampania miała trwać sześć dni. Jej docelowa głębokość dochodziła do 510 km. Szerokość pasa natarcia wynosiła od 100 do 150-160 km. Średnie tempo natarcia określono na 85 km na dobę.

Głównym celem operacji było rozbicie, we współdziałaniu z 2. Armią Pancerną Frontu Północnego Armii Radzieckiej, nadmorskiego skrzydła wojsk NATO i zniszczenie 1. Korpusu Armijnego Bundeswehry, części sił zbrojnych Holandii, zgrupowania wojsk niemiecko-duńskich w rejonie Szlezwiku-Holsztynu i na terytorium Danii.

W wyniku tych działań przewidywano wyłączenie z wojny Danii i Holandii oraz stworzenie warunków do wyjścia sił Zjednoczonej Floty Bałtyckiej UW na Morze Północne.

W czasie operacji planowano użyć 91 ładunków jądrowych.

Zgodę na użycie ładunków jądrowych mógł wydać tylko dowódca frontu (w latach 80. był to gen. E. Molczyk), oczywiście w porozumieniu z dowództwem Zjednoczonych Sił Zbrojnych UW. W 1986 r. plan zmodyfikowano dodając (oprócz operacje zaczepnej) drugi wariant, obronny, na rubieży rzek Nysy Łużyckiej i Odry.

Wszystko to ćwiczono aplikacyjnie. Rysowano poszczególne hipotetyczne założenia na mapach… Każdy dowódca (w zależności od szczebla) miał obowiązek znać zadanie bliższe i dalsze, swoje i sąsiadów. W niektórych konwentyklach brali udział oficerowie WOP.

***

Tyle fragmentów książki. Jestem ciekaw jak potoczy się spraw bąknięcia wiceministra MON, z wykształcenia prawnika, a więc człowieka, który powinien wiedzieć, co i dlaczego mówi. W 1990 r zmieniliśmy sojusze i już nikt chyba nie planuje natarcia na Zachód, na nadmorskim kierunku operacyjnym. Czy planujemy uderzyć na Wschód. Np. na  Kaliningrad? Nie wiadomo.

Na marginesie służb specjalnych

BAR… WZIĘTY

Pamiętacie: Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia… No to podstawcie zamiast roku 1647 rok 2015 i zakrzyknijcie „Bar … wzięty”…

Wprawdzie nie wiem czy Mariusz Kamiński, koordynator służb specjalny w rządzie, zafascynowanej Jamesem Bondem Beaty Szydło, po krótkiej, potoczystej, płynnej, bezproblemowej, gładkiej jak pupa niemowlaka zamianie platformersko-peeselowskich, nieudacznych, mało patriotycznych służb specjalnych na bardziej udolne, hiperpatriotyczne służby specjalne, składając meldunek Prezesowi o zrobieniu porządku posłużył się szyfrem z Ogniem i mieczem. Ale mógł to zrobić, bo Prezes, zauroczony literaturą patriotyczną, tak czy inaczej zrozumiałby o co chodzi i może poklepał by p. Mariusza po plecach, o może i niżej…

***

Dość powiedzieć, że obecna ekipa rządowa nie popełniła błędów A. Macierewicza, który likwidując WSI dał zbyt dużo czasu oficerom, by przygotowali atak kosztujący skarb państwa wiele kasy… Dużo by o tym pisać… Ale po co? Skoro teraz sprawa jest czysta jak łza Prezesa, którą ten uronił przed bez mała dziewięciu latach bolejąc nad spartoloną wówczas szansą, którą PIS-owi przyznali wyborcy. Wszystko wskazuje na to, że sprawa już się nie powtórzy… PIS atakuje skutecznie. A ja już szykuję panegiryk…

***

Pozwólcie jednak, ze zanim zacznę hałasować komplementami pod adresem Prezesa i jego komilitonów przytoczę kawałek z przygotowywanej książki Portret z kanalią. Warto bowiem  pamiętać, że historycy fałszują przeszłość, ideolodzy przyszłość, a służby specjalne wszystko. W Kraju Pieroga i Zalewajki tak było, tak jest i chyba jeszcze jakiś czas tak będzie.

Kto powinien pilnować tajnych służb? Media? Media są wprawdzie wolne, ale wredne. Wolne od logiki i zależą jedynie od kapitału. A politycy? Jaki jest koń każdy widzi…

Tajnych służb, rozbudowanych do gigantycznych rozmiarów, nikt nie jest w stanie opanować. Służby specjalne są w stanie wmówić każdemu, że mają gigantyczne sukcesy, tylko nie mogą się tym pochwalić, bo wszystko jest tajne, zaś kiedy podwinie się im noga to wrzask się okrutny podnosi, bo niepowodzenia są jawne.

To stara jak świat śpiewka służb. Nie ma w tym za grosz logiki. Bo skoro sukcesy są tajne to i niepowodzenia takowe powinny być. Wniosek jest prosty: sukcesów brak a niepowodzeń jest od metra.

Uf! Uczucia i myśli bełtają się w moim mózgu jak ciekły azot wieziony beczkowozem do klinik zajmujących się in vitro, czyli zapłodnieniem pozaustrojowym, aby mogły mrozić zarodki, zwane przez niektórych życiem nienarodzonym. Posprzeczałem się kiedyś z politykiem optującym za taką terminologią. Zapytałem go, czy kura mająca kontakt seksualny z kogutem i wydalająca jajo zniosła kurczaka czy jajo? Interlokutor nie odpowiedział. Robiłem mu jajko na czole i pokazałem, że to nie kurczak tylko żółtko i białko…

Uf! Im bardziej poznaję politykę, polityków i tajne służby, tym głębszą czuję do nich odrazę…

Zabawną pomyłką jest twierdzenie, że w demokracji można głosić, co się chce i że służby specjalne podlegają ścisłej kontroli. Im wnikliwiej obserwuję polityków, którzy powinni nadzorować służby specjalne, aby nie poszły w szkodę, tym bardziej przekonuję się, że Arystoteles popełnił błąd  twierdząc, że w każdym człowieku tkwi porcja głupoty, która z wiekiem się zmniejsza. Nasi politycy dowodzą czegoś wręcz przeciwnego…

Jednak dla demokracji nie ma rozsądnej alternatywy. Tak jak nie ma jej dla wschodu i zachodu słońca.

Jeżeli znudziła Was ta opowieść bo macie polityków i tajne służy w głębokim poważaniu i szkoda Wam czasu na zainteresowanie się nimi, to możecie być pewni, że politycy i służby specjalne zainteresują się Wami.

Już to robią, tylko Wy o tym nie wiecie.

W taki sposób dobrnąłem do końca tej historii. Stawiam kropkę. Odwracam kartkę na czystą stronę. I nie wiem jak zacząć następną opowieść. Wychodzę na ulicę. Szaleje wiatr niczym rabuś w pałacu byłego prezydenta…

KUKLIŃSKI RAZ JESZCZE

Módlmy się za tych, którzy czynili zło,/ A nie wiedzieli, co czynią,/ Niech ich oświeci nadzieja

Agnieszka Osiecka

Był 7 października 1981 r., gdy „Mewa” odleciała za ocean.  „Mewa „to kryptonim wywiadowczy płk. R. Kuklińskiego.  Pisałem o  życiu pułkownika kilka razy, ale teraz, w przedsień 34 rocznicy odczuwam potrzebę zasygnalizowania jeszcze raz pewnych uwag i wyjaśnień.  Stąd książka: „As CIA i… W kręgu donosów, mitów i faktów o Ryszardzie pułkowniku Kuklińskim”. Tu  fragment „Pedsłowia”.

***

Pułkownik Ryszard Kukliński był szpiegiem wielkoformatowym. Interkontynentalnym. I nie dał się złapać. Bardzo go szanuję, ale jednocześnie nurtuje mnie pytanie: czy pułkownik został szpiegiem dlatego, że nie stać go było, aby zostać kimś lepszym?

Posłuchajcie więc opowieści starego zgreda o niebanalnym oficerze, któremu do doskonałości brakowało tylko to, że nie miał wad albo miał ich za dużo i którego Sejm III RP uchwałą  z 21 lutego 2014 r uznał za bohatera, zaś generałowie oraz większość jego komilitonów, z którymi w latach 1947 – 1981 służył w LWP nazywają dezerterem i zdrajcą.

Był czy nie był? Jeżeli był agentem wielolicowym, to z kim grał na poważnie?

To, że był agentem CIA jest jasne. Sam to przyznał, a potwierdziła Agencja.  O tym, że był współpracownikiem wywiadu peerelowskiego mówią dokumenty. Czy był współpracownikiem  wywiadu sowieckiego?  Dokumenty ani inne ujawnione źródła nie mówią na ten temat nic.

Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę ścisłe powiązanie Zarządu II Sztabu Generalnego WP (wywiad wojskowy PRL) z wywiadem sowieckim, głównie GRU, wnioski nasuną się same.

Czy płk Kukliński był szpiegiem NATO? Jeżeli był agentem CIA musiał być także szpiegiem NATO. Czy był szpiegiem Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw-Stron Układu Warszawskiego (ZSZPSUW)? Jeżeli był współpracownikiem wywiadu Peerel musiał być również szpiegiem ZSZPSUW. Był przecież zintegrowany system wywiadu UW. A nie ma nic mocniejszego ani bardziej paskudnego od zintegrowanego systemu wywiadu. Potwierdzenie znajdujemy w byłym Układzie Warszawskim jak i w NATO…

Tak, płk Kukliński był asem nietuzinkowym.  Będąc szpiegiem genialnym, ale… otwarte pozostaje pytanie: kiedy Kukliński wyskoczył z szyn  majdrowanych przez ZSZPSUW i dlaczego przestawił zwrotnice wiodące go do szpiegowania na rzecz NATO?   Wierny maksymie Kierkegarda, że Życie zrozumieć można tylko patrząc wstecz, lecz przeżyć je trzeba, patrząc w przód, szukam.

***

Jeżeli Salman Rushdi, bądź co bądź noblista twierdzi, że biografia, jeżeli nie chce stać się hagiografią, musi stawić czoło także niewygodnym faktom z życia bohatera  to ta sama dewiza musi obowiązywać przy przyczynkach. Czując obrzydzenie do hagiografii w Asie CIA chciałbym opowiedzieć o  stałej, przynależnej każdemu człowiekowi skłonności do prostytuowania się (rozumianej metaforycznie). Cecha ta dotyka wszystkie narody. Nie tylko Polaków. To temat aktualny w każdej epoce i każdym kraju, niezależnie od ustroju, położenia geograficznego, rozwoju cywilizacyjnego itp.

W dziejach ludzkich już  od starożytności jest  dużo kłamstw.  W historii prawdziwe są tylko marzenia, a ludzie znają tylko jedną drogę prostą do celu: krętą. Nie bardzo odpowiada mi zero-jedynkowa ocena, bo feniks ludzkości – w bóstwo się przepali.

Niestety, dużo ludzi mówi: Nie chcę prawdy. Chcę spokoju. Może warto zedrzeć łuski z oczu, przynajmniej w jednej sprawie. Sprawie dotyczącej kreacji bohaterów lub… zdrajców…, bo przy Kuklińskim inni szpiedzy wyglądają jak stajenni przy Aleksandrze Macedońskim.

Gwałt niech się gwałtem odciska

Codziennie jesteśmy gwałceni kłamstwem przez polityków, szkołę, media, sztukę, a nawet przez naukowców.  Dlatego biorę na warsztat postać nietuzinkową, uznaną przez jednych za niezłomnego, patriotycznego bohatera, a przez innych za dezertera i zdrajcę, skazanego na wieczne potępienie. W epoce W. Jaruzelskiego skazanego na karę śmierci, a w III RP mianowanego bohaterem.

W tym celu trzeba postawić kilku pytań: Czy w materii wywiadowczej, wobec niepełnego dostępu do archiwaliów możliwe jest autorytatywne rozstrzygnięcie wątpliwości dotyczących biografii wybitnych szpiegów? A jeżeli tak, to na postawie czego?  Czym zagwarantowana  by miała być prawomocność takiego sądu? Czy szpieg działał dobrowolnie i samodzielnie, czy był ubezwłasnowolniony przez wywiad(y)?  Jeżeli szpieg był dwu- albo więcej -licowy, to który wywiad odnosił największe korzyści? Kto i kiedy go zwerbował? Komu szpieg pomógł? Komu zaszkodził? Czy działał na zimno? Czy też było w nim ździebełko empatii do socjalistycznej Polski i kolegów, z którymi przez ponad trzydzieści lat, ramię w ramię służył w Ludowym Wojski Polskim? Jaki był początek i jaki koniec jego działalności? Co naprawdę o nim wiemy? Jaką cenę zapłacił za działalność wywiadowczą?

I na koniec: czy warto Kuklińskiemu współczuć? …

Sezonowa znajomość i peregrynacje za materiałami dotyczącymi szpiega

Moja znajomość z pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim trwała zaledwie czterdzieści osiem godzin i nie dotyczyła kwestii wywiadowczych, a przygotowań wojsk Układu Warszawskiego do  „wyprawy” na Czechosłowację (rozpoczętej w nocy z 20 na 21 sierpnia  1968 r.).

W tym czasie Praska Wiosna usiłowała znaleźć tak zwaną trzecią drogę do socjalizmu. Wiosna Czechosłowacka miała swoje pięć minut. Trwała nieco dłużej niż moje dwie doby spędzone z Kuklińskim, ale i tak nie za długo. Wiosnę przerwała interwencja wydzielonych sił zbrojnych ZSRR, Polski, Węgier, Bułgarii i NRD, czyli awangardy Układu Warszawskiego. Celem interwencji była czystka wśród społeczeństwa CSRS. Metodą – denuncjacja, a zamiarem – dopomożenie do cnotliwego samooczyszczenia Czechosłowaków.

***

W listopadzie 1981 r.  Kukliński wybrał opcję, o której tak pisał Adam Mickiewicz:  Uciec z nią na listek / jak motyl szukać tam domku i gniazdeczka. Szpieg poprosił CIA o przerzut, tak jak było umówione, do Stanów Zjednoczonych. Od tego czasu gromadziłem ułomki dokumentów, książki i relacje na jego temat. Mogłem się z tego „zgromadzenia” wszystkiego dowiedzieć, a ostatecznie nie rozumieć o co chodzi. Mimo to robię to nadal.

Niestety, nie mogłem zweryfikować  zgromadzonych szpargałów. Pułkownik, mimo ponawianych kilkukrotnie propozycji, odmawiał spotkania. Tak jak odmawiał widzenia z dawnymi kolegami, z którymi służył w Ludowym Wojsku Polskim w latach 1947 – 1981. Wówczas wychwalał  Peerel…  jakby zamierzał go sprzedać .

R. Kukliński, znając metody zaklinania słów, aby znaczyły, drwiły, demaskowały, po 1990 r., już w III RP znalazł sobie świeżych komilitonów, którzy go wcześniej nie znali. On ich także nie znał. Spiknęli się, co nie dziwi. Błyskawicznie wygenerowali zdania będące jak piasek na plaży przesypywany z pustego w próżne, co u tak cnotliwego oficera dziwi. Akolici szpiega hołdują zasadzie – im dalej od prawdy, tym bliżej do bohatera.

***

Tak, wiem już sporo o życiu i działalności tego niestereotypowego agenta. Ale wiedzieć to bardzo daleko od rozumieć.  Czy mnie z nim coś łączyło? Tak. Wydaje mi się, że obaj widzieliśmy, jak w erach Bolesława Bieruta,  Wiesława Gomułki, Edwarda Ochaba, Edwarda Gierka, Stanisława Kani  czy Wojciecha Jaruzelskiego karlało życie w Peerelu. W głowach tych przywódców czaiła się słoma importowana z Sowietów, a nie patriotyzm. I obaj wiedzieliśmy, że nasi przywódcy ruszają się tak mile w kierunku komunizmu, bo są poszturchiwani z tyłu przez Stalina, Chruszczowa, Breżniewa, Gorbaczowa…  Byli to bowiem osobnicy sprawiający, że społeczeństwa boleśnie odczuwają brak ludożerców.

Trudno tego było nie widzieć. Przez długie lata godziliśmy się z tym, że państwem kierują zwykli partacze i że nawet jak na zwyczajnych nieudaczników są to wyjątkowo pospolici, tępi osobnicy, którzy, szukając wykrętów, zaczynając wynajdywać „przyczyny historyczne” i wymyślać coś takiego, jak „taktyczna zręczność zapobieżenia interwencji sowieckiej w Polsce”.

Obaj dochodziliśmy do tych wniosków asynchronicznie starając się  w różny sposób reagować na sytuację.  Czy, uznając jego mistrzostwo wywiadowcze, współczułem mu?

Nie. Byłaby to przesadna uprzejmość, bo historia, którą w książce opowiem, jest prawdziwa w najdrobniejszych szczegółach, chyba że straszna pomyłka zniekształci ją już na wstępie. Bo grafomanom jak ja, dzięki temu, że są tacy mądrzy, od czasu do czasu udaje  się ukryć, że są tacy głupi.

Nie stawiać absurdalnych granic

Pułkownik Kukliński strzelił w kalendarz  11 listopada 2004 r. i pewnie teraz śpiewa w diabelskim chórze razem z innymi szpiegami w rodzaju Józefa Światły, Michała Goleniewkiego, Pawła  Monata, Jerzego Pawłowskiego, Bogdana Walewskiego, Jacka Jurzaka i innych… Biorąc pod uwagę niskogatunkowy stan mojego mózgu, serca i całej reszty mam nadzieję rychło dołączyć do tego ekskluzywnego towarzystwa szpiegowskiego.  Wyobrażenie o tym wydarzeniu (jak to dla mnie mogłoby wyglądać) opisałem w Portrecie z Kanalią.

***

Uwagi przedstawione poniżej są zbyt szkicowe i zbyt problematyczne, aby można było uznać, iż rozstrzygają one któreś  z postawionych wyżej pytań.  Spór o Kuklińskiego jest i będzie chyba długo otwarty. Pewnie dobrze, że będzie trwał. Ludzie będą toczyć boje podobne do  waśni o katastrofę smoleńską i wiele innych niewyjaśnionych historii, a dotyczących między innymi sprawy wypadku lub zamachu na gen. Władysława Sikorskiego czy kontrowersji wokół stanowiska  gen. Wojciecha Jaruzelskiego w sprawie strzelania do ludności Wybrzeża w czasie wydarzeń grudniowych w 1970 r. oraz ogłoszenia stanu wojennego w 1981 r.

Gen. Jaruzelski był zdania, że szumieć nad morzem może tylko morze. Czy decyzja o strzelaniu i stanie „W” była podjęta legalnie? Oczywiście. Przecież wówczas generał sam współtworzył lub ustanawiał prawo. Tylko głupiec lub szaleniec ryzykuje nielegalną zbrodnię. Lepiej przecież popełnić zbrodnie legalną, to znaczy zostać po prostu łajdakiem.

***

Jestem obserwatorem i co najwyżej kronikarzem ścinków historii, a nie teoretykiem. Przedstawiając zaobserwowane ułomki faktów, zapodań, legend i mitów nie podejmuję się rozstrzygania sporu o to, czy Kukliński był bohaterem, czy dezerterem i zdrajcą…  Biorąc pod uwagę ludzką  hetero-, bi-  i homoseksualność, bardziej interesuje mnie kwestia, dlaczego oficerowie w wojnie siedmioletniej byli na samych klaczach…?

Mając własne poglądy na działalność pułkownika,  postaram się w epilogu przedstawić subiektywne odpowiedzi na niektóre z postawionych pytań. Uważam, że chwałę wielkich szpiegów należy ważyć nie tylko korzyściami lub stratami przyniesionymi przez ich działalność, ale także mierzyć środkami, którymi się posłużyli, aby chwałę zdobyć. Te przymioty w wypadku Ryszarda  Kuklińskiego były bez zarzutu.

 

PS

Książkę „As CIA i…” wydała Agencja Wydawnicza CB e-mail: cbwydawnictwo@home.pl

Fragment Lotu nad szpiegowskim gniazdem

Dnia 4 czerwca roku pamiętnego /zebrała się banda stolca okrągłego / Kiszczak, Jaruzelski, moskiewskie pachołki / ze zdrajcami ludzi podzielili stołki

Paweł Kukiz

Wielokrotnie pisałem, że dzieciństwo, młodość i dorosłość spędziłem w XX wieku. A skoro jak pisze Jerzy Pomianowski było to stulecie: nalotów dywanowych, bomby atomowej, obozów zagłady, czystek etnicznych, planowej likwidacji całych klas i narodów to nie trudno było uwierzyć Emilowi Cioranowi, że człowiek to zwierzę, które zdradziło naturę.

Przerabiałem to na własnej skórze. Przez 37 lat nosiłem mundur żołnierski, a po wykopaniu z armii, stając się „socjomasą balastową budżetu”, na którą muszą pracować młode pokolenia Prawdziwych Polaków, nadal ogawędzam zjawiska, niekoniecznie jawne, starając się zaglądać za kulisy kulis MON i MSW. Nigdy nie ukrywałem drażliwych spraw. Nie pragnąłem tego robić, ale w inny sposób nie mogłem sobie poradzić.

Nie chcę używać wielkich kwantyfikatorów, podobnie jak staram się nie generalizować. Dlatego bądźcie uprzejmi, czytając sądy ocenne, poprzedzać je słowami „chyba”, „możliwe”, „wydaje się” itp., a do opisów z użyciem liczby mnogiej np. „Polacy”, „generałowie”, „oficerowie”, „służby specjalne”, „politycy” podstawiać tylko te osoby, które się do tego opisu poczuwają, a nie wszystkich tych, których te pojęcia mogą oznaczać, i które są tak godziwe, że mogłyby być modelami dla artystów malujących portrety aniołów.

Wybaczcie wreszcie nadmierne stosowanie paraboli, litot i dytyrambów, tej swoistej „pieśni kozła”. Moje grafomaństwo nie rości sobie pretensji do miana literatury czytanej powszechnie. Bo czytelników, których jeszcze niedawno nie można było oderwać od książek, już nie ma. Tacy czytelnicy już byli. I przy takiej polityce rządu Platformy, partii bez właściwości, coraz bardziej zbzikowanej, już takich nie będzie. To, co robią politycy, to kulturalne ludobójstwo. Elity partyjne, uzurpując sobie prawo do bycia przedstawicielami narodu, wolą toczyć „wojnę smoleńską lub podsłuchową”.

Jeżeli powiecie, że dla tych polityków katastrofa smoleńska czy nielegalne posłuchy to sprawa życia i śmierci odpowiem: Nie! To dla nich znacznie ważniejsze! To jakiś Baal, absolut, zagadka, tajemnica wyzbyta pozahistorycznego sensu, której wytłumaczyć logicznie nie można. I powiem, że to nonsense and baloney (nonsens i bujda). I zacytuję Władimira Wysockiego: Mój kraj od dawna, jak samochód stary, /prowadzi szofer, który pluje nań.

***

Gdyby była sensowna alternatywa, robiłbym wszystko, aby ekipa kierująca Tusko-Kopaczomocarstwem rządziła jak najkrócej. Marzę o tym, żeby na podmianę przyszli aparatczycy, którzy zmajdrowali IV RP. Oni już nabroili, budując twór, w którym ludziom żyło się miło i jeszcze śmieszniej niż w Peerelu. To PiS stworzył w IV RP takie stężenie patriotyzmu, że o sugestii wprowadzenia eutanazji nie było sensu myśleć. Udusić się było można bez pętli, samymi wartościami.

Gdy sobie o tym przypominam ogarnia mnie frajda tak okrutna jak kwilenie matki, której córka się skurwiła. W III RP partie polityczne przekształciły się w przedsiębiorstwa biznesowe. Ich historia składa się z czterech słów: „kasa”, „jaja”, „momenty” i „mózg na ścianie”. Ratunku upatruję w recyklingu IV RP i zbudowaniu państwa jeszcze zabawniejszego niż to, które w latach 1939 – 1945 zafundowali nam Adolf Hitler z Józefem Stalinem.

Tak. My, Naród! My, Polacy! Jesteśmy kombinacją ksenofobii, cierpiętnictwa i megalomanii. Jesteśmy tak głupio i homofobicznie zaprogramowani, tak patriotyczni i tak klerykalni, że możemy zniszczyć to, co już osiągnęliśmy i okazać się zdolnymi zniweczyć szansę daną nam przez los na stworzenie nowoczesnego państwa.

Rządy w partiach sprawują małe świrujące zasrańce żywiące swoich konfratrów z budżetu, a więc ze składek społeczeństwa. Obie liczące się partię stosują zasadę „oko za oko”. Ludzie muszą uważać. Ta zasada prowadzi do ślepoty…

To nie polityka! To erzac polityki. Do lamusa ciśnięto piękne słowo — cnota, oczywiście w użyciu sokratejskim jako dobro moralne. Cnotę zastąpiono wieloznacznym pojęciem wartości. I nikt już nie wie, czy politykom chodzi o numer, cenę czy zalety, przymioty moralne, bo pojęciu cnoty coraz częściej przypisuje się znaczenie seksualno-pornograficzne.

Co prawda Zbigniew Herbert napisał: Bądź wierny. Idź. Małpują go Prawdziwi Polacy. Poeta operował metaforą. Nie określił precyzyjnie z kim i dokąd mam iść. Z Bogiem? Z diabłem? Po złote runo nicości. Posłuchałem. Złote runo nicości mnie zachwyciło. Poszedłem. Szukałem runa w knajpie. Nie było mnie kilka dni. Gdy wróciłem, dostałem po pysku. Od żony…

Przepraszam, jeśli kogoś uraziłem.

PS

Książka ukaże się na początku listopadzia 2015 r.

W. PUTIN I CO DALEJ?

Człowiek, proszę państwa to nie jest udana rzecz. Człowiek to jest taka rzecz, która lubi mordować.

Marek Edelman

Będąc na bieżąco z całym gównem tego świata coraz częściej słyszę głosy, że prezydent W. Putin zwariował. Nic bardziej błędnego.

Pod koniec lat 80. Putin, pod przykryciem dyplomaty, był starszym lejtnantem KGB urzędującym w Dreźnie, by po dziesięciu latach zostać szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa – sukcesorki KGB. Spotkałem go w Dreźnie dwa czy trzy razy przy różnych okazjach. Robił dobre wrażenie. Był oczytany ponadprzeciętnie. Zdawało się, że pragnie wyprzedzić swój czas. Z takich ludzi wyrastają albo myśliciele albo wielcy bandyci. Obserwując to, co Putin robi dziś obawiam się, że zachodzi drugi człon tej alternatywy. Przykro patrzeć na lwa, który szczeka i stara się jeszcze gryźć.

W Dreźnie koledzy KGB  nadali mu ksywę „Krótki Putin”, która obowiązywała do czasu, aż został szefem FSB Rosji. W ksywie nie było złośliwości a jedynie aluzja do jego wzrostu i uznanie dla jego kompetencji wywiadowczych. Obecnie, w Moskwie i Petersburgu  opozycja rosyjska nadała prezydentowi kryptonim „Lil”. Od liliputa. Mówi się, że Putin, aczkolwiek chce wzorować się na Stalinie ma charakter liliputa…

Władający Rosją prezydent to pojętny, zmyślny, twórczy i bystry uczeń Andropowa i Kriuczkowa. Ma geny Stalina, a gębę Chruszczowa i Breżniewa. W jego żyłach buzuje krew krewkiego kagiebowca i trudno pojąć, co mu w duszy gra.

Wydaje się, że współczesna Rosja nie jest jednak krajem totalitarnym a jedynie autorytarnym. W. Putin buduje demokracje w specyficznym carsko-bizantyjskim stylu, opartą o tajne służby, wojsko, cerkiew i oligarchów. Do prezydenta Rosji pasują słowa Onufrego Zagłoby: Zdechnę ja i pchły moje, ale Rosja będzie Rosją wielką, której wszyscy będą się bać. Jestem przekonany, że autorytaryzm putinowski coraz bardziej gnije i w końcu sami Rosjanie opamiętają się… Ale co Putin ze swoją ferajną narozrabia to narozrabia. Boć to przecież gigant zła…

Jedno jest pewne,  w 2014 r. Putin zakończył wakacje Europy od historii. Nie można wykluczyć, że prezydent Rosji, zazdroszcząc poprzednikom sukcesów, postanowił na razie rozruszać… Ukraińców. Gdyby miał na nosie okulary lustrzane, można by w nich ujrzeć Krym i Gruzję. Może Putin czytał dzienniki dr. Josepha Goebbelsa. Znając język niemiecki, miał taką możliwość znacznie wcześniej niż wydobyto tekst na światło dziennie i ogłoszono w 18 woluminach. Manuskrypt dzienników przeleżakował wiele lat w archiwum sowieckich służb specjalnych. Może uderzyło go takie zdanie ministra propagandy III Rzeszy: Nie spodziewamy się po monarchach Europy zbyt wiele. Oni widzą w nas parweniuszy i sądzą, bez względu na to, jaką władzę mamy, że można nas traktować z góry. Trzeba ich od czasu walnąć w szczękę, aby oprzytomnieli.

No i walnął. Zaatakował punktowo. Każdego dnia potarza europejczykom slogan N. Chruszczowa: Czy wam się to podoba, czy nie, historia jest po naszej stronie. My was pogrzebiemy. Maksymalnie wykorzystuje służby specjalne. Polityka prezydenta bardzo podoba się Rosjanom. Popiera go 85 procent rodaków. Dlaczego? Bo Rosjanie jeszcze nie wiedzą, że znacznie lepiej jest mieszkać w miłym kraju a nie potężnym. Potęga doprowadza ludzi do szaleństwa.

Europa przytomnieje. Ale bardzo, bardzo wolno. U naszego wschodniego sąsiada od wieków przeważają ciągotki nacjonalistyczne. Rosja i Rosjanie w głębokim poważaniu mają przyszłość i płaczą za Imperium. A widok spłakanych rodaków wycisnąłby nawet łzy z Kaliguli, a co dopiero z Putina. Człowiek post-radziecki tęskni do przeszłości i śni o odbudowaniu „Spłakanego Imperium”. Człowiek rosyjski jest zdolny do niespotykanych wyrzeczeń. Prezydent  jako człowiek inteligentny, jako były szef FSR, rozumie dobrze duszę rodaków. Napadając zbrojnie na Krym, chciał osuszyć spłakane oczy Rosjan.

Zachód zaakceptował anszlus Krymu, ale oficjalnie z tym się nie pogodził. I tu władca Rosji popełnił pierwszy błąd. Gdyby był konsekwentny, to po zaborze Krymu powinien był zająć zbrojnie Ukrainę wschodnią i południową. Zachód byłby zszokowany.

Zatrzymanie zbrojnego podboju Ukrainy i postawienie na uzbrojonych po zęby „zielonych ludzików” było kolejnym błędem Putina, który ma wprawdzie odwagę i zdecydowanie lwa, ale brak mu doświadczenia Lenina i Stalina. Prezydent zapomniał, że puszczenie samopas terrorystów operujących na wschodzie Ukrainy, oprócz korzyści politycznych może przyczynić się do skutków katastrofalnych. Katastrofą było zestrzelenie cywilnego samolotu. Nieokiełznane czeredy bandytów grasujących pod patronatem Rosji zmusiły Moskwę do zajęcia pozycji obronnych, do tłumaczenia czynów, których wytłumaczyć się nie dać.

Do tej pory było tak, że świat ślepł i głuchł, kiedy zbliżał się Putin – car. Tak było już po aneksji Krymu. Teraz sytuacja się zmieniła. Zachód ochłonął. Zestrzelenie samolotu zbudziło z letargu USA i czołowe państwa Europy – Niemcy, Wielką Brytanię i Francję i reanimowało NATO. Skutkiem agresji Putina może być nawet zmiana doktryny obronnej paktu, dostosowanie jej do wymagań wojny czwartej generacji.

Ale Zachód zmienia się za wolno. Jednak coraz widoczniejsze są trendy antyrosyjskie. Antyrosyjskość Europy  wynika z antyrosyjskości Rosjan. Putinowi może się marzy pełzająca interwencja. Może na początek chce jedynie sfinlandlizować Ukrainę… Może…? On przecież dobrze wie, że Rosji nie zagraża NATO lub Unia Europejska. Prezydent Rosji wie, że za chwilę groźni będą Chińczycy a już są groźni fundamentaliści islamscy…

Jednego Moskwa może być pewna – Zachód nigdy nie zdecyduje się „umierać za Ukrainę”. Zachodni mężowie pokrzyczą, ponarzekają i uznają status quo… Tak zwany demokratyczny świat nie ma gotowej odpowiedzi na pytanie: Kto po Putinie? Nie rozważając nawet takiej  alternatywy Zachód pozwala marzyć Putinowi o restauracji Imperium. Tak zwany demokratyczny świat ciągle żyje złudzeniami. Zapłacimy za to wszyscy, gdy okaże się, że złudzenia zostaną utracone.

***

W sprawie Rosji żywię się informacjami telewizyjnymi. Ekran parska militaryzmem, katastrofizmem, onanizmem… Nie wiadomo czy ogłuchnąć, czy oślepnąć, czy defekować? Więc zwracam uwagę na coraz śmieszniejszą główkę prezydenta Rosji. To żyjąca iluzjami główka wymarłego gada, która już nie jest w stanie przewidzieć jak się skończy jego panowanie. Putin poszedł o jeden most za daleko. Kiedy nastąpi deziluzja i prezydent uświadomi sobie, że dla niego nie ma dobrego wyjścia? Z jednej strony grozi mu „rosyjski majdan”, czyli – jak to nieraz w Rosji bywało –  straszny rosyjski bunt, bezmyślny i bezlitosny, a z drugiej czają się jeszcze groźniejsi przeciwnicy, uważający że prezydent jest… za łagodny, że, gdyby był stanowczy,  mógł już opanować całą Ukrainę… Zabójstwo Niemcowa pod kremlowskim murem jest wyraźnym ostrzeżeniem dla Putina – „uważaj Wadymirze Władymirowiczu. My jeszcze istniejemy. Maszeruj śmiało do przodu, bo…”

Wszystko wskazuje na to, że za tymi zbirami czai się jakaś grupa rekrutująca się z armii, dla których żywiołem jest wojna. Armii niezadowolonej, że w otoczeniu prezydenta brylują odwieczni wrogowie wojskowych, czyli przedstawiciele służb specjalnych…

Uf! Gdybym był Rumunem, Mołdawianinem, Bułgarem, Białorusinem, Grekiem, Austriakiem, Łotyszem, Estończykiem, Litwinem, mieszkańcem Bałkanów, a nawet Turkiem zaczynałbym się bać.

***

Dziś światem rządzą wirtualne kapitały, a nie rakiety z głowicami nuklearnymi wspartymi lotniskowcami, czołgami i wszystkim, co strzela. W tym tkwi szansa naszego wschodniego sąsiada, ale i Rosji. Jeżeli świat zachodni nie chce zniknąć jak Atlantyda, musi coś z tym fantem zrobić. Konflikt na Ukrainie  jest niczym innym jak początkiem ery „zmagań czwartej generacji” określanej skrótem 4 GW (Fourth Generation Warfare) – czyli kulturowo-cywilizacyjnych konfliktów wykraczających poza ramy państwa narodowego i historyczną triadę gen. von Clausewitza: rząd-armia-naród. Trudno powiedzieć, czy nieprzemyślany atak zapoczątkuje drastyczne zmiany na świecie, czym może się charakteryzować XXI wiek? Czy dojdzie do wielkiej depopulacji i powstania całkowicie nowej cywilizacji, czy…?

PS.

Tekst jest epilogiem książki Lot nad szpiegowskim gniazdem. Komentarze proszę kierować na adres: hp.piecuch@gmail.com

STAN WOJENNY I GENERAŁ WOJCIECH JARUZELSKI

Bywały czasy, w których często odwiedzałem Sztab Generalny WP i MSW. Mimo, że było w tych instytucjach szczególnie duże stężenie bałwaństwa, to nie wariaci mnie fascynowali. Interesujące były roszady personalne pomiędzy dwoma resortami. Ruchy w tę i we w tę stronę trwały przez czas trwania Peerelu, ale proceder nasilił się po zdobyciu przez gen. W. Jaruzelskiego władzy absolutnej i mianowaniu na fotel ministra spraw wewnętrznych gen. Cz. Kiszczaka. „Lud mundurowy” nazwał to „desantami aniołów”. Miło było obserwować aniołów z WSW, które spadały na MSW i inne resorty jak deszcz, kropla po kropli a niekiedy jak grad. Iskrzyło. Jednak wyładowań nie było. A szkoda…

W latach 80. myślący funkcjonariusze bezpieki (byli tacy, nieliczni, ale byli) szeptali, że Kiszczak oddał ważne sprawy resortu w ręce kramarzy z wojska. To – ich zdaniem – nie wróżyło niczego dobrego. Jaruzelski i Kiszczak rzucali się do rządzenia Krajem Pieroga i Zalewajki z większym zapałem niż kanibal na zawodnika sumo. Polska coraz bardziej przypominał szpital dla „czubków”, w którym rządzili lunatycy. Generałowie chętnie rozprawiali o wolności uważając, że wolność jest to prawo robienia tego, co oni chcą i przeszkadzania innym w robieniu tego, czego chcą. Może to ładnie brzmiało, ale brzydko pachniało. O ile jednak Jaruzelski był klasą dla siebie i jest przykładem, jak można mówić o wzniosłych celach a jednocześnie nikczemnie postępować, to przykładem, jak postępuje człowiek, który o wzniosłych celach nawet nie słyszał, był Kiszczak.

Pochodzący z Kurowa, z ziemiańskiej rodziny gen. Jaruzelski przykładał wagę do dobrych manier i uprzejmych gestów i nawet jak chciał kogoś usunąć ze swojej drogi posługiwał się umyślnymi, zazwyczaj Kiszczakiem. Koledzy z ASG nazywali go „Wojtuś Chrystusek” a złośliwy goryl płk. Artur Gotówko nadał mu ksywę „Wojtuś Szabelka”, która przylgnęła do generała jak gum do żucia do podeszwy buta.

Jaruzelski w życiorysie ma trzy lata rąbania tajgi i podpisanie paktu z Antychrystem, czyli przejście do stworzonej na rozkaz generalissimusa I Armii WP w ZSRR i pierwsze kontakty z NKWD. Było to zrozumiale i wytłumaczalne. Tylko w taki sposób można się było wyrwać z Syberii. Po zakończeniu wojny zostanie w armii nie było już tak jednoznaczne. Przecież ta armia, razem z bezpieką, milicją i partią, przynajmniej do 1956 r. roznosiła sowiecką zarazę. Przyszły generał nie może się tłumaczyć niewiedzą. Widział. Słyszał i czuł…

Jaruzelski, mający za sobą chwalebny szlak żołnierski od Riazania do Łaby postanowił być raczej bijącym niż bitym i wybrał na dalszą drogę życia służbę wojskową. Tym samym kontynuował zaczętą 19 lipca 1943 r. karierę. Najpierw, jako podchorąży Oficerskiej Szkoły 1. Korpusu Sił Zbrojnych w Riazaniu. Naukę ukończył 16 grudnia 1943 r., z setną lokatą. Uzyskawszy stopień chorążego (lepsi podchorążowie otrzymywali stopień podporucznika) został skierowany do 5 pułku piechoty 2. Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego na stanowisko dowódcy plutonu. W maju 1944 r. został dowódcą plutonu zwiadu, a od stycznia 1945 r. dowodził całym zwiadem 5 pp. W czasie rządu generała kilkakrotnie spotykałem się z szefem sztabu 5. pp płk. Aleksandrem Fominem. Oficer był zachwycony „wojaczką” Jaruzelskiego. Opowiadał, że po przyjściu chorążego do pułku, rozmawiał z nim i on mu powiedział, że pochodząc z niezbyt bogatej rodziny całe życie marzył o dostaniu od rodziców w prezencie konia. I dostał – konika polnego. Fomin to zapamiętał. Gdy zwolnił się etat dowódcy zwiadu konnego mianował na to stanowisko Jaruzelskiego. Dziecięce marzenie spełniła armia. Tyle, że koń Wojciecha był w strasznym stanie a żołnierze plutonu w jeszcze gorszym. Chorąży nazwał szkapę chabetonem a z żołnierzy w krótkim czasie „zrobił” sprawnie działający pododdział. Również koń pod opieką Jaruzelskiego wkrótce przemienił się w rasowego rumaka i chorąży przemianował go na bucefała (od imienia konia  Aleksandra Wielkiego).

Przyszły generał oszczędnie dawkował opowieści o przygodach frontowych. Ale i tak nie ustrzegł się wpadki. Opowiadał na przykład, że po walkach o Kołobrzeg i dotarciu do Bałtyku napoił w morzu bucefała. Być może zapomniał, że koń nie jest rybą i słonej morskiej wody nie pije.

Miłość do koni pozostała generałowi do późnych lat. Nawet w czasach premierowania zawsze starał się wykroić trochę czasu by pojechać do Starej Miłosnej. Miał tam ulubionego „Bucefała”, rasowego rumaka. Galopował na nim po leśnych duktach ku przerażeniu ochroniarzy. Dwukrotnie jacyś dowcipnisie próbowali wykorzystać miłość Jaruzelskiego do koni, aby dokonać na niego zamachu. Podejrzewałem, że jest to robota WSW organizujących fikcyjne zamachu, aby się dowartościować. Takich zamachów było pięć. Cztery pierwsze – sądzę – były fikcyjne, organizowane przez tajne służby, chcące się dowartościować. Piąty zamach był ewidentnie zbójecki, indywidualny, wykonany przez niezadowolonego kmiotka, Stanisława Helskiego, byłego działacza NSZZ Rolników Indywidualnych, który w czasie podpisywania książki Stan wojenny… Dlaczego? uderzył generała kamieniem w głowę.

Faktem jest, że W. Jaruzelski był w czasie bojowego szlaku od Puław do Łaby dwukrotnie ranny. Miało to dalekosiężny skutek – musiał się myć tylko w wodzie utlenionej, co do pasji doprowadzało jego szefa ochrony kontrwywiadowczej i fizycznej płk. A. Gotówkę. Wyobraźcie sobie oficjalną wizytę, na przykład u pułkownika Kadafiego w Libii. Gala w pełnej krasie. Idzie oficjalna delegacja i towarzyszące osoby a na końcu szef ochrony, który zamiast kałasznikowa dzierży w ręku hermetycznie zamykaną bańkę w wodą utlenioną, aby generał mógł od czasu do czasu odświeżyć sobie zmęczoną upałem twarz…

W czasie wojaczki Jaruzelski odkrył, że istnieją sprawy, o których opłaci się nie myśleć, by szybko awansować. To w wojsku niepodległość II RP, pod wpływem marksizmu szybko wyszumiała mu z głowy. Zaczął budować komunizm. Cały czas mienił się patriotą. Sztandar czerwony  traktował jak fetysz i nic mu nie przeszkadzało, że bolszewicy na polskich sztandarach urwali orzełkowi koronę. Oczywiście, jak każdy konwertyta wstydził się swojej ziemiańskiej rodziny. Pół wieku zajęło bu przekonywanie komunistów, że nie jest ziemianinem, a ostatnie dwadzieścia pięć lat starał się przekonać ziemian, że nigdy nie był komunistą.

Można go zrozumieć. W Peerelu tacy rodzice jak jego, samym swym istnieniem budzili wstyd u dzieci, którzy chcieli robić karierę. Więc ukrywał swe pochodzenie do końca lat osiemdziesiątych, co mu umożliwiło piastowanie m.in. następujące stanowiska i funkcje: komendanta wojennego miasta (walczył z UPA i podziemiem niepodległościowym, m.in. z WiN), wykładowcy taktyki i zastępcy szefa Głównego Zarządu Bojowego. Był także dowódcą 12 Dywizji Zmechanizowanej, szefem Głównego Zarządu Politycznego WP, szefem Sztabu Generalnego WP i ministrem obrony narodowej. Wydaje się, że jego głównym „pchaczem” przynajmniej gdy chodzi o karierę wojskową był gen. Popławski. Jaruzelski był też posłem, członkiem Biura Politycznego KC PZPR, prezesem Rady Ministrów, przewodniczącym Rady Państwa, I sekretarzem KC PZPR, szefem WRON oraz prezydentem PRL, a w III RP tylko prezydentem. Na szefa WRON nikt go nie wybierał. Wybrał się sam.

Po skończonej wojnie na I i II Armię WP spadł obowiązek wytępienia opozycji niepodległościowej. Wojsko (razem funkcjonariuszami Bezpieczeństwa Publicznego i KBW) walczyło o zdobycie władzy a później o jej utrwalanie. Walczyli tak długo, aż opozycjonistów przykryła ziemia. Najbardziej niepokornych zabito a chwiejnych wsadzono na długie lata za kratki. Można było zmniejszyć armię z przyległościami do około czterystu, a bezpiekę do stu tysięcy, plus ORMO, dochodzące w porywach do pół miliona.

Redukcja objęła wielu oficerów, ale nie Jaruzelskiego. Zrobił zadziwiającą, błyskawiczną karierę. Okrzyknięty najlepszym ministrem obrony Polski powojennej, nie wyglądał na twardziela. W marcu 1968 r., jako szef Sztabu Generalnego WP (za przyzwoleniem Gomułki) wspólnie z generałami Moczarem i Szlachcicem oraz dziczą esbecko-partyjną wygarbowali plecy protestującym studentom i wypatroszyli niektórych Żydów, którym udało się przeżyć Holokaust. W sierpniu tegoż roku, już ze stanowiska ministra obrony narodowej wydał jedynie polecenie Armii Polskiej (utworzonej na bazie Śląskiego Okręgu Wojskowego) wzięcia udziału w interwencji na Czechosłowację (wraz z częścią Zjednoczonych Sił Zbrojnych UW). W 1970 r. rozkazał strzelać do robotników na Wybrzeżu, zaś 12 grudnia 1981 r., aby zdusić „Solidarność”, jednoosobową decyzją powołał Wojskową Radę Ocalenia Narodowego (WRON) i mianował się jej szefem. Dwudziestu trzech błaznów, zebranych w reprezentacyjnym salonie MON, dla których Jaruzelski był bóstwem, świadomym, czego chce i po co, powiedziało sobie: my tylko jesteśmy dobrym towarzystwem…

Połowa ludzi uwierzyła im. WRON była tworem pozakonstytucyjnym o charakterze junty wojskowej. Bbyła bandą chuliganów iskających grzbiet społeczeństwa w poszukiwaniu zdrajców, którym nie podobał się socjalizm. W jej składzie znalazło się 18 generałów 3 pułkowników i 2 podpułkowników. W większości były to trupy moralne acz ze sporą wiedzą wojskową. Wronowcy byli przekonani, że sprawy gospodarcze i polityczne można załatwić rozkazem wojskowym, zaś W. Jaruzelski uważając, że ludzie w większości nie są dobrzy, a członkowie „Solidarności” wręcz źli, ogłosił stan wojenny dla całego kraju. Poczułem się coraz mniejszy. Mały, maluteńki. I pomyślałem, że jeszcze kilka miesięcy i zniknę z powierzchni Ziemi. Tej Ziemi.

***

W nocy z 12 na13 grudnia 1981 r. z pustego nieba nad szarą Polską prószył nieśpiesznie śnieg. Na zimowe ulice miast i miasteczek wyruszyły milicyjne suki. Wyroiły się z nich „trójki” esbecko-żołniersko-milicyjne. Wpadały do mieszkań działaczy „Solidarności” ściągając brutalnie z żon, kochanek i kochanków aktywistów związkowych, pakując ich do „pierdli” a następnie przewożąc do przygotowanych naprędce obozów dla internowanych. Wkrótce 15 tys. „wichrzycieli” znalazło się pod kluczem a na zabicie 9 górników z kopalni „Wujek” nie trzeba było wcale używać tak dużo amunicji. „Zmarnowano” jej dużo, dużo mniej, niż w czasie pacyfikacji „Czarnego Czwartku” w Poznaniu w czerwcu 1956 r., kiedy to wystrzelono do ludzi zbuntowanego miasta około stu osiemdziesięciu tysięcy sztuk amunicji (była to amunicja głównie do broni strzeleckie) lub w czasie ujarzmiania rewolty na Wybrzeżu w grudniu1970 r.

Z rejonów alarmowych z chrzęstem gąsienic wypełzały transportery opancerzone i czołgi. Niektóre tanki, jak T-54, pamiętały jeszcze czasy chwały oręża LWP: bitwę pod Lenino i Studzianki, i Wał Pomorski, i forsowanie Odry i Nysy Łużyckiej, i park Tiergarten, a niektóre nawet Łabę.  Okręty zablokowały porty a samoloty przestrzeń powietrzną…

Po ulicach krążyły samochody ciężarowe wypełnione wojskiem wypluwając w wyznaczonych miejsca patrole zaopatrzone w kałasznikowy i koksowniki. WSW zorganizowało dwa fikcyjne zamachy na szefa WRON (do dziś niewyjaśnionych). Około trzech milionów zbrojnych – żołnierzy, milicji, Służby Bezpieczeństwa, ORMO i doraźnie zmobilizowanego tałatajstwa ruszyło bronić socjalizmu jak niepodległości. Chociaż socjalizmu nikt nie atakował. Dziesięciomilionowa ‘Solidarność” nie miała ani sztuki zdolnej do użytku broni.

Zmarznięta ziemia jęczała. Tratowana gąsienicami sprzętu pancernego trzeszczała jak niewidzialna grzechotka. Z domów dochodziło zgrzytanie zębów i płacz dzieci, bo generał, sztywny jak sztacheta w płocie pozbawił je „teleranka”. Zamiast bajek szef WRON, co godzinę powtarzał to samo przemówienie mające pompować do mózgów rodaków zdania dawno zdewaluowane, zdewastowane, sparszywiałe, w które nikt już nie wierzył. Było to telewizyjne wystąpienie nagrane znacznie wcześniej w zapasowym studiu telewizyjnym zorganizowanym w jednostce wojskowej przy alei Żwirki i Wigury w Warszawie. Przemówienie nadęte pychą i naszpikowane ostrzeżeniami, że wspólnota socjalistyczna jest zagrożona. W. Jaruzelski chciał być w tym przemówieniu jak tygrys Miłoszowy, machający ogonem i wyskakujący poecie z wiersza. Ale w tym momencie generał był, niestety, jedynie żałosnym, zależnym od Moskwy namiestnikiem, mogącym, co najwyżej straszyć naród jeszcze większym złem. Można się jeno zastanawiać, dlaczego generał, o ugruntowanej pozycji politycznej robił z siebie idiotę na oczach milionów rodaków?

Tak, w tę grudniową noc, przez okno w budynku  Urzędu Rady Ministrów, oświetlony zimnym blaskiem księżyca przyglądał się swemu dziełu „Wojtuś Chrystusek”, którego stopień wojskowy od tej chwili był pisany wielkimi literami. Generałowi nie przeszkadzał trzaskający mróz, który nosy sinił i uszy zakręcał. Stał niewzruszony. Stał przyglądając się szadzi na okolicznych drzewach iskrzących się jak ognie bengalskie w reflektorach przejeżdżających samochodów z wojskiem, wozów pancernych i milicyjnych suk. Z twarzy Jaruzelskiego promieniował nieziemski patriotyzm, dobroć i umiłowanie ojczyzny socjalistycznej. Subtelne ziemiańsko-generalskie zmysły upajały się trzema słowami wypowiedzianymi telefonicznie (o godzinie 14.00 12 grudnia 1981 r.) do ministra spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka: „Czesiu! Uruchamiaj operację”. W sekundę później te same słowa usłyszał gen. F. Siwicki…

Z przyzwoitych polskich domów emanowała wściekłość. Dolatywały bluzgi. W duszach aktywistów PZPR i ZSL huczała radość, że generał zrobił to, co obiecał. Jedynie z serc zidiocianych betonów partyjnych powiało smutkiem i przygnębieniem. Zdawali sobie sprawę, że generał wygrał. W tej sytuacji nie mógł przegrać. Wszyscy wiedzieli, że stan wojenny jest dobrze przygotowany, w czym zasługa Sztabu Generalnego WP i MSW, ale nie tylko. A „beton” marzenia o przejęciu władzy musi odłożyć ad Kalendas Graecas.

W czasie rządów Jaruzelskiego (1989 -1989), mimo, że byliśmy bankrutem Europy, zamówiono w Związku Sowieckim 40 sztuk samolotów szturmowo-bojowych SU-2, 12 śmigłowców bojowych ppanc. MI -24, nowy dalekosiężny rakietowy system obrony wybrzeża RUBIEŻ, 4 okręty rakietowe, okręt podwodny OREŁ, 12 myśliwców Mig – 29 (planowano nabyć 24 myśliwce)…

Mając władzę absolutną szef WRON był powściągliwy jak angielski dżentelmen. Był też osobą niezwykle taktowną i grzeczną tak, że gdy go Jerzy Urban przez pomyłkę pocałował rano w rękę, Jaruzelski, aby nie robić przykrości rzecznikowi, do końca dnia udawał kobietę.

W. Jaruzelski sprawiał wrażenie papierowego żołnierzyka z piosenki Bułata Okudżawy i najpracowitszego człowieka z wszystkich wielkich postaci Peerelu. Po objęciu stanowiska premiera i funkcji I sekretarza KC PZPR żył jak mnich w Tybecie. Miał wprawdzie zonę, męczącą nudziarę, zapatrzoną w swoją dawno minioną urodę i nie dziwcie się, że nie wychodził z gabinetu przez osiemnaście godzin na dobę nie chcąc wracać do domu. Wierząc, że człowiek, który nie czyta nie ma przewagi nad tym, który nie umie czytać generał przez dziewięć godzin czytał meldunki i donosy, które jak pies w pysku przynosił mu zausznik szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, a przez drugą połowę doby obmyślał kolejne manewry gospodarcze, doprecyzował napisane przez pułkownika Kuklińskiego, a od listopada 1981 r. przez majora Wiesława Górnickiego artykuły i przemówienia oraz zarządzenia wygenerowane przez szefa gabinetu premiera gen. Michała Janiszewskiego. Ten generał akurat nie należał do najgłupszych na dworze Jaruzelskiego, ale także podsuwał szefowi rzeczy urągające rozumowi.

W. Jaruzelski żadnych nałogów nie miał. Ani kawy, ani alkoholu, ani tytoniu, ani, co nie daj Boże narkotyków, ani nawet seksu nie zażywał. Ta ostania przypadłość odbiła się negatywnie na generale. Gdy skończył dziewięćdziesiąt lat i na dodatek był chory, żona oskarżyła go, że jest niedopieszczona, że mąż więcej uwagi poświęca gosposi i zagroziła rozwodem… Generał słabł z minuty na minutę. Nikł w oczach jak śnieg na wiosnę. Jeszcze chciał, tak jak zawsze, żyć przyszłością, ale od rana budziła go przeszłość. Kapała z radia, telewizji, prasy, rozmów z prokuratorami, sędziami…

A przecież pani dr Barbara Jaruzelska, która z Wojciechem przeżyła 54 lata powinna wiedzieć, że adrenalinę i szczęście zapewniały mężowi nie używki ani nawet seks, a niepokój o losy socjalistycznego państwa i komunistycznej wspólnoty. Generał mógłby powtórzyć za J. Giedrojciem: „Ja się nie nadaję do szczęścia osobistego”.

Spoglądając z perspektywy półwiecza na to, czego W. Jaruzelski dokonał i parafrazując Tuwima napiszę, że generał był na pewno mężem stanu (wojennego – dorzucą złośliwcy). Bezwarunkowo – mężem stanu. Zcałąstuprocentowąpewnością – był mężem stanu, najlepszym, jaki mógł się Polsce i Polakom przytrafić w przełomowym 1989 roku..

KILKA SŁÓW O SLUŻBACH SPECJALNYCH

Tym razem  wstęp do książki Portret z kanalią, która ukaże się (mam taką nadzieję) w I kwartale 2015

Nie piszę, żeby mówić o sobie czy próbować siebie zrozumieć. Nie ma w tym żadnego pragnienia introspekcji. Książka należy nie do tego, kto ją napisał, tylko do tych, którzy ją czytają.

                                                           Patrick Modiano 

Urodziłem się na długo przed historycznym zwycięstwem czarnego nad czerwonym, ale droga mojego życia była w większości prosta i tylko czasem ginęła za zakrętami historii. Lubiłem łagodność zmierzchu i błyskawiczność nocy, a gdy nad głową buzowała zawierucha gwiazd i w mózgu tańczyło żyto zwykle przed oczyma jawili się ludzie, których znałem lub wydawało mi się, że ich znam. Tym razem, starając się przeorać ugór w mojej głowie pragnę przedstawić subiektywny ogląd wyjątkowo oryginalnego typa, Homo tweetusa – człowieka ćwierkającego, który, nagłaśniając przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa (RP RWE) zbrodnie komunizmu, być może, położył dla świata zasługi kasujące jego własne zbrodnicze dokonania, a którego prof. Andrzej Paczkowski określił łagodnie jako „wredną twarz sowieckiej kanalii”. Chodzi o podpułkownika Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) Józefa Światłę. Oficera, który po zamianie NKWD & MBP na CIA zaczął przejawiać smocze cechy – pożerał dawnych mecenasów, egzegetów i kolegów dobrze mu życzących. Chodzi o prominentnego ubeka, zdobywcę damskich serc i zabójcę, zdolnego wznieść się ku gwiazdom na własnym krawacie..

Przez lata przepatrywałem życie Światły. Starałem się go rozszyfrować. Jeszcze teraz patrząc na jego fotografię z gębą otwartą, jakby to był diabeł jakowyś proszę Stwórcę: „Skoro już go stworzyłeś na swoje podobieństwo proszę Cię, Panie Boże, ocal go w mojej pamięci aż go nie opiszę, bo chcę go przedstawić tym rodakom, którzy go dziwnie nie znają”. Bo przecież prawdą jest, że Światło, po raz pierwszy w takim wymiarze, pokazał Polakom lustrzane odbicie B. Bieruta i jego towarzyszy. Zademonstrował na własnym przykładzie, czarno na białym, że tak zwana władza ludowa, w interesie Moskwy pokazuje narodowi nie świetlaną przyszłość, ale sowiecką dupę.

Wybaczcie, ale pragnę to zrobić na szerszym tle. To zaś nieuniknienie prowadzi do konieczności fragmentarycznego przestawienia słodkich sekretów oficerów operacyjnych tajnych służb, którzy są, najogólniej mówiąc, poszukiwaczami swojej prawdy o innych ludziach. Wybaczcie brutalną szczerość niektórych opisów związanych z seksem i zbrodniami. Bronię prawa do grubiańskości. Chyba lepiej jest być grubianinem niż nieszczerym hipokrytą.

***

Służby, czasem zwane Firmą, aby sprawnie werbować agentów muszą łgać i stosować niestereotypowe metody. Z reguły są to metody pozaprawne i bezprawne. Tłumaczenie, że służby specjalne większość materiałów otrzymują z tak zwanego białego wywiadu to pic na wodę i fotomontaż, bo każda licząca się Firma musi być oparta na kłamstwie. Obowiązującą zasadą jest: kłam, fałszuj, zmyślaj, koloryzuj, blaguj, fantazjuj, tak długo, aż ci uwierzą! Funkcjonariuszom prawda była potrzebna tak, jak atomowemu okrętowi podwodnemu wiosła.

Służby werbują agentów i najistotniejsze materiały otrzymują za pomocą przekupstwa, szantażu, zmyślnego blefu (np. pozyskiwanie agentów pod tzw. obcą flagą), a niekiedy torturując ofiarę, co czasami prowadzi do  utrupienia delikwenta. Niezwykle rzadko w grę wchodzi działalność z tzw. motywów patriotycznych lub ideologicznych. Aczkolwiek bywają takie przypadki.  Rzadko, bo rzadko, ale bywają.

Podpułkownik Światło, sceptyk o urodzie prowincjonalnego dentysty  miał w dziedzinie „łowienia” agentów wyjątkowe osiągnięcia. Był niezrównanym szarlatanem, kuglarzem, manipulatorem, mitomanem i fabularyzatorem. W dziedzinie łgarstwa mało kto mógł się z nim równać. Dlatego B. Bierut zlecał mu aresztowanie najważniejszych osób w państwie. I on potrafił  zbajerować samego W. Gomułkę, któremu nadał ksywę „Łysol” i wywiódł tego, modelowego komunistę w malinowy chruśniak, czyli do „obiektu” w Miedzeszynie, w którym UBP urządził tajne więzienie dla osób, na którym partii szczególnie zależało.

Co prawda jedne z najsłynniejszych służb, brytyjskie MI5 (kontrwywiad) i MI6 (wywiad), znane w historiografii jako SIS (Tajne Służby Wywiadu) ukuły skrót MICE (money, ideology, coercion, ego) czyli: pieniądze, ideologia, przymus i ego jako postawy werbunku współpracowników, ale to tak dla gawiedzi, dla zamaskowania prawdy, bo i morderstwa były w tych służbach nierzadkie.

Jeżeli chcecie poznać różnicę między tym, co było niegdyś a tym co jest dziś to powiem, że różnica jest jedynie w terminologii. Kiedyś zlecający akcję likwidacyjną mówił do wykonawców: „Zabijcie skurwysyna!”. Dziś, na przykład prezydent B. Obama albo inny Putin, kiwając smutnie głową, rozkaże z ponurą mądrością: „Zlikwidować cel!”

***

Będąc przekonanym, że prawda o Światle jest bardziej niezwykła od fikcji i, że prawdopodobieństwo, że go kiedykolwiek spotkam jest mniejsze niż prawdopodobieństwo wizyty na Ziemi przybyszów z poza Drogi Mlecznej ruszyłem tropem funkcjonariusza, przez jednych określanego, jako tego, który pierwszy zaczął rozwalać komunizm a przez innych, jako zbrodniarza, a jeszcze przez innych jako zdrajcę. Te określenia są tu przydatne niczym gofrownica na księżycu, bo w tym wypadku wszyscy mają rację. Światło był jednym i drugim, i trzecim, a biorąc pod uwagę, że wątpliwą rzeczą jest zakładanie, iż wie się wszystko o innym człowieku i rozpatrując jedynie ułomki życia Światły można uzasadnić wszystkie opinie.

Mając świadomość, że słodki jest miód, jeżeli akurat nie żądlą pszczoły to na szlaku Światły rychło przekonałem się, że pszczoły niekiedy żądliły umiarkowanie a niekiedy boleśnie. Wspominki o tym szpiegu przypominają opowiadanie o czarnej dziurze kosmicznej zanim stała się dziurą.

Gdy w latach osiemdziesiątych zacząłem pisać o Światle obrazili się na mnie generałowie, a gdy  już, w całkowicie wolnej Polsce, nie bacząc na nauczkę, kontynuowałem swoją grafomańską opowieść o szpiegu do pionu usiłował mnie sprowadzić prof. Andrzej Paczkowski…

Nie wziąłem tego pod uwagę. Zbyt kochałem ongiś ludzi, aby ich wyprowadzać na manowce niewiedzy. Ale miłość do człowieka wypaliła mnie do kości i zgasła. A że prawie równocześnie wymierają świadkowie moich grzechów, wskrzeszając umarłych często gubię po drodze prawdę. Zgrzybiały od tej miłości z mozołem składam spierzchniętą skórę słów i tęsknię, ale i tak nie ogarniam wszystkiego.

Nie, nie, nie. Nie za Krajem Pieroga i Zalewajki, nie za Polską tęsknię. Tęsknię za młodością. Żyjąc w epoce, w której dominowała prawdakłmstwo i kłamstwoprawda podpierana samonienawiścią, tym razem, chcąc wygładzić grzechy świata, na podstawie życia Światły przeżuwam obrazki dotyczące służb specjalnych…

***

Izak Fleischfarb vel Jozef Światło miał wiele ksyw. „Joskiem” nazwali go antysemici. „Jurodiwym” był w nomenklaturze NKWD, „Kogutem” w MBP, „Papierosem” w Miedzeszynie i „Juniorem” w Rozgłośni Polskiej RWE. Światło był ulepiony z innej gliny niż pozostali funkcjonariusze bezpieki i szpiedzy, o których wspominam na tych kartach. Przemykał przez życie jak robak przez gąszcz trawy i aż dziw bierze, że nikt go nie rozdeptał. Miał szczęcie. Zmarł we własnym łóżku.

Na żywo widziałem go tylko raz. W dzieciństwie. Na czele swoich zbirów przyszedł po mojego ojca. Osobiście pofatygował do naszego domu w Górzyńcu w Górach Izerskich. Wówczas zrobił coś, co kazało mi modlić się tymi słowy: „Kochany Panie Boże! Ten typ zabrał mi tatusia. Daj mu Panie Boże najdłuższe życie, abym mógł go dorwać i zabić. A potem daj mu wieczność. W piekle”. Ale Pan Bóg nie wysłuchał mojej prośby. Gdy Go wówczas prosiłem zapomniałem, że była sobota. Szabas. Pan Bóg odpoczywał.

Później był już tylko jego głos w radiu a także zdjęcia, dokumenty i lektury artykułów i książek i jakieś szczątki kronik filmowych oraz różne o nim opowieści. Do dziś pamiętam, że Światło niegdyś – zimny jak śnięta ryba, przed mikrofonami RWE przypominał bolszewickiego smoka plującego gorącą, ognistą śliną na dawnych towarzyszy.

Światło cale życie nawarstwiał i smakował zło. Teraz także posługiwał się partyjną nowomową, ale miał nienaganną dykcję. Nie żydłaczył. Wstawiał „ą” i „ę” nawet tam, gdzie nie było to potrzebne. Jego słowa nie tylko znaczyły, ale brzmiały dla komunistów niczym grzyb atomowy nad Hiroszimą dla Japończyków. Słuchaczom wydawało się, że „Junior” nawet gdyby był ptakiem, zawsze by wiedział, na czyj pomnik najpierw nafajdać. Mówił prawdy oczywiste. Nieznane jedynie tym, którzy ich znać nie chcieli.

***

Sądząc, że nawet martwe przedmioty opowiadają swoje własne losy, a nie chcąc zostawiać wszystkiego w rękach Boga, starałem się pomóc Stwórcy. Prawie w każdym tomie Tajnej historii Polski (THP, wydanej dopiero, co zrozumiałe, po 1990 r.) temat Światły był sygnalizowany. Zaliczywszy go do kategorii resortowych „mądrzygłupków” nie używałem w stosunku do niego wielkich kwantyfikatorów, zelżywości ograniczyłem do minimum. Jedynie w co drugim zdaniu używałem słów na k…, ch… lub s…, bo z tych słów prawda o Światle biła. Zdawało się, że on już w momencie poczęcia, a na pewno w chwili gdy wyciągano go, wrzeszczącego z łona matki wiedział kim będzie i co zrobi bliźnim. A że był cholernie zdolny. Zdolny do wszystkiego, to w krótkim czasie po mistrzowski opanował sztukę szkodzenia ludziom, wzniecania nienawiści i podejrzeń wobec innych.

Nie chcę Was uśpić prawdą. Chcę opowiadać uczciwie. Nie mam bowiem cierpliwości, ani zdrowego rozsądku, żeby kłamać. Więc staram się sprawy wyrazić dobitnie, żebyście je zapamiętali. Co? Nie chcecie niczego pamiętać? Nie chcecie grzebać się w przeszłości? Trudno się dziwić. Pamięć jest strukturą dynamiczną. Zmienia się pod wpływem potrzeb. Z każdą minutą stajemy się kimś innym. Ciągle wybieramy z pamięci takie elementy, które w danej chwili pasują nam do życiorysu. Nie chcecie wiedzieć, co zawdzięczacie Światle?

Ja zawdzięczam mu niewidzenie ojca przez kilka lat i… piękną nylonową koszulę uszytą przez mamę z powłoki balonu, który niósł Polakom przesłanie Światły. Koszula była nie do zdarcia. Po latach założyłem ją nawet na maturę. Przyniosła mi szczęście. Zdałem za pierwszym razem, aczkolwiek mój wychowawca Fryderyk Stradowski ksywa „Fred” nie wierzył, że mi się to uda. „Fred”, dwadzieścia lat później był podporą KW PZPR w Jeleniej Górze, ulubieńcem I sekretarza Stanisława Cioska, który piętnaście lat później odegrał pozytywną rolę w obradach „Okrągłego Stołu”, który doprowadził do półwolnym wolnych wyborów, ale wystarczających do rozpieprzenia komunizmu. O takiej chwili marzył chyba Jan Nowak-Jeziorański rozpoczynając, być może, akcję balonową.

***

Balonów było kilkanaście tysięcy a przesłanie, w formie broszury wydrukowano w trzech milionach egzemplarzy słano do Kraju Pieroga i Zalewajki z Austrii i Republiki Federalnej Niemiec. Aferę balonową zmajstrował Jan Nowak-Jeziorański, facet wyglądający na człowieka, nie bojącego się życia i zawsze gotowego stawić losowi czoła. Nowakowi pomogli   przyjaciele z CIA.  Taki balon stał się kiedyś moim łupem…

Wybaczcie, ale będę jeszcze musiał o tym wspomnieć. Bez tego opowieść o „Juniorze” byłaby pozbawiona ikry, bo w perspektywie zamierzam opisać nie tylko facjatę ale i zewnętrzną powlokę byłego zastępcy A. Fejgina, a także to, co lęgło się pod jego czaszką. Mogłem to zrobić tylko na podstawie rozmów z ludźmi, którzy Światłę znali. Były to osoby, przeważnie oficerowie służb specjalnych. Oni dorosłe życie przeżyli w kłamstwie. Zmuszała ich do tego Firma. Więc kłamali w każdej sytuacji uważając to za cechę nieodzowną w ich służbie. Wiedząc, że prawda jest tym, czego nie chcieli lub nie mogli powiedzieć słuchałem ich słów między wierszami. Musiałem się śpieszyć, bo wymierali. Pan Bóg już dawno brał z ich półki.

***

Maniakalnie zapisywałem każdą wzmiankę, każdą wypowiedź, każdą plotkę na temat  Światły. Kronikując układałem puzzle dotyczące „Koguta”. Światło, który chciał być bogiem „zakroniczył” mnie na amen. Ale nadal nie znajduję odpowiedzi na pytania: jak to było możliwe, że ten, być może najgłośniejszy funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa o nikczemnie niskim stopniu podpułkownika, do dziś fascynuje tak wielu ludzi? W jaki sposób  udała mu się zrobić to, co zrobił? Dlaczego, po zdradzie komunizmu i ucieczce do Ameryki nie wyprawiono go do piekła?

Poświęcono mu tysiące artykułów i kilka książek. W tych rozważaniach niewiele jest prawdy o duszy tajnych służb jak i samego bohatera. Niestety, nie jestem bez winy. Też o nim pisałem i na dodatek szczekałem o Światle w telewizji i radiu. Nie zawsze było to zgodne z tym, co o „Kogucie” pisali luminarze historii najnowszej. Jeden z ostatnio zmajdrowanych przez nich foliałów boleśnie bodnął mnie w plecy, a może i ciut, ciut niżej. Chodzi o książkę A. Paczkowskiego Trzy twarze Światły. Dzieło to dało asumpt Andrzejowi Friszkemu, też profesorowi z tej samej gildii, do zapiania, zabłyskania, zapiorunowania nad dziełem Paczkowskiego i roztoczyło nad książką i autorem pean we wszystkich kolorach tęczy. A że w Kraju Pieroga i Zalewajki nie każdy tęczę kocha, więc…

Przeżywszy dziewięćset miesięcy po raz ostatni usiadłem aby rozprawić się z życiem Światły. Wybaczcie moje zdziecinnienie. To taki rodzaj intelektualnej choroby morskiej. Nie przejmujcie się tym. Przecież każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie wie, że niedługo, za jakiś miliard lub sto miliardów lat grafomanów, profesorów, polityków, nawet Kraj Pieroga i Zalewajki, ba, nawet cały Układ słoneczny szlak trafi…

Zapisałem pięć tysięcy stron. Skóra na rękach wyschła jak pergamin. Mięśnie barków zwiotczały. Ramiona drżały. Zgięta klawiatura komputera przypominała księżyc a nogi słupy telefoniczne. Jednym słowem czułem się świetnie. Malo brakował a eksplodował bym niczym mina pod wozem pancernym naszych zuchów w Afganistanie. Ale i tak  nie miałem złudzeń, że uda mi się rozjaśnić niejasności związane z „Jurodywym”. Moje elukubracje mogą co najwyżej skłonić czytelnika do postawienia pytania: czy Światło był wysoki czy szczęśliwy?

W końcu zaniosłem maszynopis Andrzejowi Zasiecznemu. (Oby żył Wieczne!). „Skróć manuskrypt do dwustu stron” – powiedział szef Agencji Wydawniczej CB.

W. JARUZELSKI I JEGO CÓRKA MONIKA; „TRÓJKA”; UPIEPRZANIE MESSNERA

Mierząc się z problemami państwa gen. Jaruzelski, który nic nigdy nie robił na niby, widział beznadziejność swoich wysiłków. Fatalna polityka kadrowa, którą można podsumować w trzech słowach: „bywa i tak”, umacniała marazm i beznadzieję. Niektórzy z betonów określali to, jako szajspolitykę. Gdybym nie wiedział, że generał na dźwięk wymienienia nazwisk więcej niż jednego filozofa dostaje kokluszu powiedziałbym, że kieruje się myślami Lao-Tsy: umieć nie umieć, Sokratejskim: wiem, że nic nie wiem, Erazma z Rotterdamu: Pochwałom głupoty czy Mikołaja z Kuzy: Docta ignorantia. Najgorsze okazało się oddanie premierostwa Messnerowi, który pasował na to stanowisko jak siodło do krowy i malowniczo dorzynał gospodarkę. Aby zmienić Messnera, sięgnięto po materiały służb specjalnych. Słynna „trójka” w składzie: Ciosek, Pożoga i Urban, których zasady etyczne były równie niezłomne jak zjełczałe sadło wygenerowała trzy raporty dla generała. Autorom raportów udało się jednak spuścić nieco powietrza z policzków partyjnych betonów, nadętych do granic możliwości. Były to eleganckie analizy, w których słowo „socjalizm” pojawiało się nie więcej niż tuzin razy na każdej stronie, ale było w tych deskrypcjach o wiele, wiele więcej informacji o niedostatkach państwa niż wiedziało o tym społeczeństwo. W tym czasie Ciosek, chyba w celu zaczerpnięcia prawdziwych wiadomości ze świata, wielokrotnie pomykał do gabinetu szefa Wywiadu i Kontrwywiadu. Ostrze personalne trójki wymierzono w Messnera, którego uznano za chodzące nieszczęście.

Przez jakiś czas, wypracowania „trójki” były najważniejszym sposobem hipotetyzowania na temat natury pospolitości polskiej zaś metodologia pracy zespołu była nieskomplikowana. Zbierano się w Magdalence. Gospodarzem był Pożoga. On dawał materiały faktograficzne pochodzące ze źródeł tajnych, w tym z ambasad państw zachodnich. Generał, powtarzając za Goethem, że wszechwiedzy nie ma, ale dużo wie, inspirował pozostałych. Może wówczas Jaruzelski & Kiszczak uznali, że szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu myśli zbyt wiele, a tacy ludzie są niebezpieczni i postanowili to zmienić. Pożoga otrzymał od ministra propozycję objęcia stanowiska szefa Służby Bezpieczeństwa. Generał odmówił i chociaż nie czuł się komfortowo nie fiksował. Zrozumiał, że to był początek jego końca. Upadek z wysokiego konia dużo bardziej boli niż z małego. Kiszczak go zbodiczkował (w hokeju rzucenie rywala na bandę – H.P.) i Pożoga był wówczas mroczny i skupiony na sobie. Miał już siódmy krzyżyk na karku, ale nic w nim jeszcze nie wystygło ani nie umarło. Walczył. Jednak z szefem Firmy nie miał szans. Minister dbał o to, by żaden dokument stawiający Pożogę w korzystnym świetle nie trafił do Biura „C” (dziś IPN) i cierpliwie czekał okazji, aby wysłać go na ambasadora do Bułgarii. Nie było to zesłanie przypadkowe. W przededniu rozpadu świata dwubiegunowego kraj ten stał się terenem, na którym rozgrywano niewyobrażalne geszefty związane z transformacją. Ważną rolę w tym procesie odgrywały służby specjalne demoludów. W Sofii rej wodzili tzw. niebułgarscy Bułgarzy, czyli pracujący na Bałkanach oficerowie KGB & GRU udający Bułgarów. Elita PZPR, czyli partii – nieboszczki, m.in. M. Rakowski, L. Miller, W. Huszcza, J. Oleksy przy wsparciu W. Jaruzelskiego czyniła intensywne starania o pozyskiwanie funduszy na przyszłą partię. 12 stycznia 1990 r. na lotnisku Okęcie w Warszawie wylądowali funkcjonariusze KC KPZR Szewczenko oraz Swietłow, eskortowani przez dwóch oficerów KGB. W trzech walizach taszczyli 1.2 mln USD oraz 500 mln zł polskich. Gen. Pożoga orientował się w tych układach znacznie lepiej niż jakikolwiek inny polski funkcjonariusz lub polityk. 

Relacje Pożogi notował i raporty ubierał w słowa  J. Urban, najinteligentniejszy łeb z tego towarzystwa pamiętając, że propozycje „trójki” muszą być homogeniczne z pierestrojką Gorbaczowa. Ciosek nie wnosił niczego. Będąc umiarkowanym aparatczykiem odgrywał rolę przyzwoitki. Ogłady medialnej nabrał dopiero po zejściu z urzędów. Media mianowały go ekspertem od Rosji. Pożoga twierdził, że Ciosek panicznie bał się Jaruzelskiego. Patrzył na generała jak żaba na węża, która w każdej chwili może być połknięta.

Opracowany raport Urban dawał Pożodze, ten Kiszczakowi, a on Jaruzelskiemu, który myślał… A że generał miał takie pojęcie o ekonomii jak perszeron o skokach przez przeszkody, to konsultował się z Rakowskim. Przyszły premier proponował raczej metody ekskluzywne (dobre dla nomenklatury) niż inkluzyjne (przydatne dla ogółu). Tak powstawały projekty reform, w których nawet nazwy były zmilitaryzowane, jak na przykład słynne manewry gospodarcze. Było z tym tak: jednego dnia generał podejmował istotne decyzje gospodarcze, które następnego dnia, pod wpływem gdakań drapieżnych „betonów” partyjnych, samozamrażał. Reformy Jaruzelskiego to tylko jeden z wielu sensów generalskich nonsensów. Ale równocześnie W. Jaruzelski w latach osiemdziesiątych posiadł coś na wagę złota, co generała i jego komilitonów, a także szeroko pojętą nomenklaturę uratowało przed wpadnięciem w nicość, w gospodarczy niebyt, towarzyskie nieistnienie, można by to nazwać „wyczuciem rzeczywistości w świecie dwubiegunowym”. Jaruzelski wiedział, że musi wyprzedzić swój czas.

 Interesującą propozycją tria było namawianie generała, aby dokonał swoistego zamachu stanu. Władza (czyt. Jaruzelski) miała dokonać przewrotu w obrębie formacji. Miała zamachnąć się na siebie… Na ratowanie systemu było za późno. W końcu Jaruzelski, wykopawszy Messnera ofiarował premierostwo Rakowskiemu, aby mógł przygotować kraj do reform mających uwłaszczyć nomenklaturę. I on, obstawiony agentami Kiszczaka, pojechał do Gdańska. I spotkał się z Wałęsą oraz działaczami jeszcze zdelegalizowanego związku. I w pełnej buty, wściekłości i wrzasków oracji pouczył zebranych, czego władza oczekuje od narodu. A oczekiwała pokory i czołobitnego wykonywania poleceń. I było widać, że po takim wystąpieniu przyzwoitym ludziom zbierało się na wymioty.

Mając za plecami M. Rakowskiego, W. Jaruzelski przystąpił, za zgodą M. Gorbaczowa, do wyprowadzania kraju z socraju. Generał, gdy mi o tym opowiadał, był już mniej krwisty niż w czasie szefowania WRON-ie. Był bledszy i chudszy. Sprawiał wrażenie zasuszonego arystokraty, który zniedołężniał, ale wciąż prosto się trzyma. Kilka razy wracał do przemówienia, w którym uzasadniał wprowadzenie stanu wojennego, a którą J. Urban skomentował, jako zimną mowę – wygłaszaną z intonacją generalską sucho, twardo, bez mimiki i gestykulacji, jakby przez kukłę.

Tak, mam ambiwalentny stosunek do generała. Dawałem temu nieraz wyraz. Jednak to, co pod koniec jego życia niektóre media robiły z Jaruzelskim wzbudza grozę. Brutalne zajmowanie się prywatnymi najintymniejszymi szczegółami stojącego na grobem, schorowanego i niemogącego się bronić starca musiało budzić niesmak. Co kogo obchodzi, że ludzie w wieku ponad 80–ciu i 90-ciu lat, po długim małżeństwie mają zamiar, albo i nie, się rozejść? Jednak to, co wyprawiała, mieniąca się katolicką, tłuszcza w czasie pochówku W. Jaruzelskiego przed Archikatedrą WP i na cmentarzu przyprawiało o mdłości, było świadectwem ludzkiej nienawiści i podłości. Przeciwko komu były te protesty? Nieboszczyk już ich nie słyszy. Więc przeciwko córce? Wnukowi? Gdy generał sprawował autorytarną władzę tych osób nie było widać. „Spóźnieni bohaterowie” – skomentował L. Wałesa. Ale nie tylko o generała tu chodzi. Coraz częściej obserwujemy zdziczenie obyczajów. Zakłócanie uroczystości na cmentarzach, bezczeszczenie grobów, pomników. Nie darowano nawet pomnikowi płk. Kuklińskiego, kilka razy sprofanowano jego grób. Wstydzę się za tych ludzi.

 Wiem, że niełatwo było zrozumieć Jaruzelskiego. Znałem go pół wieku, a od lat dziewięćdziesiątych często z nim rozmawiałem i także go nie poznałem. Myślę, że kluczowym dla jego postępowania był moment styku ze służbami specjalnymi. Czy było to NKWD czy może już Informacja WP, a potem KGB, GRU, WSW, bezpieka…? Mówi się o nadaniu mu ksywy „Woski”… W czasie zsyłki, pracy w tajdze i później, w czasie służby wojskowej, każdy musiał mieć, świadomie bądź kapturowo z tymi służbami do czynienia…

Jeszcze niedawno starałem się poznać motywy, którymi kierował się generał. Starałem się pamiętać, że obok czynów wrednych, mrocznych i złych, pełnych bólu, z których żadna nie skończyła się szczęśliwie (znaczący udział w czystce antysemickiej, wydanie rozkazu do udziału LWP w tłumieniu Praskiej Wiosny i do strzelania do ludzi na Wybrzeżu, mało eleganckiego zachowanie w latach siedemdziesiątych, zmajdrowanie WRON i zarządzenia stanu wojennego, zaniechania przy wyjaśnianiu śmierci G. Przemyka, ks. Popiełuszki, innych osób) Jaruzelski miał niepodważalne zasługi. On pierwszy zdenominował w Polsce socjalizm. Ośmielił tym inne kraje Imperium Zewnętrznego. Już za to samo powinien zostać świętym.

Generał analizował i komentował, interpretował i reinterpretował, eksplikował i perswadował. Było to ulubionym hobby generała, przypominało teodyceę marksistowską. Odniosłem wrażenie, że Jaruzelski samym gadaniem mógłby otworzyć sejfy z tajnymi dokumentami i tak je spreparować, aby sobie zapewnić godne miejsce w historii. I myślałem: generale! Gadaj zdrów! Może się wyłgasz z tego, co zrobiłeś. Liznąłem już na tyle historii Polski, aby wiedzieć, że w naszych dziejach tragedia goni tragedię. Po powstaniu „Solidarności” nie mogło być inaczej. Myślałem: jak dziesięciomilionowa „Solidarność” przegra, cała rewolucja na nic. Jeżeli wygra? Prawdopodobnie też na nic. Sytuacja była patowa. Tragiczna. A tragizm, to konieczność przedwczesnego zniszczenia wielkiej wartości. To triumf nadmiernej potęgi zła.

Było jasne, że po objęciu rządów absolutnych generał nie mógł powiedzieć, aby „Solidarność” się uspokoiła, bo Moskwa zakręci kurki z ropą i gazem oraz innymi dostawami. To byłoby gorsze niż wojna. Więc Jaruzelski jednoosobowo zmienił przepisy, bo nawet do bezprawia chciał sobie zapewnić prawo. 13 grudnia 1981 r. wygłosił przemówienie klarowne i zrozumiałe, adresowane do głupich i do mądrych. Tłumaczył, że WRON weźmie sprawy w swoje ręce i obroni ojczyznę. Na dźwięk tych słów wielu ludzi zastrzygło uszami życząc generałowi by sczezł, ale w uszach niektórych górników z kopalni „Wujek” przemówienie generała brzmiało przenikliwie niczym świst pocisku karabinowego. I nawet najzagorzalsi zwolennicy tworzenia socjalizmu z ludzką twarzą zrozumieli, że stan wojenny naprawdę zrzucił kurtynę afer peerelowskich, ukazując całą nędzę systemu i przekonał społeczeństwo, że nic od tzw. przeciętnych obywateli nie zależy i ludziom, nawet tym, którzy do tej pory nie mieli żadnych szczególnych próśb do Boga, pozostaje tylko się modlić i prosić Stwórcę, aby zesłał zarazę na komunistów albo zmienił geopolitykę. Rano 13 grudnia, usłyszawszy z telewizora krakanie WRON pojechałem do redakcji. Nie było nic do roboty. Ostatni numer „Granicy” nie wyszedł. Po pewnym czasie dowódca WOP gen. F. Stramik pozwolił nam na kilka godzin odwiedzić rodziny. Był 1 stycznia 1982 i cały świat, za wyjątkiem Polaków, leczył kaca…

Bóg się w końcu zlitował. Sprawił, że tron Piotrowy objął Karol Wojtyła ksywa „Lolek” przybierając imię Jana Pawła II. Papież, ujmujący ludzi humorem i inteligencją, erudycją i starannie zamaskowaną hipokryzją był największym hiperkonserwatywnym moralistą końca XX wieku. Jego nauki w zakresie poszanowania życia, planowania rodziny czy homoseksualizmu są przez miliony ludzi uznawane za anachroniczne, nieprzystające do ducha XXI wieku. Mimo to wiele osób uznało, że JP II to żywy dowód na istnienie Pana Boga. Niestety, dziś, po kanonizacji Karola Wojtyły, w Polakach niewiele została z ducha Jana Pawła II. Papież jest „skremówkowany”, „zapomnikowany”, „zplacowany”, „zuliczniony” a la polska remiza. Święty Jan Paweł II ma tysiące pomników. Na wielu z nich mój papież wgląda na bardzo skrzywdzoną osobę. Monumentów ciągle przybywa, a co jeden to szkaradniejszy. Setki placów, tysiące ulic, niezliczonym szkołom i różnych innym placówkom nadano jego imię, ba, nawet nazwę ciastka z mim się kojarzy. W Kraju Pieroga i Zalewajki Polacy uwielbiali papieża słyszeć a nie słuchać. Zapomniano, że to po prostu inteligentny gość i najpierw był dobrym człowiekiem a dopiero później przywódcą wielkiej religii, a po śmierci ogłoszono go świętym. Miał dużą wiedzę, co czyniło go skromnych człowiekiem z przedmurza Beskidów. Można się wprawdzie spierać, dlaczego w sprawach swoistych, wąsko pojmowanych wartości był nieprzejednanym fundamentalistą, ale zapominanie o jego naukach, będących filarem jego pontyfikatu jest wyjątkową nieuprzejmością w stosunku do naszego najwybitniejszego rodaka.… 

Kilka lat po osadzeniu Karola kardynała Wojtyły na stolcu Piotrowym władzę w imperium zaoceanicznym przejął Ronald Reagan, mąż twardy jak kowboj, szybki w podejmowaniu decyzji niczym rewolwerowiec i blefujący jak zawodowy pokerzysta. Na Kremlu zasiadł Michaił Gorbaczow, poglądami o lata świetlne odbiegający od swoich poprzedników. Jan Paweł II nawoływał do zmian oblicza Ziemi. Na pomoc przyzywał świętego Ducha. Reagan dążył do zniszczenia Imperium Zła blefując „Wojnami Gwiezdnymi”. Gorbaczow, zlecając Jaruzelskiemu przepoczwarczenie Peerelu w laboratorium dla pierestrojki próbował jedynie oświecić komunistyczny feudalizm. Ludzie byli przekonani, że nigdy w dziejach nie zdarzyło się, aby tak staroświeccy mężczyźni w tak pięknych opakowaniach, reprezentujący tak różne poglądy i cele, podążali ręka w rękę do jednego marzenia – zakończenia zimnej wojny.  

Ta trójka, zmieniając geopolitykę, obaliła świat dwubiegunowy, a ja tępiałem coraz bardziej widząc jak nasi opozycjoniści z L. Wałęsą na czele, w myśl porzekadła, że gdy „konia kują, to żaba nogę podstawia, przekonują naród, iż transformacja ustrojowa jest ich zasługą… Można powiedzieć, że jest to taka sama prawda jak teza, że Światło obalił w Polsce stalinizm, a Putin jest demokratą.

Trzecie tysiąclecie skradało się jak złodziej i wiele osób bało się, że nastąpi koniec świata a ja, ani trochę nie wierząc w wieszczenia nadal starałem się notować słowa gen. Jaruzelskiego. To, czego nie zanotowałem umieszczałem w głowie. Jednak mój mózg, po operacji nie był już tak gęsty jak niegdyś. Po godzinie wszystko wyparowywało. Widząc to, generał podarował mi „Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa” z bukoliczną dedykacją: „Panu płk Henrykowi Piecuchowi z żołnierskim pozdrowieniem”. Zapamiętałem ostatnią rozmowę. Zmęczone oczy generała zdawały się mówić: „Nie szukam ukojenia. Nie szukam zapomnienia. Niczego nie szukam. Jakoś to będzie. Jakoś się potoczy… Beze mnie”.

Wedle mojej oceny W. Jaruzelskiemu udały się w życiu trzy rzeczy: szlak bojowy (chapeau bas przed jego frontowymi dokonaniami), doprowadzenie do „Okrągłego Stołu” i spolegliwe oddanie władzy oraz córka Monika. Generał, który, wedle jednych opinii był bawidamkiem a wedle drugich – purystą seksualnym, długo brzydził się obrączką i dziećmi, ale w końcu się przełamał. W Centralnym Zespole Artystycznym WP upatrzył sobie niespecjalnie uroczą Barbarę. Była tancerką. Szalenie ambitną. Wziął z nią ślub. Przedtem umówili się, że w ich małżeństwie ona będzie decydować o sprawach mniej ważnych, a on o rzeczach ważnych. I przez 50 lat generał nie miał okazji, aby w domu zabrać głos. Tak się jakoś dziwnie układało, że w ich rodzinie nic się ważnego nie wydarzało. Więc Jaruzelski przez pierwsze 25 lat małżeństwa ulepszał socraj a przez kolejne ćwierć wieku szukał argumentów na obronę swoich dokonań, których nigdzie nie mógł znaleźć. Po zejściu z prezydentury wypracował sobie filozofię, aby od życia nie mieć żadnych konkretnych oczekiwań. Jednak jedno trzeba przyznać, Barbara i Wojciech Jaruzelscy byli wzorowym małżeństwem. Od czasu ślubu nikt nie słyszał, aby generał pozwalał sobie na skoki w bok. Zniesmaczył tym M. Rakowskiego ubolewającego, że gdyby Jaruzelski miał kochankę, to kraj odniósłby z tego wiele korzyści…

 Niedługo po ożenku przyszła na świat córka – Monika, co szalenie zdziwiło płk Gotówkę uważającego, że wątpliwe jest, aby generał sypiał w jednym łóżku z żoną, bo jego pryncypał nie znosił spoufalania się z drugim człowiekiem. Ale prawdą jest, że każdy chciałby mieć taką córkę.

Mijały lata, aż stało się. W 2013 r. Monika pozazdrościwszy ojcu wydanych książek ogłosiła książkę zatytułowaną Towarzyszka Panienka. Dzieło tradycyjne w treści i minimalistyczne w formie. To książka ze średniej półki tego typu literatury wspomnieniowej, w której dzieci prominentów starają się wybielić czyny rodziców. Jeżeli jednak czytanie dzieł generała przypomina spożywanie piwa dwa razy pitego i trudno od jego książek nie być mądrzejszym, to studiowanie Moniki jest piciem czystej wody z górskiego źródła nieskalanego ideologią.

Autorka, kobieta półwieczna, z żywiołowym poczuciem humoru, nie unika trudnych momentów ze swego życia. A pytania-stwierdzenia, postawione na przedostatniej stronie, że …każdemu potrzebna jest chwila refleksji, czemu służy w naszej kulturze funkcja „wroga publicznego”. Dlaczego tak łatwo ferujemy wyroki, często nie znając faktów, często nie znając wszystkich faktów, że o niuansach już nie wspomnę.  

To stwierdzenie biorę także do siebie. Tyle tylko, że Monika nie podaje żadnych nowych faktów, które usprawiedliwiałyby dramatyczne decyzje jej ojca. Nie zgadzam się z wieloma sądami autorki Towarzyszki Panienki (rażą mnie m.in. oceny dotyczące niektórych generałów i znajomych państwa Jaruzelskich). Nie roniąc łez nad uciążliwym dzieciństwem pani Moniki to jednak uważam, że gdyby na przykład gen. E. Molczyk lub inny polityk zajął stanowisko W. Jaruzelskiego (mogło tak być, gdyby w 1981 r. zwyciężyli twardogłowi) to w pierwszej kolejności postawiliby generała przed plutonem egzekucyjnym…        

Niestety, Monika poszła za ciosem i błyskawicznie zmajstrowała kolejne dzieło zatytułowane Rodzina i już się przymierza do następnej. Jeszcze chwila a wyrośnie mam Katarzyna Grochola – bis. Te książki są lepsze niż się można było spodziewać, ale nie tak dobre jakby mogły być, gdyby autorka pozbyła się troski o dobro rodziny. W Rodzinie Monika zapisuje rozmowy z ojcem i, pozorując wiwisekcje, skutecznie unika kontrowersyjnych wydarzeń z życia rodziny państwa Jaruzelskich. Szkoda. Trudno uwierzyć, by generał o swoich dramatach nie wspominał własnej córce, skoro dzielił się nimi z czytelnikami swoich wspomnień. Ot chociażby takim passusem: Nieraz kładłem dłoń na chłodnej rękojeści pistoletu.  Ale to wspomnienia osobiste… Na szczęście generał nie zrobił użytku z pistoletu… No, bo przecież pani Monika również usiłowała popełnić samobójstwo… Połknęła wszystkie pigułki, jakie miała. Tyle, że nie umarła. Obudziła się i zrozumiała, że musi żyć dalej. I słowa ojca, a może matki: „Moniczko, jeżeli nie przestaniesz tego robić, któregoś dnia zrobisz sobie krzywdę.”

Nie ma w Rodzinie niczego, o czym opinia publiczna nie wiedziałaby z wynurzeń samego generała, z doniesień propagandowo – hagiograficznych oraz paszkwilanckich, którymi nadal faszerują nas media. W opowieści córki jej ojciec jawi się, jako człowiek pełen dobrych chęci, które są falsyfikowane przez jego wrogów, czasami przez otaczającą rzeczywistość, a raczej pospolitość, w którą generał nie bardzo sobie radził. Dzieło Moniki znakomicie wpisuje się w nurt lekko hagiograficzny. Wolne jest jednak od tłumaczeń i usprawiedliwień czynów i uczynków, dlaczego generał postępował tak a nie inaczej. Nie ma w nim szwarccharakterów, za to aniołów zatrzęsienie. Zdumiewa porażająca empatia do przedstawionych osób, w tym ewidentnych drani, o których autorka musiała słyszeć. To styl książki telefonicznej. Nie można nic opuścić, bo później nie będzie się można dodzwonić. Rodzi się pytanie, czy taki zabieg nie ma na celu zamulenie szczegółów z życia generała?

Dla mnie Rodzina jest odkrywcza jednego powodu. Autorka twierdzi, że jedną z lektur ojca były Przygody dobrego wojaka Szwejka Jaroslava Haska i cytuje ulubione fragmenty generała. Jeden z nich brzmi: Bardzo mi przykro, ale w wojsku byłem poddany superarbitracji z powodu idiotyzmu i urzędowo zostałem przez nadzwyczajną komisję lekarską uznany za idiotę. Ja jestem idiota z urzędu. Trudno orzec czy akurat ten fragment był profetycznym nawiązaniem generała do faktu, że dal się ustawić służbom specjalnym, a w dalszej kolejności zajął się polityką. Analizując ostatnie dni życia W. Jaruzelskiego (zmarł 25 maja 2014 r.) wolno powiedzieć, że być może odkrywał siebie sobie samemu, tylko nie zdążył nam o tym opowiedzieć. Więc ograniczył się jedynie do Boga.

Rozpatrując własną biografię muszę przyznać, że w tym było coś na rzeczy… Boć i ja zachwycam się Szwejkiem, bohaterem niebohaterskim, patetycznie odpatetycznionym, ale żeby i generał… Przez pół wieku znajomości z generałem ani razu nie słyszałem z jego ust żartu. Zawsze uważałem, że W. Jaruzelski humoru bał się jak diabeł święconej wody, dopuszczałem jedynie myśl, że generał miał przeczucie, że na świecie istnieje humor, ale go nie uprawiał….

Wspominam dzieła M. Jaruzelskiej jeszcze z innego powodu. Oto pod koniec lat 80. pisząc Byłem gorylem Jaruzelskiego, książkę opartą o rozmowy z płk. A. Gotówką i innymi osobami, m.in. z generałami M. Janiszewskim i F. Siwickim i po rozmowach z generałem wyrzuciłem z autoryzowanego tekstu (ale w porozumieniu z A.G.) około 100 stron typowego „magla” made in służby specjalne. Autorem tekstu był A. Gotówko. Fragment dotyczył rodziny Jaruzelskich. Sporo stron pułkownik poświęcił Monice. Wielu adwersarzy krytykowało mnie za cenzurowanie autoryzowanego tekstu. Jednak po przeczytaniu książek M. Jaruzelskiej utwierdziłem się w przekonaniu, że postąpiłem słusznie. Starość dopadła mnie już w momencie podpisania kontraktu na dożywocie z armią, więc teraz, przepatrując własne życie transponuję słowa Marii Antoniny i wmawiam sobie, że jestem spokojny, jak każdy, którego sumienie gryzie nie bez powodu.

GEN. JARUZELSKI, czyli cd. LOTU NAD SZPIEGOWSKIM GNIAZDEM

Mam wrodzony wstręt do grzebania w dokumentach rodzinnych i biograficznych. Na myśl, że miałbym śledzić księgi parafialne, zapiski lokalnych urzędników, wertować życiorysy podobne jak dwie krople wody do innych zapisków, czytać prywatne listy dostaję odruchu wymiotnego. Jednak w odróżnieniu od biografów, oglądających życiorysy przez mędrca szkiełko i oko, w każdym człowieku, nawet najbardziej kontrowersyjnym, paskudnym, budzącym agresje i złość bezgraniczną, staram się znaleźć coś dobrego, szlachetnego, poczciwego, subtelnego, staram się wykrzesać z siebie minimum empatii. Nie bierzcie mi tego za złe, że rozmawiałem z ewidentnymi bandytami i zbrodniarzami, a o każdym z generałów starałem się napisać, co najmniej jedno dobre słowo.

Zbyt dobrze pamiętam niepamiętne czasy, by nie wiedzieć, że niedoszły malarz – ludojad Adolf Hitler, kochał psy i malował landszaftowate akwarelki. Niewydarzony poeta, także nie- wegetarianin, Józef Stalin, układając grafomańskie strofy, patrząc na pląsających członków Politbiura czytał sprawozdania obrazujące śmiertelność w Gułagu. Sowiecki agent, pierwszy prezydent PRL-u Bolesław Bierut, nie mając żadnych artystycznych zdolności zachwycał się sarenką i uśmiechem znosił połajanki generassimusa zwracającego się do swojego namiestnika w Warszawie takimi słowy: Co ty, kurwa twoja mać, wyrabiasz w Polsce? Jaki z ciebie komunista, sukinsynu…

Wojciech Jaruzelski, który majdrując tzw. dyrektoriat, ciało, którego ezoteryczna delikatność należała do królestwa nie z tej ziemi, zasłużył na miano arcymistrza tępych decyzji personalnych, ogłaszając stan wojenny miał poczucie bezsiły wobec siły, ale zamiary – jak zwykle – szlachetne. A ja nie wiem, czy generał, który oczarowany był zwykłą wiewiórką w Parku Łazienkowskim, jako znawca piśmiennictwa rosyjskiego znał i wziął sobie do serca maksymę Wissariona Bieleńskiego: Zaczynam kochać ludzkość na wzór Marata: aby uszczęśliwić najmniejszą jej część, byłbym chyba gotów zgładzić resztę ogniem i mieczem. W stanie wojennym wrogowie generała szeptali, że Jaruzelski gotów jest wytrzebić połowę zbuntowanego ludu, aby móc rządzić drugą połową i wieszczyli, że doczeka on czasów, że masy postawią go przed sądem dla ludożerców.

Jest faktem, że od momentu awansowania Jaruzelskiego na pierwszy stopień generalski (1956 r.) wskoczył na deskę surfingową i fala go niosła umiarkowanie aż do chwili zostania premierem. Od 11 lutego 1981 r, znaczenie generała rosło coraz szybciej, tak jak ceny w sklepach przy szalejącej inflacji. Sam Jaruzelski, który cale życie borykał się ze słowani, ale nigdy nie znalazł tego właściwego, pozwalającego mu porozumieć się ze społeczeństwem bez wyciągania na naród czołgów przekonał się rychło, że może każdego pojedynczo zgnoić, każdego wykończyć, ale bitwy z narodem nie wygra. Mimo to wierzył, że trzeba wierzyć w komunizm. Choć jego wiara słabła z dnia na dzień, co widział, bo był generałem inteligentnym, z różnych względów zmuszony był wiarę w komunizm kochać. Były doradca ekonomiczny E. Gierka a za czasów Jaruzelskiego ambasador w Japonii, po ogłoszeniu stanu wojennego poprosił o azyl polityczny w USA, za co generał zafundował mu zaocznie karę śmierci tak scharakteryzował szefa WRON: Wojtek ma nastawioną antenę na Moskwę i tylko jej słucha.

Nie, nie polemizuję z generałem, nie czynię mu wyrzutów. Dla mnie był on zawsze rumakiem politycznym i pragmatycznym koniunkturalistą. Drażniło mnie jego chomąto, które mu bolszewizm doczepił. Jaruzelski nie potarli go zrzucić. Aż przyszedł ostatni rok lat 80. i generał zorientował się, że Imperium kona, a on przez 45 lat był ślepy i głuchy, nie zauważył, że w partii oraz rządzie otacza go bezmiar umysłów ciemnych i nikczemnych. Za nic nie chciał się zbuntować i, jeśli zbuntował się to, dlatego, że musiał. 4 czerwca 1989 r. dotarło do niego, że przegrał życie. Próbując ratować resztki godności oddał realną władzę za cenę prezydentury…

                                               ***

W tym miejscu uwaga metodologiczna: nie dzieląc ludzi na prawicowców i lewicowców, wierzących i niewierzących, zdrajców i bohaterów, a tylko na takich, którzy zrobili coś dobrego dla Kraju Pieroga i Zalewajki i Polaków i którzy tego zaniechali uważam, że polityków, generałów i ich giermków, którzy pod koniec kariery toną we własnej żółci, nie warto słuchać. Zwłaszcza, gdy mówią oficjalnie, gdy są śmiertelnie poważni, gdy zwracają się do narodu i gdy pieprzą o patriotyzmie. Bo, gmatwając prawdziwe dokonania zazwyczaj kłamią. Warto natomiast uważać na to, co mówią w zapamiętaniu i na marginesach. Warto próbować zrozumieć wtręty, pozornie nie na temat, wsłuchać się w dygresje, wykryć zamaskowaną głupotę i zawiść wyrażaną w tym, co Melchior Wańkowicz nazywał kundlizmem. Wówczas można wyłowić niekiedy słowo, którego by nigdy nie użyli, gdyby nie poniosły ich emocje. Na przykład, z dziesięciotomowej edycji wystąpień Jaruzelskiego, w której słowo socjalizm odmieniane jest przez wszystkie przypadki, a sam generał, uważany przez niektórych za słowopiewcę i logofaga (słowotwórcę), można wybrać dwa, trzy zdania zasługujące na uwagę.

Wygłaszając spicze, w których immoralizm społeczny był bez zarzutu, generał zwracał się do narodu jak do osłów i przemawiał jak osioł. A mnie, jak na naiwniaka przystało w przemówieniach generała najbardziej frapowały znaki przestankowe. Kropki jak strzały z pistoletu. Przecinki niczym serie z kałasznikowa. Myślniki jak salwy z Katiuszy. Wykrzykniki niczym zakończenie rozkazu bojowego. Bardziej niż treści pisane partyjną nowomową interesujące były opowieści ile długopisów zdarł autor pisząc po dwadzieścia i więcej wersji każdego wystąpienia.

Jednak po zejściu ze stanowisk generał zmienił front o sto osiemdziesiąt stopni. Potrafił być swobodny i koncyliacyjny. Chciał być naturalny, dobry, łaskawy i spolegliwy. Tak długo się sobie dziwił, aż całkiem zdziwaczał. Niektórzy „kupowali” przepoczwarczenie się szefa WRON. Jeszcze dziś, połowie społeczeństwa Kraju Pieroga i Zalewajki wydaje się, że generał był w stanie, wbrew logice, uzasadnić każdą soją decyzję. Duża w tym zasługa rozcmokanych akolitów i mediów.

W czasie rozmów z Jaruzelskim i innymi politykami nierzadko miałem wrażenie, że interlokutorzy faszerują mnie prawdziwymi zmyśleniami, bo polityka to jedno wielkie kanciarstwo. Generał na przykład tłumaczył, że w 1970 roku nakazał strzelać do strajkujących, ale polecił strzelać w powietrze. Musiałem przyznać mu rację. Sekcje zwłok wykazały, że powietrze, faktycznie było, ale w płucach zabitych…

W wyniku rozkazu wydanego przez ministra Jaruzelskiego zabito na Wybrzeżu 41 osób a raniono 1164 ludzi. Generał bolał nad tym, jednak był już człowiekiem sukcesu, a takie osoby nie myślą o drobiazgach. Liczyło się, że po masakrze Jaruzelski dostąpił zaszczytu bycia członkiem Biura Politycznego PZPR! Więc zastanawiałem się, czy w stosunku do Jaruzelskiego wolno użyć słowa „perfidia”. I doszedłem do wniosku, że generał nie jest perfidny. Jest tylko pokrętny. Szatańsko pokrętny. Jednocześnie diabelsko naiwny. Niewinny i niemal anielski. Być może Jaruzelski czytał Machiavellego i wziął sobie do serca, że fundamentem sprawiedliwości jest niesprawiedliwość, fundamentem moralności jest niemoralność, fundamentem prawomocności jest nieprawomocność, czyli przewrót (vide rok 1970 i 1980-1981), a fundamentem wolności jest tyrania. Stąd też u generała na początku był terror (strzelanie do ludności Wybrzeża w 1970 r. i stan wojenny w 1981 r.) i dopiero później harmonia i miłość („Okrągły Stół”). Jako dzieło zniszczenia, które wywołało serię dalszych zniszczeń i wielkiego zła zarówno terror i stan wojenny jak i „Okrągły Stół” były pociągnięciami genialnymi. Były arcydziełami szatańskiej myśli. Bo generał był niczym Mefistofeles Johanna W. Goethego, który będąc częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro. Jaruzelski posiadł podwójne nosiłki – doświadczenie bitych i bijących. Umiał być chytry, złośliwy, okrutny, a nawet barbarzyński i szalony. Doznał też cierpienia i bólu.

!9 lipca 1989 r. było gorąco i nie wiadomo, czy parlamentarzyści błądząc w upalne, czy w myślach wybrali go jednym głosem na prezydenta PRL. I naród myślał, że teraz władza będzie dobra a ludzie wspaniali. Generał odebrał wybór jednym glosem, jako afront. Po ściągnięciu z prezydentury III RP drugim policzkiem było nie zaproszenie go na „koronację” L. Wałęsy. Dobiły go słowa Henryka Goryszewskiego (byłego wicepremiera i dziś doradcę prezydenta B. Komorowskiego): Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, czy będzie dobrobyt – najważniejsze, aby Polska była katolicka. Ale nie protestował. Już wówczas był mądry, jowialny, delikatny i łagodny. Wydatnie przyczynił się do demontażu systemu w Polsce. A z ławy dla oskarżonych, na której posadziła go ci, z którymi majdrował III RP generał bronił się zaciekle teorią „mniejszego zła”, powoływał się nawet na Boga. Zapomniał tylko, ze Bóg, to świadek, który nie stawia się na rozprawy sądowe. Otwartym jednak pozostaje pytanie: czy wyrażając zgodę na dekompozycję socraju uczynił to w wyniku nieudolności, czy też taki był jego zamiar?

Po niektórych rozmowach z politykami, generałami… człowiek musiał popełnić jakieś plugastwo albo długo i ohydnie kląć. Mimo to wierzyłem, że wbrew stanowiskom, które piastowali moi rozmówcy, każdy z nich w głębi duszy pragnął być dobrym, mądrym i koncyliacyjnym. Tylko, że nigdy im się to nie udawało. Chociaż jeżeli chodzi o gen. Jaruzelskiego, to w końcu wyszło. Był dobry, mądry i koncyliacyjny, gdy zszedł z urzędów. Posłużę się tu słowami Jerzego Urbana, który dowodził, że Generał Jaruzelski stawał przed dawnymi przeciwnikami (z „Solidarności” – H.P.) jako prymus wśród dyktatorów (był bezsprzecznie najlepszym ministrem obrony w całych demoludach – H.P.). Najmniej ludzi zabił. Najsłabiej dręczył. Najkrócej rządził. Najochotniej oddał władzę pod najsłabszym stosunkowo naciskiem. I dalej: Dyktaturę generała cechowała aksamitność. Nie ma w Polsce wdów, które by płakały po ludziach, których kazał zabić Jaruzelski. Odbieranie wolności nakazywał na czas krótki, stosunkowo nielicznym. I to jest akurat prawda częściowo nieprawdziwa. Płaczących wdów ci u nas dostatek. Można się wprawdzie spierać, czy pięcio-, dziesięcioletnie wyroki, to czas krótki, a przecież i kary śmierci orzekano (nie wykonane), no ale na koniec Urban, zawsze chodzący pod prąd, chyba z przekory, mający sokole oko oraz dar poznawania ludzi i poza doktrynalny osąd,  przytapia generała stwierdzając, że Biuro Polityczne KC PZPR to była fasada, bo: Politykę określa i naznacza I sekretarz. Niezależnie od hagiografii Urbana, Prawdziwi Polacy zarzucają Jaruzelskiemu popełnianie największych zbrodni, nawet to, że splugawił narodowy epos A. Mickiewicza, zapisując na marginesach Pana Tadeusza uwagi w języku rosyjskim. Jednak z drugiej strony generał mógłby się bronić słowami Biblii. Przecież napisano: …niemal wszystko bywa oczyszczone krwią, i bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia (List do Hebrajczyków  9.22).

W następnym odcinku „Generał i jego córka Monika”

PS. Obsobaczenia proszę kierować: henryk@piecuch.pl